Opowiadanie wyróżnione w konkursie literackim „Nikomu się nie śniło” organizowanym przez Wykup Słowo.

*

Umarłam piętnaście lat temu.

Gdzie jestem? Trochę trudno to określić. Kiedy nasza córka była już na tyle rozumna, że zaczęła pytać: „A gdzie mama? Kiedy wróci mama?”, mój mąż odpowiadał, że jestem w niebie z aniołkami i mieszkam na chmurce. No cóż, byłoby to bardzo wygodne. Przekonana takimi odpowiedziami Zuzia namalowała Pawłowi przejmujący obrazek, na którym są oboje i ja obok nich w albie, ze skrzydłami i aureolą. Paweł się rozpłakał, gdy to zobaczył. Oprawił w ramę i natychmiast powiesił sobie nad łóżkiem. Nie zwykł zagracać swojego pokoju żadnymi bibelotami, więc to najlepszy dowód, jak ważny jest dla niego ten dziecięcy rysunek.

Paweł bał się tego pytania. Przygotowywał się do niego. Zresztą sam je sobie zadawał. Nie wiem, czy znalazł zadowalającą odpowiedź. Kiedy Zuzia była starsza, jeszcze kilka razy zdarzyło im się poruszyć ten temat. Ale oni chyba wyczuwają, że jestem przy nich. Bo właśnie tak jest. Czasami idę z moją córką do szkoły, innym razem przebywam z mężem w pracy. Ale najbardziej lubię być z nimi, kiedy są razem. Zwłaszcza kiedy wspólnie coś grają i się kłócą o to, które z nich zagrało nierówno. Zuzia po kilku próbach zirytowana włącza metronom, Paweł wtedy krzyczy: „No, jasne, włącz go! Z metronomem to każdy głupi potrafi!”. Przezabawne są te sytuacje. Czy za nimi tęsknię, czy czuję żal? Nie odczuwam ani żalu, ani szczęścia, nic. Bo ja jakby… no, nie ma mnie. Czymś w rodzaju ducha tam jestem. Trudno to wyrazić.

Nasze małżeństwo funkcjonowało na wariackich papierach. Zupełnie. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby się zgadzać na te jego oświadczyny.

W liceum każde z nas miało sprecyzowane plany na przyszłość. I nie było w nich ślubu. Po maturze okazało się jednak, że Paweł nie powiedział mi wszystkiego.

– Mój ojciec jakiś czas temu dostał propozycję pracy w Stanach.

Był urzędnikiem. Miał pracować w ambasadzie.

– Zgodził się – powiedziałam, a w myślach dodałam: „A ty chcesz wyjechać z nim”. Inaczej by mi o tym nie mówił.

– Długo dyskutowaliśmy, ale oni to odbierają jako szansę na lepsze życie. Bo zobacz, my z Michałem jesteśmy już dorośli, więc nic ich tu nie trzyma.

„Dorośli” – też powiedział! Jeden dopiero co zdał maturę, drugi kończy nowicjat u franciszkanów. Ale obaj są dorośli! Niech mu będzie. Czułam, że słowa, które właśnie usłyszałam, to nie wszystko. Czekałam na ciąg dalszy, a kiedy nic nie mówił przez dłuższą chwilę, sama go zapytałam, czy chce wyjechać z rodzicami za ocean. Znowu zapadło milczenie, Paweł miał spuszczony wzrok. Właściwie nie musiał nic mówić. Łatwo było przewidzieć, po co w ogóle zaczął tę rozmowę.

Jego ojciec, kiedy dowiedział się, że będzie oddelegowany do Waszyngtonu, zaraził go wizją studiowania na którejś z tamtejszych uczelni. Jednak aby zacząć takie studia zaraz po maturze, Paweł musiał się sprawą zainteresować dużo wcześniej. Nie powiedział mi o tym ani słowa. Wiedziałam, że jego wielkim marzeniem było zostać dziennikarzem. Ojciec często występował publicznie, udzielał wywiadów, więc Paweł napatrzył się na tych wszystkich redaktorów, nie tak licznych wtedy jak w dzisiejszych czasach. Z pewnością był to zawód prestiżowy i przyszłościowy.

Mój chłopak koniecznie chciał się spełniać w dziennikarstwie, ale w naszej szkole nikt by nawet nie pomyślał o jakichś mediach, których teraz jest od groma. Pawła natomiast nie zraził brak jakiegokolwiek zainteresowania zarówno ze strony nauczycieli (nawet polonista nie nagrodził go dodatkową oceną za te wszystkie teksty, które sam wieszał w gablotach), jak i rówieśników. Jego artykuły czytałam ja i chyba tylko ja. A dzisiaj jego portret wisi wśród „znanych absolwentów”. Zabawne.

Było mu głupio – stąd ten spuszczony wzrok. Chyba sam nie wiedział, co jest dla niego w tej chwili ważniejsze,  ja czy ten wyjazd. Nie chciałam mu utrudniać, więc modliłam się, żeby nie zapytał mnie o radę. Przyznał się, że ojciec zaczął mu już w tych Stanach załatwiać jakieś papiery, więc był zdecydowany, tylko przede mną było mu głupio, bo inaczej się umawialiśmy.

– Jakoś wytrzymalibyśmy ten rok, a w wakacje przecież wrócę.

– Z Ameryki? Paweł… nie jestem naiwna.

­– A może wyjechałabyś ze mną?

Tego się nie spodziewałam.

– I co niby miałabym tam robić? Przecież ja nawet po angielsku nie umiem.

– Umiesz.

– Dwa słowa na krzyż.

– Jesteś od razu na nie. Z takim nastawieniem na pewno się nie dogadamy.

– Łatwo ci mówić, bo będziesz tam z rodzicami. A ja co? Mam zostawić rodzinę? Moich braci? Przecież mama by zawału dostała. Dużo prościej, gdybyś ty został. Słońce, musisz być zawsze taki ambitny?

Musiał. Na jesieni pakowałam mu manatki. Przez całe wakacje przekonywał mnie, żebym pojechała z nim. Myślał, że mu się uda, bo zazwyczaj tak się zdarzało, że jeśli odpowiednio długo mnie do czegoś namawiał, to w końcu się zgadzałam. Nie tym razem. Naprawdę strasznie się bałam tego wyjazdu. Nie wyobrażałam sobie życia w Ameryce. Ani trochę. Dla rodziny Pawła to była łatwa decyzja: wsiąść w samolot i rozpocząć nowe, ciekawe życie. A ja nigdy nawet nie leciałam samolotem. Mnie paraliżował strach, zaś Paweł kierował się ambicjami i marzeniami. A nasze uczucie okazało się zbyt słabe, żeby utrzymać napiętą linę, którą ciągnęliśmy w przeciwne strony. Jak bardzo zróżnicowane mieliśmy odczucia, może świadczyć to, że moje przerażenie spadało wprost proporcjonalnie do jego wzrostu u Pawła. Przyznaję, bardzo szybko odpuściłam. Byłam z nim, oczywiście, aż do samego końca, aż do dnia odlotu, ale wiedziałam, że potem nastąpi koniec. Tak też się zachowywałam. Natomiast Paweł, im bliżej dnia rozstania, tym więcej miał wątpliwości. I kiedy ja byłam już gotowa powiedzieć mu: „żegnaj”, on stwierdzał, że beze mnie nie da rady. W końcu zebrał się na odwagę i wyznał, że mnie kocha i że postąpił głupio. Nie pamiętam, jak zareagowałam. Chyba się rozpłakałam, bo zrozumiałam, że „chodzenie” zamieniło się nagle w „miłość” i że zaakceptowanie tego wyjazdu nie będzie tak łatwe, jak sądziłam.

– Wytrzymamy ten rok, a w wakacje wrócę – powtórzył.

– A jeśli nie?

Wtedy wymyślił ten ślub. Ale na razie nic nie mówił, chyba weszło mu w zwyczaj ukrywanie przede mną wszystkich ważnych decyzji. To był trudny rok. Ja myślałam, że on nie wróci, a on, że ustawiła się do mnie kolejka absztyfikantów. Nawet gdyby tak było, nie miałabym czasu na przebieranie między nimi, bo czytałam jego listy albo wstawałam w nocy do telefonu i siedziałam przy nim długo, choć już skończyliśmy rozmawiać. W końcu stało się to, w co tak bardzo nie wierzyłam. Wrócił.

