Leżała bez ruchu na skraju parkowej alejki. Sama sobie była winna. Mogła nie zaczynać. Musiała mnie przestraszyć? Jakbym miała mało zmartwień. Już i tak chciało mi się płakać ze złości na cały świat, a teraz jeszcze i to.

Dziadek z Piotrkiem siedzieli na ławce kawałek dalej. Słyszałam ich zza drzew. Wciąż czytali tę głupią gazetę. To znaczy dziadek czytał na głos, bo Piotrek jeszcze dobrze nie umiał. We wrześniu miał iść do pierwszej klasy, tak samo jak ja.

Babcia nam wymyśliła ten spacer.

– Idźcie do parku – powiedziała. – Muszę zrobić rosół na jutro, nie kręćcie mi się pod nogami. – Rosół zawsze gotowała w sobotę, a w niedzielę przed odgrzaniem zbierała z niego tłuszcz, bo dziadkowi szkodziło tłuste jedzenie.

Próbowaliśmy z Piotrkiem protestować. Po co nam park, tam są tylko ławki i siedzą na nich starsi ludzie, nie wolno krzyczeć ani biegać po trawnikach. Już lepiej zostać w domu i się w coś pobawić.

Babcia się śmiała, ale była nieugięta.

– Będziecie hałasować i rosół ze strachu ucieknie mi z garnka. Weźcie cieplejsze swetry i marsz.

Wlekliśmy się noga za nogą, aż nas dziadek musiał poganiać. Po drodze kupił w kiosku gazetę, a nam lizaki. Na pociechę, bo mieliśmy tego dnia pojechać nad morze, jednak nic z tego nie wyszło – pogoda się zrobiła, jak powiedziała babcia, bardzo niepewna.

Nad morze zawsze jeździliśmy do Jelitkowa. Strasznie mnie śmieszyła ta nazwa. Tak samo jak Wrzeszcz i sąsiadująca z nim Oliwa, gdzie mieszkali wujostwo, rodzice Piotrka, i dokąd babcia z dziadkiem przywieźli mnie na lato. Ale teraz nie było mi do śmiechu. Zamiast plaży jakiś głupi park! Żeby to chociaż było zoo. A tu? Nawet huśtawek nie ma.

Nie pomagało spoglądanie na niebo i zaciskanie kciuków, żeby zaczarować pogodę. Zza gęstych chmur przedzierały się z trudem nieśmiałe promyki i po chwili znów znikały na dłużej. Straciłam nadzieję, że uda się ubłagać babcię, by choć na godzinkę po obiedzie pojechać na plażę.

Dziadek czytał Piotrkowi wiadomości sportowe. Nie obchodziła mnie ta ich piłka, te mecze, którymi się tak zachwycali. Wprawdzie czasem, gdy już nic lepszego nie było do roboty, dawałam się namówić, by zagrać w nogę z Piotrkiem i jego kolegą, ale niezbyt to lubiłam. Przeważnie kazali mi stać na bramce. Co za nudy!

Tylko jedna zabawa z chłopakami mi się podobała. Któregoś dnia mocno wiało i na ulicy wiatr podnosił w górę tumany kurzu, zeschłe liście, papiery. Kilka kawałków gazety wykonywało w powietrzu wesołe akrobacje. Biegaliśmy za nimi po chodniku, a gdy podmuchy cichły, wołaliśmy z całych sił: „Hej, hej, silny wietrze, wieeeej!”. A potem, na widok znów poderwanych z ziemi papierzysk, wirujących nad nami niczym latawce, darliśmy się „Huraaa!” i z wyciągnętymi w bok rękami próbowaliśmy je naśladować.

