Opowiadanie wyróżnione w konkursie literackim „Nikomu się nie śniło” organizowanym przez Wykup Słowo.

*

Twarz, która spogląda na mnie z lustra, jest obca. Brzydzę się nią. Nasączona hektolitrami kofeiny i okadzona papierosowym dymem, straciła swój chłopięcy urok. Zapadnięte oczy wydają się puste i zupełnie pozbawione życia. Ziemista cera wygląda niezdrowo, a przetłuszczone włosy kleją się do czoła. Usta wykrzywiają się delikatnie, ale pożółkłe od nikotyny zęby odbierają uśmiechowi cały czar. Nie poznaję siebie, choć to wciąż ja, a przynajmniej tak mi się wydaje. Nazywam się Marek Wieczorek i nie śpię od dziesięciu dni, czternastu godzin i dwudziestu siedmiu minut. Boję się. Siedzę w tym fachu zbyt długo i wiem, czym to grozi. Cholera. Powinienem być ostrożniejszy, domyślić się, że ten chujek będzie chciał się zemścić. Lecz nie wyprzedzajmy faktów. Zrobię sobie jeszcze jedną kawę i zaraz ci wszystko opowiem. Kto to? Słyszę czyjś głos, rozglądam się po pokoju. Na szczęście jestem sam. W jednoizbowej chatce nie ma zbyt dużo kryjówek. Normalnie służy turystom przyjeżdżającym tutaj na dorsza, a dla mnie stała się azylem. Uciekłem i chowam się, chociaż sam nie mam pewności, przed czym. Chyba przed samym sobą i tym, co zrobiłem. To głupie, wiem. Zaraz ci wszystko wyjaśnię. O, znowu ten głos. Pewnie powoli wariuję. Odwracam się i widzę wielkie oczy wpatrujące się we mnie przez brudną szybę. Uśmiecham się. To Ugle, sowa. Tylko ona odwiedza mnie na tym odludziu. Tylko ona jeszcze ze mną rozmawia. A może jej wcale nie ma? Może ją też wymyśliłem? Nie, to niemożliwe. Widzisz ją, prawda? Te wielkie oczy są zbyt realne. Chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle. O, czajnik już gwiżdże, zalewam kawę i opowiem wszystko, bez bicia.

*

            Jestem, a raczej byłem, handlarzem snów. Chociaż nie, handlarz to za duże słowo. Bardziej pasowałoby diler. Albo paser. No, zostańmy już przy dilerze. W każdym razie sprzedawałem sny. Najdziksze koszmary, skryte fantazje, szczęśliwe miejsca i te trochę mniej przytulne, erotyczne igraszki i zabawy w superbohaterów, nawiedzenia, opętania, a nawet jedno zwiastowanie. Sny wojenne, komediowe, sensacyjne, amatorskie i studyjne. Miałem dosłownie wszystko. Dla każdego coś miłego. Dla każdego, kto miał kasę, ma się rozumieć. Jak to robiłem? E, nic trudnego. Taki się urodziłem. Byłem, a raczej jestem, podglądaczem. Widzę sny innych ludzi. To jest mój dar i moje przekleństwo. Na początku nie szło zbyt łatwo. Od dziecka byłem inny, szurnięty. Szajba, tak mnie nazywali w podstawówce. Z czasem nauczyłem się z tym żyć. Później nawet z tego korzystać, bo wiadomo, że z wariatem lepiej nie zaczynać. W technikum objawił się mój drugi talent. Miałem smykałkę do interesów. W połączeniu z luźnym podejściem do kodeksu karnego dawało mi to duże możliwości rozwoju w tak zwanej szarej strefie. