Opowiadanie wyróżnione w konkursie literackim „Nikomu się nie śniło” organizowanym przez Wykup Słowo.

*

– Tarka- stwierdził, przejeżdżając dłonią po policzku, najpierw z jednej, potem z drugiej strony twarzy. Powtórzył ten ruch, upewniając się, że nic się nie zmieniło. Usiadł na brzegu. Morze delikatnie masowało mu stopy, jednocześnie próbując porwać z kolejnymi falami w swoje ramiona.

– Hej, dawajcie tutaj, ognisko jeszcze jest, a i wódka się znajdzie. – Pomimo wczesnej pory nie był na plaży sam, na co liczył, różne grupy nawoływały się, szukając towarzyszy i zagubionych w piasku skarbów. Niektórzy, zapewne pod wpływem bliskości morza, wraz z alkoholem i na poły przetrawionymi pokarmami pozbywali się z siebie resztek człowieczeństwa. Inni oddawali się przyjemniejszym aspektom zezwierzęcenia i nie zwracając uwagi na tłum, trzęśli przebieralnią. Przy głośniejszych skrzypnięciach budy patrzył z nadzieją, że może tym razem drewniana konstrukcja nie wytrzyma i runie.
– Pieprzyć to – powiedział, wstając. Ruszył wzdłuż brzegu na poszukiwanie mniej zaludnionego kawałka plaży.

***

– Widzisz go, Karina? – Malwina wskazała na sylwetkę przy brzegu.
– Widzę, i co z tego?
– Masz z nim spędzić ten dzień.
– Co?
– Nie co, tylko podnoś ten swój zgrabny tyłek z piasku i biegnij do kolesia. No, chyba że już nie chcesz się zabawić? Tchórz cię obleciał, przyznaj się.
Może jednak ma rację?- Karina zastanawiała się przez chwilę. – Przecież sama chciałam. – A jeśli to jakiś zboczeniec?
– Jednak pękasz. Myślałam, że jesteś odważniejsza, wiesz?
– Nie, to nie tak. – Karina zaczęła wpatrywać się w butelkę z ginem, jakby odpowiedź była zapisana gdzieś na szkle. Nie znalazłszy jej tam, spróbowała odszukać ją w zawartości butelki, ale tylko skrzywiła się. Tak, gin będzie jednym z tych alkoholi, których spróbowała tylko raz. Szczególnie że ten smak niósł w sobie wspomnienia. Dym unoszący się znad chatki, spowijający wszystko dookoła zapachem jałowca. Babcia krzycząca na dziadka, że dopiero co zrobiła pranie, a on to teraz wszystko okopci.
– Nie – zdecydowała stanowczo w myślach, jednak zdziwienie na twarzy Malwiny powiedziało jej, że zrobiła to na głos.
– Karina, to twój ostatni raz, za tydzień karoca, rycerz, biały welon.
– Ale będziesz gdzieś w pobliżu, gdyby jednak okazał się wariatem?- odpowiedziała i pociągnęła raz jeszcze spory łyk.
– Będę, będę – przytaknęła Malwina. – Twoje zdrowie! – krzyknęła i zabrała jej butelkę. – A teraz biegnij, bo ci ucieknie – ponagliła.

***

– Cześć – przywitał się, gdy była już blisko. Obserwował ją już od dłuższego czasu, ale nie sądził, że podejdzie.
– Cześć. – Utrzymała na nim wzrok tylko przez chwilę, by zaraz spojrzeć w bok.
– Też lubię popatrzeć na morze. – Jeśli zauważył jej zdenerwowanie, to nie dał tego po sobie poznać. – Przysiądziesz się? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, usiadł na piasku.
– Może – skwitowała Karina.
– Marek jestem. – Wyciągnął rękę.
– Zawsze taki bezpośredni?
– To nie ja wdrapałem się za tobą na klif – odpowiedział. – Ale ta bezpośredniość to trochę skrzywienie zawodowe.