Ten kolega Piotrka też miał śmieszne imię. Kuba, tylko że mówili na niego Kubek. Kubek z oliwą, naśmiewałam się w myślach. Oliwa w kubku. Oliwa koło Wrzeszcza. Oliwa w kubku wrzeszczy. Głośno nie chciałam żartować, bo pewnie by się obraził, a Piotrek stanąłby po jego stronie. Skoro już byłam skazana na towarzystwo chłopaków, wolałam z nimi nie zadzierać. Ania, starsza siostra Piotrka, nie chciała się z nami bawić, tylko wciąż chodziła do koleżanki albo czytała książki. Nawet na plaży.

A teraz zamiast plaży ta gazeta w parku. Jakaś drużyna z Gdańska wygrała z inną drużyną i dziadek z Piotrkiem bardzo się cieszyli. Jakby mieli z czego! Drużyna pierzyna. Nic w tej gazecie nie było dla dziewczynek! Miałam ochotę zatkać uszy. W końcu spytałam dziadka, czy mogę trochę pospacerować. Pozwolił, tylko kazał nie odchodzić zbyt daleko.

 

***

W parku prawie nie było ludzi. Z pewnością, mimo „bardzo niepewnej” pogody, wylegiwali się na plaży! Szczęśliwcy. Mój żal, że do nich nie należę, wciąż rósł.

Za kępą płaczących wierzb obok małej sadzawki znalazłam pustą ławkę. Po nocnym deszczu ziemia koło ławki była ubita i wspaniale nadawała się do rysowania. Znalazłam nieduży patyk, przykucnęłam i zaczęłam gryzmolić w wilogotnym piasku. Statek na morskich falach, mewy, uśmiechnięte słońce z długachnymi promieniami. Ten rysunek na pewno spodobałby się babci, mówiła, że jestem zdolna i wyrosnę na artystkę.

Już miałam się podnieść, by z wysoka obejrzeć swoje dzieło, gdy obok mojego sandałka zjawiła się ona. Zajęta rysowaniem nie zauważyłam, kiedy się zbliżyła. Fiknęła, a właściwie prześliznęła się, niemal ocierając się o moją dłoń. Aż podskoczyłam przestraszona. Żaba. Mała żabka właściwie. Musiała wyjść z krzaków albo z tej sadzawki.

Odsunęłam się z obrzydzeniem i mocno zacisnęłam usta. Bałam się żab. Dzieci u nas na ulicy mówiły, że gdy żaba policzy komuś zęby, on zaraz umrze. Czy taka mała żabka umie liczyć?

Zatrzymała się, jak gdyby chcąc obejrzeć mój obrazek. Jeszcze czego! Trzeba dać  nauczkę takiej oślizłej ohydzie! Schyliłam się i podniosłam z ziemi kamień. Nieduży, czerwonawy, trochę kanciasty. Rzuciłam w nią z daleka. Niezbyt mocno, ale wystarczyło, by oberwała w nogę. Znieruchomiała, za moment jednak pokuśtykała kawałek dalej. Najwyraźniej zamierzała mi uciec, dotrzeć w trawę, poza krawężnik okalający ścieżkę. Podeszłam bliżej i tym razem upuściłam kamyk prosto na jej grzbiet. Po dłuższej chwili znów spróbowała skoczyć. Zrobiła to tak niezdarnie, że zaśmiałam się głośno.

Potem mniej lub bardziej celnie powtarzałam rzuty. Niczym kot bawiący się  upolowaną myszą, urządziłam sobie z tą żabką dziwną grę. Gdy nieruchomiała i wyglądała jak martwa, zaklinałam ją w myślach „no, rusz się, nie udawaj”, nawet obiecywałam, że jeśli to zrobi, przestanę jej dokuczać. A kiedy odżywała, rzucałam znowu.

Była brzydka. Bura, pomarszczona. Żaby w książkach zawsze były zielone i wesołe. Ale miała taki jasny, prawie biały brzuszek. Jak Pimpuś, kotek, którego niedługo przed wyjazdem podarowali mi rodzice. Obiecali, że będą się nim opiekować. Tęskniłam już trochę za Pimpusiem.

