1. VERCHIEL

Ewa długo nie mogła zasnąć.  Było grubo po północy, kiedy zdała sobie sprawę, że to z powodu księżyca, który świecił prosto na jej łóżko. Jest coś takiego w księżycowej poświacie, co od wieków nie pozwala ludziom zasnąć. Wiele razy się nad tym zastanawiała, ale nigdy nie dłużej niż kilka mrugnięć znużonych powiek. Tym razem musiała wstać. Po raz kolejny obeszła cały dom, aby się upewnić, czy wszystkie drzwi i okna są zamknięte. Ten zwyczaj nabierał niemal kompulsywnej maniery za każdym razem, kiedy Szymon wyjeżdżał w delegację.

Zaciągnęła rolety, w sypialni zapanowała ciemność. Trzecia.  Delikatne światło błękitnych cyfr elektrycznego budzika na nocnej szafce nieśmiało oświetlało jej stronę łóżka. Mru, biała tłusta kotka, spała zwinięta w kłębek na poduszce. Wtuliła twarz w jej puchaty ogon.

Stuk- puk…

Nie minęło piętnaście minut, sny nie zdążyły jeszcze nabrać kształtów, kiedy pukanie w szybę okna w sypialni sprowadziło ją na jawę. Spojrzała w tamtą stronę. Żaden z czujników ruchu na zewnątrz nie zareagował. Jedynie Mru przeciągnęła się leniwie, odsłaniając brzuszek. Prawą łapkę oparła o jej policzek. Ewa leżała nasłuchując. Puk-stuk.

Niemożliwe, żeby ktoś tam był. Od strony sypialni dom był obrośnięty kolczastymi krzewami, które ku utrapieniu jej męża odrastały zaraz po karczowaniu. Na dworze sypiał Bodzio – pies o aparycji bernardyna i zwyczajach niedźwiedzia polarnego.

Po omacku przeszła do kuchni. W lustrze wiszącym w przedpokoju odbijało się światło czerwonej, mrugającej lampki alarmu – był włączony. Bodo nie szczekał. Podeszła do okna. Padał śnieg.

Biała, niczym nieskażona pierzyna przykryła drzewa, dach szopy, budę i ogrodowe meble. Pies spał spokojnie w grajdołku, który wykopał sobie pod jednym ze świerków. Może jednak jej się to przyśniło. Umysł na granicy rzeczywistości potrafi płatać różne figle.

Zarzuciła szlafrok i otworzyła drzwi do ogrodu. Było ciepło. Lipcowe noce nie należą do najchłodniejszych. Bodo zerwał się na równe nogi, jak tylko chwyciła za klamkę. Usiadła na ławeczce pod daszkiem i wyciągnęła papierosa, z paczki ukrytej przez Szymona pod pustą doniczką.

Nie zaciągnęła się mocno. Powoli wypuściła dym, przyglądając się, jak rozproszony szybuje w górę, jakby dostępował wniebowzięcia.

Była pełnia. Na środku czarnego nieba, bez ani jednej gwiazdy, bladą, pooraną kraterami tarczę księżyca zakrywała jedna, niewielka, półprzezroczysta chmurka.

Niedaleko przejeżdżał pociąg, poza tym nic się nie działo.  Pies położył łeb na jej kolanach. Spoglądał na nią zaspanymi, nieco zdziwionymi ślepiami. Podrapała go pieszczotliwie za uchem. Woda z topniejących płatków śniegu została na opuszkach palców.

Zaraz, chwileczkę… Śnieg w lipcu?

– Nigdy wcześniej nie zauważyłaś, że to wszystko nie ma sensu? – Usłyszała znajomy głos. Niemożliwe. Nie mogła go słyszeć.

– Adam?! – A jednak.  Na śniegu, tuż przed nią, za plecami Bodo, który leniwie odgarniał ogonem śnieg z kafelków na tarasie, stał trzynastoletni chłopak.

Dzieciak w dżinsowych rybaczkach, z grzywą rudych, od dawna niepodcinanych włosów opadających na czoło. Na boku jednego z białych trampków miał narysowaną granatowym długopisem żyrafę. Pamiętała ten rysunek z dzieciństwa. Nabazgrała go z bratem na nowo kupionych butach, które wydały im się zbyt pospolite. Dostali za to niezłą burę od matki, która spędziła kilka godzin w kolejce pod CDT, żeby je dostać.

Puszysty śnieg przykrył cienkie nóżki pokracznej, wyblakłej żyrafy.

– Ubierz się, bo zmarzniesz – powiedziała Ewa całkiem niedorzecznie.

–  Nie jest mi zimno – wyjaśnił z uprzejmym uśmiechem.

Znowu się zaciągnęła. Bodo mruknął niecierpliwie, bo przestała go drapać za uchem.

– Jestem pewien, że raz czy dwa razy coś zauważyłaś. – Chłopak podjął znowu temat. – A może usłyszałaś?

Te ostatnie słowa wypowiedział innym tonem i innym głosem. Niższym i bardziej męskim niż głos nastolatka. Ewa podniosła głowę.

W miejscu jej brata stał półnagi mężczyzna, o szerokich ramionach w kolorze mlecznej czekolady.

– Jestem posłańcem… – zaczął znowu z miną nieco zniecierpliwioną, kiedy nie doczekał się żadnej reakcji z jej strony. Wciąż tępo wpatrywała się w niego. Bodo z głębokim westchnieniem opadł całym ciałem na wilgotne kafelki tarasu. Zasnął.

 – Kazali cię zawiadomić, że jesteś bardzo spóźniona. Ale widzę, że to zupełnie niewłaściwa dla ciebie informacja.

– Rzeczywiście – potwierdziła uprzejmie, nieco mechanicznie, podobnie jak dziecko, które odruchowo przytakuje dorosłemu. – Dlaczego pada śnieg?

– Zawsze pada, kiedy przychodzimy, tarcia. – Mężczyzna uniósł do góry rękę w geście sugerującym oczywistość. – Jesteś spóźniona, niewiele więcej mogę ci powiedzieć.

Ostatnie słowa wypowiedziała kobieta. Miała długą błękitną sukienkę z wysokim stanem. Podobną do tych, w których paradowały bohaterki Jane Austen. W takiej sukience piętnaście lat temu Ewa przysięgała Szymonowi wierność na dobre i na złe. Śnieg, biały jak twarz kobiety, padał wolno na jej długie, falujące, rudozłote włosy, z wplecionymi kwiatami drobnych dzwonków i przytrzymane cienką złotą opaską – taką jak Ewa miała na ślubie.

*Będzie ciąg dalszy losów rodziny Warszyckich.

Autor: Moomu Moo

Redakcja: Hanna Bilińska-Steczyszyn

Reklamy