Opowiadanie wyróżnione w konkursie literackim „Nikomu się nie śniło” organizowanym przez Wykup Słowo.

*

         Maszka został poczęty w sylwestra, gdy płodzący nieznajomy zderzył się z nadlatującą petardą i zmarł. W rzeczywistości nie był to nieznajomy, bo poznany kilka chwil wcześniej miły poeta, konstruktywista. Tworzył rymy o bardzo silnym ładunku niedopowiedzenia, niektóre fragmenty stanowiły wręcz epifanię trzasków, wrzasków i mlasknięć. Przybyły na miejsce prokurator nie był przekonany, że poeta mógł się zderzyć z petardą, mówił więc, że człowiek ten dostał petardą, został nią trafiony. Nie – odrzekł ktoś z tłumu – on się z nią zderzył, bo tuż przed śmiercią zakrzyczał, że wrzuca piąty bieg. Prokurator finalnie przyjął tę wersję wydarzeń, stwierdzając, że było to samobójstwo.

            Poeta nie ważył zbyt dużo, ale trzeba było dłuższej chwili, żeby wydobyć spod niego mamę Maszki. Padł jak trafiony piorunem, a jego ciało trochę się stopiło, przykleił się więc do niej. Uroczy to był obrazek, na tyle, że niektóre z obserwatorek szeptały, że tak musi wyglądać prawdziwa miłość. Kiedy jakiś mężczyzna zaśmiał się z tego stwierdzenia, został szybko zmierzony wzrokiem o sile podobnej do uderzenia tej petardy, która znokautowała poetę. Mama Maszki wciąż nie odzyskiwała przytomności, nie wiadomo, czy zemdlała z powodu szoku, czy zasnęła, a może jeszcze coś innego. Na pewno oddychała, a gdy ściągnięto już z niej poetę, radośnie puściła bąka. Tak głośnego, że powstała pewna teoria.

            Otóż petarda, z którą zderzył się poeta, tak naprawdę przeniknęła w jego ciało, a następnie zadomowiła się w ciele mamy Maszki. Przez ich zbliżenie została zakleszczona, zatem dopiero po rozdzieleniu obu ciał mogła zostać uwolniona. A była to energia niezwykle silna, do tego śmierdząca – zapach unosił się jeszcze kilka dni po zdarzeniu. Toteż osoby mijające to feralne miejsce zamyślały się przez chwilę, a później nagle krzywiły twarz i szybko się oddalały.

            Teoria została podjęta przez szacowne gremia naukowe, był to pierwszy tego rodzaju odnotowany przypadek. Wcześniej zdarzało się, że jeden z drugim mówił coś trzeciemu o takich zdarzeniach, czwarty zaś piątemu i tak dalej, tak to się rozrastało. Nie było jednak dowodów. Nie istniała zwarta i gotowa teoria, która mogłaby podbić świat w krzewieniu tej wiary u innych. Zaś w miejsce zdarzenia przyjeżdżały pojazdy, jakich świat nie widział, zamiast ludzi wynurzały się z nich lunety, szczypce i teleskopy. Pstrykały, dymiły i trzaskały, potem cały teren spowijał dym, który wraz z nową wiedzą i obserwacjami odlatywał do nieba.

            Prosty lud nie rozumiał tych eksperymentów. Najbardziej nie pojmował, że z maszyn nie wychodzą ludzie, a jakieś małe robociki. W zrozumieniu tego niezrozumienia pomagał miejscowy ksiądz, który nie życzył sobie odprawiania konkurencyjnej imprezy w niedzielę (tak, naukowcy, których nie było widać, nie przejmowali się, czy to poniedziałek czy dzień święty). Mówił, że tak poczęte dziecko to wola boska i nic do tego ludziom, a tym bardziej maszynom. O mamie Maszki nie wspominał wiele.

            A ona zapadła w śpiączkę. Co ciekawe, w tym stanie nie puszczała bąków, jakby ten od poety był ostatecznym magnum opus, tchnieniem ciała. Maszka nie marnował jednak czasu i dorastał szybko, szybciej niż jego rówieśnicy. Jego rozwój był kolejnym ewenementem, bo jak to się działo, że matkę miał pogrążoną w śpiączce, a rozwijał się lepiej niż inne dzieci. Miał być superwcześniakiem, co zadziwiało lekarzy. Ale na pewno nie księdza, który głosił na ambonie, że to niezwykły dowód na boską opatrzność. Mówił, że choć dziecko poczęto beznadziejnie, boska łaska jest tak silna i nieskończona, że wybiega poza ramy zrozumienia. Dlatego, mimo że poczęcie nie było klasyczne, co trzeba tępić, nikt sobie nie wyobraża, żeby nie dać szansy temu życiu. O mamie Maszki nie wspominał w tym i kolejnych wywodach, ona też nie miała szansy, żeby się wypowiedzieć w tej kwestii. Sprawca zamieszania nie żył, ciąża nie zagrażała życiu. Lekarze nie mieli nic przeciwko, ksiądz zachwalał, naukowcy zacierali ręce, że będą mieli ciekawy materiał do analizy, a Maszka już chciał się wydostać. Wszyscy więc, łącznie z Maszką, czekali na przyjście Maszki.