Zabawa w końcu mi się znudziła. I tak ani o krok nie przybliżyła mnie do wytęsknionej plaży, zresztą złość mi już trochę przeszła. Chyba z powodu tego jasnego brzuszka postanowiłam wreszcie darować żabce życie.

Podeszłam blisko. Kucnęłam. Leżała sztywno, trochę bokiem, z jedną nogą odgiętą do tyłu. Wyglądała okropnie. Coś spod niej wyłaziło na piasek. Czerwona kropla i dużo większa od niej zielonkawa, mętna kałuża. Może żaba się zesikała ze strachu?

Mimo obrzydzenia musnęłam ją patykiem. Nie poruszyła się. Łudziłam się, że tylko udaje nieżywą. Chce mnie przechytrzyć. Czeka, żebym sobie poszła.

– Nie nabierzesz mnie. Czary mary, czary mary, zaraz przyjdzie diabeł stary i cię zje! – zaczęłam ją straszyć. Szeptem, żeby mnie dziadek nie usłyszał. I nic.

Spróbowałam z innej beczki.

– Kto zaczyna, tego wina. Jak jesteś taka głupia, to dobrze ci tak – powiedziałam do niej.

Nie reagowała.

– Nie udawaj. Do wesela ci się zagoi. Idź sobie.

Bez skutku. W końcu zaczęłam się modlić:

– Aniele Boży, Stróżu mój, niech ona odżyje, no, proszę, Aniele, proszę, już naprawdę nic jej nie zrobię… – I znowu parę razy ją szturchnęłam. Ani drgnęła.

Wtedy usłyszałam nawoływanie dziadka i Piotrka. Wystraszyłam się, że zobaczą, co zrobiłam i dziadek na mnie nakrzyczy. Sprawdziłam jeszcze raz, jednak ona już absolutnie nie chciała zmartwychwstać. Zerwałam z krzaka duży liść, wzięłam przezeń żabę do ręki. Zdążyłam położyć ją na trawniku, nim nadeszli.

 

***

Po powrocie do domu czekaliśmy, aż ciocia przyjdzie z pracy, żeby babcia mogła podać obiad. Piotrek przeglądał klaser ze znaczkami, ja grałam z dziadkiem w chińczyka. Zupełnie mi nie szło. Właśnie wróciła od koleżanki Ania, więc poprosiłam, żeby mnie zastąpiła i odeszłam od stolika.

Wciąż w głowie miałam tę żabę. Moje przekonanie, że zasłużyła na to, co ją spotkało, bladło z każdą minutą. A jeszcze przypomniało mi się, co babcia kiedyś powiedziała o jednym panu z sąsiedztwa, który utopił kocięta. Że to jest wielki grzech zabijać niewinne stworzenie. Stworzenie boże, tak się wyraziła.

Próbowałam się ratować, oglądać obrazki w książce zdjętej z półki, odepchnąć myśl o żabie, ale wciąż wracała i kłuła jak igła.

– Czy żaba jest stworzeniem bożym? – spytałam w ogródku, do którego wysłano nas po obiedzie, żebyśmy narwali malin na podwieczorek.

Piotrek zaczął się zastanawiać, lecz nim zdążył otworzyć usta, Anka wypaliła zdecydowanie:

– Jest!

– Tak jak pies i kot? – chciałam się upewnić.

– Tak samo. A czemu pytasz?

Nie zamierzałam się przyznać. Nigdy i nikomu. A już zwłaszcza Ance, bo na pewno naskarżyłaby babci.

– A gdy się ją… jej… bożemu stworzeniowi… zrobi krzywdę? – brnęłam dalej.

– Stworzeniu – poprawiła mnie.

– To jak? – nalegałam.

– Nie wolno tego robić – oświadczyła z mocą. – Bo się będzie miało grzech. I trzeba się z niego wyspowiadać. A potem odprawić pokutę. Jak nie, to spotka cię kara. Straszliwa. – To ostatnie powiedziała, patrząc na mnie z groźną miną.