– To zupełnie jak moja przyjaciółka, jest dziennikarką, a ty?

– Można powiedzieć, że jestem przewodnikiem. – Zaśmiał się. Uważnie mu się przyglądała, co wywołało tylko większy uśmiech na jego twarzy. – Ale dalej nie wiem,  jak masz na imię.
– Karina. – Jej spojrzenie wędrowało od niego do morza, nie umiała skupić wzroku. Widać było, że go to bawi. Szumiały fale, obmywające skały delikatnie niczym matka swoje dziecko. Gdzieś w tle rozbrzmiewały wybuchy śmiechu, czasem wraz z podmuchem wiatru dolatywały do nich urwane dźwięki radiowych przebojów. Mimo to między nimi panowała cisza.

– To może powiesz mi, dlaczego tak bardzo zależało ci na spotkaniu ze mną?- spytał.
– Może byłam ciekawa, dokąd idziesz?- odpowiedziała.
– A gdybym był mordercą, który specjalnie cię tu zaciągnął?

 To pytanie sama sobie zadawała od dłuższej chwili. Czuła, że kombinuje szybciej i trzeźwiej niż zazwyczaj, może chodziło o poczucie zagrożenia, którego nie udało się zagłuszyć alkoholem przelewającym się w żyłach. Tylko że nie chciała się już wycofać.
– Kiedyś przyciągałam świrów, teraz umiem ich rozpoznać i sobie z nimi radzić. – Patrzył jej w oczy. Przez moment wydawało mu się, że zasłoniły je gradowe chmury, trochę przygasł ich blask.

– Słynna kobieca intuicja? Obiecuję, że ze mną nie będziesz musiała sobie radzić. Poza tym przez chwilę sam się bałem, że jesteś jakąś psycholką. Ale raczej w tym stroju ciężko byłoby ci ukryć nóż, więc myślę, że możemy zawrzeć mały układ, co ty na to?

   Ten jego cholerny uśmiech. Irracjonalne w tym wszystkim było to, że czuła się przy nim bezpiecznie. Bezpiecznie i jakby go gdzieś spotkała.

– Nie spotkaliśmy się już gdzieś? – Nie mogła opędzić się od dziwnego deja vu.

– Często to słyszę. Więc jak, zawieramy układ?

– No, nie wiem. Może najpierw mi powiedz, co tu robisz.

– Najogólniej mówiąc, jestem na urlopie. Wiesz, ciężko mi się wyrwać z pracy, ale w końcu każdy musi odpocząć. Lubię te rejony, więc skoro już udało mi się załatwić urlop, to postanowiłem tu zajrzeć. Ostatnim razem było tu mniej ludzi – westchnął. – No, ale są tego plusy. A ciebie co tu sprowadza?

– Wieczór panieński. – Miał w sobie coś, co sprawiło, że nie chciała go okłamywać.

– Twój?

– Tak. Wraz z przyjaciółką przyjechałyśmy tu na weekend. Ostatni taki wypad.

– Rumienisz się, czyli wyjazd udany. – Puścił do niej oczko. – A przyjaciółka to taki rudzielec, podobnie ubrany do ciebie?
– Skąd wiesz?
– Dziennikarka. To tłumaczy, dlaczego jest lepsza w podchodach. No, dobra, czyli ja się uwolniłem od pracy, ty za chwilę przestaniesz być singielką, ale tu i teraz jesteśmy dwojgiem ludzi, przed którymi budzi się nowy dzień. Co powiesz na kontynuację rozmowy i spacer po plaży?

– Po to tu jestem. – Radość rozkwitła na jej twarzy i nie tylko usta się uśmiechały, w jej oczach również pojawił się blask.

– Teraz tutaj.- Wskazywał jej kolejne bezpieczne miejsca do zejścia. – Ostrożnie. – Podał jej rękę, którą przyjęła z wdzięcznością.
– Schlebia mi podjęty przez ciebie trud wspinaczki na klif w tym stroju. Ale jednocześnie było to niezwykle głupie przedsięwzięcie. Co cię do tego skłoniło?