Tym razem odetchnęłam z ulgą, jednak trapiło mnie, jak długo tak będzie wyglądało nasze życie. Ileż razy można wyjeżdżać, wracać, tęsknić? Trudno to było nawet nazwać związkiem na odległość, bo odległość to dla mnie sześćdziesiąt kilometrów albo sto, ale nie siedem tysięcy. Okazało się, że Paweł i na to miał radę. Jak na wszystko.

Nie zamierzał rezygnować ze studiów w Stanach, bo bardzo się w nie zaangażował. Po raz kolejny chciał mnie namówić na wyjazd. Tym razem miał mocniejsze argumenty. Kupił bukiet żółtych tulipanów, uklęknął przede mną i zapytał, czy za niego wyjdę. Trzeba przyznać, że bardzo romantycznie to sobie wymyślił, tylko że ja znowu wszystko zepsułam, bo zamiast krzyknąć radośnie „tak!”, zapytałam:

– Jak ty sobie to wyobrażasz?

– Wyjdziemy razem do Stanów. – Mówił powoli, spokojnie, a mnie już zaczynało się to nie podobać. – Po wakacjach będę tam już miał pracę.

– A ja?

– Z czasem i ty nauczysz się wszystkiego. Na początku możemy mieszkać u moich rodziców, rozmawiałem z nimi.

Ale nie rozmawiał z moimi. Oni w ogóle nie chcieli o tym słyszeć. Miałam osiemnaście lat, zdaną maturę i sprecyzowane plany na przyszłość. Nie figurował w nich ślub. To znaczy był, ale nie w tym momencie. Mieszkania w Ameryce w planach też nie było. Jedyne, co się zgadzało, to ten mój pomysłowy Dobromir – Paweł Oszczęda. Dotarło to do mnie zupełnie niespodziewanie i zgodziłam się. Moim braciom opadły szczęki, ojciec się wkurzył, a matka rozpaczała, że już nigdy mnie nie zobaczy. Wtedy zaczęłam im tłumaczyć coś, w co sama nie wierzyłam: „mamo, tato – wrócimy”.

Tylko że wszystko potoczyło się inaczej.

Chcieliśmy się pobrać jeszcze tego lata, zanim Paweł zacznie studia. Ja musiałam czekać na wizę. Brat mojego narzeczonego, który kończył już pierwszy rok seminarium, pomógł nam w przygotowaniach.

– Przed ślubem musicie iść na nauki – tłumaczył – ale Antoni powiedział, że zrobi wam je za półdarmo, w pakiecie ze ślubem. A jako że jest neoprezbiterem, macie jeszcze gratis błogosławieństwo samego papieża. Pasuje?

Ja nigdy nie wiedziałam, kiedy oni żartują. Oszczędowie zawsze mieli specyficzne poczucie humoru. Ale chyba mówił poważnie, bo załatwiliśmy wszystko na wrzesień. Dopiero kiedy się pobraliśmy, miało sens składanie wniosku o wizę, jednak zanim do mnie dotarła, byłam już w ciąży i nigdzie nie zamierzałam lecieć samolotem. Więc zostałam u rodziców na kolejny rok czekania. Znowu czytałam listy, odbierałam telefony i dolary. Tymczasem mój mąż nie mógł usiedzieć na miejscu. Bał się, że przegapi przyjście na świat swojego pierworodnego albo – jak się później okazało – pierworodnej. Przyleciał do Polski już w maju, a Zuzia urodziła się w czerwcu. Nigdy bym nie pomyślała, że zostanę matką w wieku dziewiętnastu lat, a tym bardziej, że dwa lata później umrę. Nic z tych rzeczy nie znajdowało się w moich sprecyzowanych planach na przyszłość.