Zdała do czwartej klasy. Wiedziała więcej od nas. Musiałam jej wierzyć.

– Co to jest pokuta? – spytałam.

– No, ksiądz to zadaje po spowiedzi. Litanię odmówić na przykład. Można z  książeczki do nabożeństwa przeczytać.

Babcia zabierała mnie czasem na majowe. Tłukła mi się po głowie Arka Przymierza, Brama Niebieska i Gwiazda Zaranna, te dziwne słowa, których nie rozumiałam i które chyba dlatego wbiły mi się w pamięć. Niestety poza nimi nie mogłam sobie przypomnieć niczego więcej. Zachciało mi się płakać. Jestem za mała! Mam grzech i nie mogę go odpokutować. Zanim się nauczę dobrze czytać, spotka mnie straszliwa kara.

– A inaczej nie można? – spytałam.

– Co inaczej?

– Odpokutować.

– Daj mi spokój! – zniecierpliwiła się. – Pójdziesz na religię, to się dowiesz. Muszę lecieć pomóc mamie. Robimy napoleonki. Tata dziś w nocy wraca z delegacji, jutro są jego imieniny, będzie miał niespodziankę. Rwijcie dalej te maliny sami.

Miseczka już była napełniona, teraz pakowaliśmy maliny wprost do ust.

– Co ma robić Ania? – spytałam Piotrka po chwili. Koniecznie chciałam zająć głowę czymś innym niż żaba i czekająca mnie kara.

– Napoleonki – odpowiedział z pełną buzią.

– Na jakie pole? Onki? – Nie zrozumiałam.

– Nie pole. To takie ciastka – wyjaśnił. – Tak się nazywają.

– Czemu?

– Nie wiem. Chodź, spytamy.

Dziadek wytłumaczył nam, że to od imienia Napoleona, wielkiego wodza Francuzów, ale nie wiedział, czy ten wódz lubił ciastka. Cały dom pachniał wanilią. Ciocia z babcią uwijały się w kuchni, a Ania wylizywała z miski resztki żółtego kremu. Tak wyglądała jej pomoc! Kiedy nas zobaczyła, oznajmiła, że ma przerwę w pracy, a kremu i tak by nie wystarczyło dla wszystkich. Babcia wstawiała właśnie do piecyka blachę z ciastem, a ciocia wcześniejszą porcję, już wystudzoną, pokroiła na wielkie kwadraty i zaczęła je posypywać cukrem pudrem.

Przyglądałam się w milczeniu, przełykając ślinę. Babcia po chwili odkroiła po małym kawałeczku i dała nam spróbować.

– Reszta jutro – powiedziała.

Jaka to była pychota! Ciasto po prostu rozpływało się w ustach, a krem, który wyglądał jak żółty gęsty budyń, wcale nie był budyniem, tylko czymś takim… Czarodziejskim, delikatnym, jedwabnym. Moja mama też piekła różne ciasta, jednak  takiego jeszcze nie jadłam. Musiało smakować wielkiemu wodzowi Francuzów, nie było innej możliwości. Słyszałam, że Francuzi jedzą żaby, lecz w tej chwili absolutnie w to nie wierzyłam. Po co mieliby to robić, skoro mają takie ciastka? No i przecież żaby to są stworzenia boże, których nie wolno zabijać.

Właśnie. Żaba. Przypomniało mi się moje zmartwienie. I nagle, kiedy przełykałam ostatni kęs, olśniło mnie.

Nie tknę jutro tego ciasta.

Ani okruszka.

To będzie moja pokuta.

 

***

W niedzielę od rana świeciło piękne słońce, zaraz po śniadaniu pojechaliśmy z dziadkami na plażę. Do postanowienia, by nie jeść napoleonek, dorzuciłam jeszcze jedno: wejdę do wody tylko raz. Jeden jedyny razik.

Razik się mocno przedłużył, aż babcia nakrzyczała na mnie, że mam już całe usta sine. Gdy się suszyliśmy na kocu, dała nam kanapki wyjęte z koszyka, a potem otworzyła kartonik z napoleonkami.