– Gin, no i Malwina. Uważa, że powinnam się wyszaleć, bo dla niej wyjście za mąż równa się śmierci towarzyskiej. – Zaśmiała się, próbując zamaskować rumieńce.

– Czasem śmierć nie jest taka straszna.

– Gadaj tak dalej, a zacznę się ciebie bać – zażartowała, chociaż w jego spojrzeniu było coś, co sprawiało, że czuła w żołądku małe metalowe kulki. Wzruszyła jednak ramionami. – Tak, jest dziwny, ale raczej nic mi nie grozi – przekonywała się. Pewna była jednego, podziękuje Malwinie, gdy już wróci do pokoju.

– Chyba twoja przyjaciółka uznała mnie za bezpiecznego – powiedział, jakby czytając w jej  myślach.

– Co?- zdziwiła się.

– Myślisz, że nie widziałem tych znaków? – Kącik jego ust wzniósł się nieznacznie, wiedziała, że hamuje rozbawienie. Im bardziej się czerwieniła, tym jego uśmiech stawał się pełniejszy.

– Co cię tak śmieszy?- Naburmuszyła się. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz ktoś ją zawstydził. Wszystko przez te jego oczy, w których niczym w bursztynie można było dostrzec odległą przeszłość.

– Nic, nic, po prostu dawno się nikt przy mnie nie rumienił. Podoba mi się to. – Musnął jej policzek palcami.

Rzeczywistość pulsuje rytmicznie do muzyki wydobywającej się z głośników. Obok niego Karina. Pomimo siwych włosów rozpoznaje ją bez błędu. Ostre rysy twarzy, nieznacznie wysunięty podbródek, no i te oczy. To na bank musi być ona, a więc osoba, która ją przypomina, a prowadzi auto, to chyba będzie jej córka. Dysharmonia zrodziła się gdzieś z boku, do rytmicznych dźwięków dołączyło darcie metalu o metal. Czas zwolnił, widział przerażenie powoli rozlewające się na twarzy Kariny, było niczym wylew ropy na oceanie. Oblepiało całą twarz, deformując ją. Przypominała karykaturę, narysowaną na szybko, przy bulwarze, przez niewprawnego artystę.

– Ej, co się stało? – Potrząsała nim. – Wszystko w porządku? Zemdlałeś. – Jej twarz, znów młoda, tym razem zmieniona była przez troskę. O niego, obcego, przez przypadek poznanego faceta.
– Niezwykle romantycznie, co?- zapytał tylko.
– Często tak masz?
– Zdarza mi się.
– Jeśli zastanawiałam się, dlaczego taki fajny koleś jest sam, to już wiem – spróbowała zażartować.
– To plus pracoholizm, żadna kobieta by tego nie wytrzymała. – Ruszył dalej, jakby nic się nie stało.
– Chyba bardzo często to masz?
– Jedno i drugie praktycznie cały czas, chociaż od pracy udało mi się choć na chwilę uwolnić. Wracał mu humor, ona też się rozluźniła. Gdyby było coś nie tak, przecież by jej powiedział.

– Stój. – Wysunęła rękę, by go zatrzymać.
– To tu?- zapytał.
– Co tu?
– Miejsce, w którym to się stanie?
– Cicho. – Znów to usłyszała, on też, bo zaczął się rozglądać.
– Chyba stamtąd. – Wskazał na zarośla bliżej klifu i ruszył w ich stronę.
– Co robisz?
– Idę sprawdzić, nie brzmi groźnie.
– Brzmi jak ranne zwierzę, a takie zawsze są groźne. – Jednak poszła za nim. Podeszli do krzaków, rozsunął je i zobaczyli pieska. Kundelek leżał na skale, żebra przebiły skórę w dwóch miejscach, pysk był nienaturalnie skręcony. Plamy krwi znaczyły miejsce upadku psa z klifu i drogę, którą się stoczył.
– On nie powinien tego przeżyć – powiedziała dziewczyna i odwróciła się, by odejść kawałek od tego miejsca. Podparta o drzewo, zaczęła wymiotować.