Radość z dziecka mieliśmy przeogromną. Moi rodzice cieszyli się, że jednak w najbliższym czasie nie wyemigruję za ocean, a Paweł, widząc, że po raz kolejny nie uda mu się mnie wywieźć do Ameryki, zastanawiał się, czy nie rzucić studiów. Skoro i tak już byłam słomianą wdową, wspaniałomyślnie mu to odradzałam. Poza tym praca w Stanach przynosiła lepszą kasę. Więc z kołaczącym sercem i wyrzutami, że te całe studia to najdurniejszy z wszystkich pomysłów świata, jesienią wyjechał na kolejny rok. Potem już został w Polsce, bo okazało się, że jestem nieuleczalnie chora. Nie wiedzieliśmy, co robić. Ponieważ Paweł nie znalazł pracy w zawodzie, załapał się jako tłumacz w jednej z nowo powstałych firm. Z braku miejsca nie mogliśmy mieszkać u moich rodziców, więc wynajęliśmy swoje pierwsze  mieszkanie. Nagle zebraliśmy do kupy nasze chaotyczne życie i co się okazało? Że należało tak zrobić na samym początku! A teraz zostało już tak niewiele czasu… Tym bardziej chcieliśmy to wykorzystać.

Najgorszy dzień w moim życiu to ten, w którym padło pytanie: „Co będzie z Zuzią?” Dla Pawła było oczywiste, że zabierze ją do Ameryki, gdzie zamieszkają na wieki wieków. Oprócz mnie nic go tutaj nie trzymało. Moja rodzina od razu się na najeżyła – nie chcieli stracić jednocześnie mnie i małej. Rozumiałam obie strony tego konfliktu, natomiast oni nawzajem nie chcieli się porozumieć. Słabłam, a oni przez te kłótnie w ogóle tego nie zauważali. Żałowali dopiero później. Dopiero na moim grobie się pogodzili. Wcześniej, kiedy byli zajęci skakaniem sobie do gardeł, wezwałam notariusza i bez ich wiedzy spisałam ostatnią wolę. O jej treści poinformowałam ich po fakcie. Do czwartych urodzin Zuzia miała znajdować się pod opieką mojej rodziny.

– Jakaś obca baba ma wychowywać moje dziecko przez dwa lata?! – irytował się mój mąż.

– To nie jest obca baba, tylko moja szwagierka, durniu! – Nigdy w taki sposób nie zwracałam się do Pawła. – Ciesz się, że się zgodzili, dla nich to dodatkowy obowiązek… – powiedziałam z trudem.

– Bardzo chętnie przejmę od nich ten obowiązek – rzekł z wyrzutem. Nerwowo chodził po szpitalnej sali.

– Nie poradzisz sobie z takim małym dzieckiem.

– Oczywiście, że sobie poradzę! Wszystkiego się nauczę. Kasia, ty chyba zwariowałaś, cofnij to!

– Skończysz studia, wrócisz do Polski i założysz firmę. Prawa rodzicielskie w całości przejdą na ciebie, a moi rodzice nie będą mieli już wtedy nic do gadania…

Paweł nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Z wrażenia aż usiadł. Nie wiedziałam, czy moje postanowienie jest mądre, ale oni nie chcieli ze sobą rozmawiać. Pomyślałam, że jeśli Paweł założy w Polsce działalność, to trudniej mu potem będzie zwiać, a bałam się, że moja córka tam za oceanem zapomni o mnie. Stwierdził z uśmiechem, że ustawiłam mu życie.

– Cwaniaro, pomyślałaś o wszystkim. – Pokiwałam przecząco głową. – Serio? Oświeć mnie.

­– Ożenisz się potem?

– Ty naprawdę dzisiaj gadasz od rzeczy. Widzisz to? – Pomachał mi przed twarzą dłonią z wyciągniętym palcem, na którym znajdowała się obrączka. – Pochowają mnie w tym.

Myślałam, że mówi tak, by nie sprawić mi przykrości, ale później rzeczywiście bardzo długo ją nosił. W końcu zdjął, bo ileż można udawać, że się jest żonatym? Ale to na razie jedyna sytuacja, w której nie dotrzymał danego słowa.


Andrea Marx – pracuje jako dziennikarz w prasie lokalnej na Opolszczyźnie, w lipcu 2015 r. ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Brałam udział we wrocławskich eliminacjach do festiwalu FAMA i zgłoszone przeze nią opowiadanie zostało wybrane jako jedno z 10 najlepszych. W tej chwili praca magisterska Andrei, napisana pod kierownictwem prof. Jana Miodka, bierze udział w konkursie im. Czesława Zgorzelskiego na najlepsze prace magisterskie w kraju.


Korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn
Reklamy