            Ale przyjście Maszki uprzedziła jego mama, która się obudziła. Jakby nic wstała, przeszła przez całe piętro szpitala, a napotkaną pielęgniarkę słodko spytała: czy tak zachlała, że nic nie pamięta? Pielęgniarka zdębiała, bo że ktoś wychodzi ze śpiączki, to jedno, ale żeby od razu tak na równe nogi? Tego świat nie widział. Później dziwili się wszyscy, bo okazało się, że ciąża się cofnęła. Maszka nigdy nie istniał, właściwie był jakby iluzją, bo wszystko co zaczynało się tworzyć w ciele mamy Maszki, cofnęło się do początku, czyli do punktu zero.

*

            Lekarz powiedział: “punkt zero”, a mama Maszki padła, jak wtedy poeta, gdy został trafiony petardą. Kiedy się obudziła, wciąż nie docierało do niej, co się właściwie stało. Nie pomagały żadne argumenty, czy to w wersji łagodnej, wedle słów księdza, że Maszka został wybrany przez anioły, jak i bardziej naukowej, że nastąpiła nieodwracalna śmierć. Jak to jednak z naukowcami bywa, teoria tego jeszcze nie istniała, to znaczy jakaś była, ale tyle razy zmieniana, że już nikt nie wiedział, o co w niej chodzi.

Dla mamy Maszki niezrozumiałe było to, że ani ksiądz, ani naukowiec nie potrafi jej przekonać, że faktycznie Maszki nie ma. Bo jak to nie ma? Jeden pieprzy głupoty, że anioły go zabrały (jakie anioły, gdzie, co i jak?), drugi, choć ma w posiadaniu jakieś antenki i komputerki, jest bezsilny jak ona po trzech setach! Krzyczała i tupała. Nie przyjmowała ani jednego procenta tego, co jej przedstawiono. A później, już w domu, przeglądała się w lustrze, patrzyła, czy Maszka gdzieś nie daje znaków, czy w brzuchu coś się nie rusza, czy plecy nie  świecą się, a piersi, jak radary, się nie unoszą. Nic nie zauważyła. Dopiero później, po kilku miesiącach, stała się rzecz niebywała: mama Maszki spotkała poetę-konstruktywistę, tak, tego samego, który dał jej Maszkę. Spotkanie nastąpiło najbardziej zwyczajnie, gdy robiła zakupy w osiedlowym sklepiku. Poeta był bardzo zmęczony, jakby ukrywał się przez dłuższy czas, trochę od niego śmierdziało, zmienił się nie do poznania. To spotkanie tak go zaskoczyło, że chciał natychmiast gdzieś biec, bo mu się niby spieszy. Mama Maszki jednak go nie puściła. Wiedziała, że od poety może się dowiedzieć czegoś więcej, że zna on tajemnicę zaginięcia Maszki.

Przyparty do muru poeta-konstruktywista przyznał, że ta cała sprawa z Maszką jest śmierdząca pod każdym względem. To dlatego teraz musi się ukrywać, bo wie coś, czego wiedzieć nie powinien. Tak więc po trafieniu petardą zapadł tylko w śpiączkę, tak samo jak mama Maszki, a gdy się obudził, nie wiedział o niczym. Wrócił do normalnego życia, ale jak się okazało, nic już nie było normalne. No, ogólnie Maszka istnieje i ma się dobrze. Dobrym przykładem są Maszki relacje z kobietami.

*

Na początku więc Maszka spotkał Irmę, ale ta ustawiała go po kątach swojej prywatnej galaktyki. Maszka mówił, że wynika to z miłości, że Irma musi go tak pilnować, bo kiedy wpada w te swoje astralne fazy, to lepiej się jej nie sprzeciwiać. To miłość bezwarunkowa. Na potwierdzenie Maszka mawiał, że jak miał nieznośne guzy ślinianek, to chciała się z nim szaleńczo całować, nawet bardziej niż wcześniej. Tak jakby te guzki skłaniały ją do matczynej troski. Nieraz nawet modliła się, żeby Maszka był trochę kaleką, bo chciała się opiekować słabszymi istotami. W domu urządzała różne celebracje, wywoływała duchy, prosiła istoty astralne o przyjście i doświadczenie Maszki, po to, aby mogła się później nim opiekować. Maszka swoim humanistycznym i humanitarnym umysłem przyjmował to wszystko na zimno, ale z nutką nostalgii. Wierzył, że można się poświecić dla wyższego celu, a teraz jego pośrednikiem między niebem a ziemią była niewiasta, Irma.

Po pewnym czasie znudzona odeszła do innego – sparaliżowanego staruszka, który miał dodatkowo poparzenia trzeciego stopnia na całym ciele. Później, gdy spotkała Maszkę,  wyglądała promiennie, jak nigdy wcześniej. Dodatkowo, jako że traktowała go specjalnie, bo przecież kiedyś byłą jego kobietą, oznajmiła mu radośnie, że już nie jest dziewicą.

Po tym osobliwym romansie Maszka spotkał zupełnie inną towarzyszkę życia. Szkiełko i oko, przepraszam, wahadełko i oko Irmy zamienił na różowe koturny i ciasno opinające legginsy Barbie. To była Barbie XL, starczało jej więc dla wielu, każdy mógł skubnąć kawałek. Maszka jednak w tym towarzystwie był wyjątkowym, z troską traktowanym subtelnym chłopcem, który nawet dziabnąć porządnie nie potrafi. Dzięki temu więc, że Maszka nie skubał Barbie natarczywie, zbyt dosadnie i dogłębnie, zyskał status delikatnego romantyka. Może trudno w to uwierzyć, ale Barbie zaczynała się w nim zakochiwać. Zmieniała swój sposób życia. Z bezpruderyjnej kokietki, za którą – z racji jej wielkości i kreacji – rozglądało się całe miasto, przeistaczała się w potulną baranicę, która zawsze beczała, gdy Maszkę witała i żegnała. Witała beczeniem radosnym, niemalże ekstatycznym, tak silnym i emocjonalnym, że z nosa krwawiło i katarzyło, żegnała zaś smutną pieśnią pokutną stada baranów.

*

Słuchając tej relacji, mama Maszki płakała i pytała rozpaczliwie poetę, jak to możliwe, że Maszka, mały Maszka, ma już kobiety? Teraz przecież ledwie miałby kilka miesięcy… Doprawdy nie da się tego zrozumieć. Poeta zaczął się motać i gubić w zeznaniach, w końcu oświadczył, że wszystko mu się pomieszało, a opowiedziane historie zdarzyły się wyłącznie jemu, przecież tyle było tych kobiet… Mama Maszki poczuła się urażona, bo z tej opowieści wynikało, że ona jest tylko jedną z wielu. Natomiast poetę zafrapowała jedna myśl: jak mama Maszki go poznała? Jak to możliwe? Odrzekła, że tak pięknie opowiadał, jak przed chwilą, aż uwierzyła, że naprawdę ich syn żyje. To wyjątkowo wzruszyło poetę, który spytał, jak mama Maszki się nazywa, powiedziała, że Irena, ale właściwie to nie ma znaczenia. W tej chwili nic nie ma znaczenia.

Tak się rozstali i poszli w swoje strony. Po pewnym czasie okazało się, że jednak ta rozmowa miała sens. Gdy po kilku miesiącach nastąpiło kolejne spotkanie, ich umysły były już mocno nasiąknięte wspomnieniem tej rozmowy. Irenie niezwykłe wydało się to, że choć poecie wszystko się pomieszało, to jednak potrafił pięknie opowiadać o Maszce, tak jakby Maszka żył. Poeta zaś ucieszył się, że Irena go zapamiętała, przecież była jedną z wielu. Chociaż wyglądał strasznie, bo w tamtym czasie nie miał weny i alkoholizm go niszczył, jednak ktoś go poznał, ktoś, kto potrafi zmienić jego życie.

Po tej rozmowie poeta znów zaczął tworzyć, tym razem poematy o Maszce, które nazwał: “Wyśnione życie Maszki”. A były to takie opowieści, że nikomu się nie śniło, tak niezwykłe i niespotykane. I chociaż nie weszły do mainstreamu, zdobyły popularność wśród małej grupki ludzi. Zbierali się oni zawsze w sylwestra, w miejscu gdzie Maszka został poczęty, i czytali na głos najlepsze fragmenty tego wyśnionego życia. Ale do czasu, bo kilka lat później w tym miejscu powstał wieżowiec. Niektórzy twierdzili, że grasuje w nim duch Maszki i dziwny zapach, którego źródła nie udało się nigdy zlokalizować.


Tomasz Jedoń -w teorii politolog i europeista, w praktyce nie ma z tymi dziedzinami nic wspólnego (no może poza komentowaniem bieżących wydarzeń politycznych). Właściwie to wychodzi mu tylko pisanie i na tym się skupia. Jest copywriterem, szefuje sobie na skuteczny-copywriter.pl. Preferuje pisanie w podróży, a że jest freelancerem, to może sobie na to pozwolić. Właśnie wrócił z półrocznej podróży po Azji Południowo-Wschodniej. Wrócił pełen inspiracji.


Korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn

Zapisz

Reklamy