Marek uklęknął przy piesku i pogładził go po głowie.
– Nie powinien- szepnął.

– Nic ci nie jest? – Podszedł do niej.
– Lepiej już. Długo cię nie było. – Drżała. Jednak nie była już pewna, czy jest przy nim bezpieczna. Wyczuł tę zmianę, ale nic nie mógł na to poradzić. Tym bardziej, że zaczęło się i nie wiedział, ile czasu mu zostało.
– Zrobiłem, co było konieczne. Sama powiedziałaś, że nie powinien był tego przeżyć.
– Ale nie kazałam go zabijać. – Strach w jej oczach zabolał go bardziej, niż gdyby wbiła mu widelec w oko, wyciągnęła je i zjadła z uśmiechem.
– Nie musiałaś nic mówić, bo i tak bym skrócił jego męki – odpowiedział. Patrzyła na niego, ręce miał brudne, całe w piasku, na kolanach też widziała ślady ziemi.
– Pochowałeś go?
Skinął głową i ruszył w stronę plaży.
– Chodź, odprowadzę cię.

Milczenie przestało być przyjemne. Z cichego porozumienia dusz zamieniło się w dręczyciela. Obdzierało ich ze złudzenia, że się znają. Wzbudzało w niej coraz większe poczucie winy. Raz za razem zerkała na swego towarzysza, ale bała się odezwać. Sądziła, że słowa, które on może wypowiedzieć, zranią ją bardziej. Jeden dzień z nieznajomym, fajnie będzie, słyszała w głowie słowa Malwiny. Było fajnie, za to teraz… a dzień tak naprawdę dopiero się zaczynał. Widać to było po plaży. Ledwo została uprzątnięta po nocnych gościach, już się zaludniała. Parawany, ręczniki, koce i namioty zagarniały piasek dla siebie, tworząc małe enklawy chwilowej własności. Musiało być już po śniadaniu. Stwierdziła to po zwiększającej się ilości rodzin z dziećmi. Tak, dla niektórych dzień dopiero się zaczynał.

– Wiesz, że musiałem tak postąpić? – odezwał się.
– Wiem – wyrzuciła z siebie. Jedno słowo, tak naprawdę nie zmieniające niczego, ale poczuła się trochę lepiej.
– Nie powinnaś tego widzieć. – W jego głosie zagrała nuta winy, niczym smętna gitara w bossa novie.
– Nie. Nie winię cię, po prostu ten widok – skrzywiła się.
– Przywołał wspomnienia – domyślił się.
– Tak. – Skuliła się, jakby szła pod wiatr. Zatrzymał ją i przytulił. Czuła, że rozpada się w tym uścisku, a jednocześnie zdała sobie sprawę, że do niczego by między nimi nie doszło. Marek był tajemniczym, przystojnym facetem, ale kompletnie nie czuła chemii. Tej iskry, która by sprawiła, że byłoby to fajne. Chyba alkohol kompletnie wyparował, zabierając z sobą resztki szalonej, żądnej przygód Kariny. Znów miała w głowie głos Malwiny. Może to przez tego psa? Poza tym co ona w ogóle tu robiła? Powinna być u siebie, tymczasem znów dała się namówić na szalony pomysł przyjaciółki. Ostatni raz, obiecała sobie w duchu.
– Już, lepiej. Dzięki. – Odsunęła się od niego i od swoich myśli.

– Nie sądzę. – Przyjrzał się jej twarzy. – Ale okej. Mam jeszcze jedną propozycję. Co powiesz na wspólne śniadanie? Znam tu… – Nie dokończył, gdyż od strony morza dobiegł ich krzyk.

– Ludzie ratunku, pomocy! Mój synek! – lamentowała jakaś kobieta. Ruszyli w jej stronę. Gdy dotarli na miejsce, dookoła zebrał się już tłum gapiów. Dwie starsze panie odciągnęły kobietę od brzegu.

– Ty, w czerwonych spodenkach, dzwoń po karetkę – krzyknął jeden z ratowników, wychodząc z wody. Drugi niósł na rękach dziecko. Przelewało mu się przez ręce.

– Mój syn! Arturku, Arturku, tu mama! – Kobieta wyrwała się z uścisku i pobiegła w kierunku ratowników. Tym razem zatrzymało ją dwóch mężczyzn.

– Puszczajcie mnie! To mój synek. Arturku, otwórz oczy. Artur, tu mama. – Szarpała się, jednak trzymali mocno.

– Nie – szepnęła Karina. Jej wzrok spoczął na ciele dziecka. Może dziewięcioletnie ciałko było mocno poturbowane. Ratownicy coś ustalali między sobą, nerwowo machali rękami, w końcu jeden podjął próbę reanimacji. Wcześniej sprawdził delikatnie żebra chłopca. Chyba coś mu się nie spodobało, bo się skrzywił. Wszystko trwało sekundy.

– Ten chłopiec chyba jeszcze żyje. – Karina wytrzeszczyła oczy.

– Cholera – powiedział Marek. – To moja wina.

– Co? – zdziwiła się. – Jesteś jakiś blady, dobrze się czujesz? Marek!- krzyknęła, gdy upadł na piasek.

Kiedy ciało Marka dotknęło plaży, dookoła zapanował jeszcze większy harmider. Krzyczała Karina, klęcząca nad jego zwłokami. Matka chłopca tuliła synka, płakała, wrzeszczała i błagała. Zajechała karetka, do której podbiegł jeden z ratowników. Tłum gapiów przemieszczał się od jednej kobiety do drugiej, patrząc, komentując i coś sobie pokazując.

***

Na skraju plaży, tam gdzie trwa odwieczna walka morza i lądu, stały dwie postacie. Wyższa przykucnęła.

– Już wszystko w porządku, mały – powiedział i odwrócił głowę dziecka od zamieszania na plaży.

– Nazywam się Artur, proszę pana. – Chłopiec rękami dotknął brzucha. – Nie boli. Czy my nie żyjemy?

– Tak. – Skrzywił się. – Sorry, mały, że tak długo cierpiałeś.
– Dlaczego mnie pan przeprasza?
– Bo wziąłem urlop i za bardzo go przedłużyłem.
– Tata nie dostał urlopu, wie pan, bo jest kimś ważnym. – Arturek dumnie wypiął pierś. – A pan kim jest?

– Jestem śmiercią. Pomagam duszom znaleźć ukojenie.

– Czy pan czuje ból?- spytał malec, widząc, jak wykrzywia się twarz mężczyzny.

– To tylko smutek za odchodzącym dniem. – Ostatni raz spojrzał na dziewczynę.

– Co teraz ze mną będzie? – Dzieci zawsze zadawały dużo pytań, na które w większości nie znał odpowiedzi.

– Jeśli chcesz, możesz zostać moim uczniem. – Tym razem wiedział, co powiedzieć.

– Naprawdę? Mogę? –  Oczy malca zaświeciły się niczym promyki słońca przebijające się przez chmury.

– Możesz. – Chciałby wierzyć, że robi to dla tego dzieciaka.

– Panie Śmierć, na pewno nie śnię? – spytał chłopiec, wyciągając do niego dłoń.

– Nikomu się nie śniło coś takiego – odpowiedział, chwytając go za rękę.


Krzysztof Jóźwik –  zafascynowany pisaniem, ukończył kurs kreatywnego pisania, który okazał się furtką do innego życia. Trzy opowiadania opublikowane w gazecie „Wieści podwarszawskie”. Były barman, wieczny student, dobry słuchacz i obserwator.


Korekta: Hanna Bilińska-Steczyszyn
Reklamy