– Nie chcę – powiedziałam, odwracając wzrok od pudełka.

– Co takiego? – zdziwiła się. – Co się stało?

– Nie smakują mi.

– Wczoraj ci smakowały! – wtrąciła się Ania.

– A dziś nie.

– Nie rób ceregieli, zjedz. A może jesteś chora? – zaniepokoiła się babcia. – Pokaż język.

– Ojejku, nic mi nie jest. Zjem później.

Do tej sprawy z żabą dokładałam jeszcze kłamstwo! Przecież to także grzech. Na szczęście dziadek wybawił mnie z opresji.

– Przestańcie. Skoro nie ma apetytu, to po co zmuszać? Żeby ją zemdliło?

I dali mi spokój. Gdy Piotrek wcinał moją porcję, udałam, że nic a nic mnie to nie obchodzi. Na razie nie chciałam się martwić tym, jak wykręcę się od napoleonek na imieninach wujka. Żałowałam tylko postanowienia, że jedynie raz wejdę do wody, bo Piotrek kąpał się jeszcze trzy razy. No trudno, przysięga to przysięga.

Po paru godzinach pies Kubka, Tarzan, duży, ciemny wilczur, ostatecznie rozstrzygnął problem mojej winy i kary. Kiedy po plaży wracaliśmy z przystanku do domu, Kubek akurat wyprowadzał go na spacer. Zawsze się bałam tego Tarzana i on chyba to wiedział. Teraz też próbowałam go ominąć, lecz nim Kubek zdążył założyć mu kaganiec, pies zrobił dwa kroki i bez żadnej widocznej przyczyny chapnął mnie w udo. To było tak niespodziewane, że dopiero po dłuższej chwili się rozpłakałam. Przybiegł ojciec Kubka, nakrzyczał na niego i na psa, zapewniał, że Tarzan jest szczepiony, że zaraz pokaże świadectwo, ale dziadkowie już nie słuchali, byle jak najprędzej zabrać mnie do domu.

W stołowym siedzieli wujostwo ze znajomymi. Ciocia zerwała się na mój widok i pobiegła do łazienki po apteczkę, bo baci ze zdenerwowania trzęsły się ręce.

– Co za głupi kundel – pomstowała babcia. – Będzie dziewczyna miała bliznę do końca życia.

– Nie płacz. Urośniesz, a panienki noszą dłuższe sukienki, blizny nie będzie widać  – pocieszała mnie ciocia, przemywając ranę wodą utlenioną.

Szczypało strasznie, znów się popłakałam.

Gdy ciocia skończyła robić opatrunek, otarła mi łzy i pogłaskała po głowie. Kazała nam umyć ręce i siadać do stołu. Wujek przesunął się trochę i zrobił mi miejsce koło siebie.

– Do wesela się zagoi. No, uśmiechnij się. Jesteś zuch dziewczyna – powiedział i też mnie pogłaskał. W ogóle wszyscy byli bardzo mili dla mnie, nawet Anka spytała „Boli cię?”

Więc się uśmiechnęłam i zaraz wszyscy zaczęli mnie chwalić, jaka jestem dzielna. Nie wiedzieli, co się stało w parku. Ale ja już też nie chciałam o tym myśleć. To znaczy myślałam, lecz tylko o słowach, które przed chwilą powiedziała babcia.

Dobrze, że Tarzan mnie ugryzł.

Będę miała bliznę.

Do końca życia.

Ciocia przyniosła nam po kubku kakao i zaczęła gościom nalewać kawę. Dziadek wzniósł toast za zdrowie wujka. Anka znów spytała, czy mnie boli. Bolało, jednak  zaprzeczyłam. Na środku stołu, królując wśród talerzy, filiżanek i kieliszków, piętrzyła się piramida żółciutkich, pachnących napoleonek.

Dokładnie na wprost mnie.

 

 

 

Reklamy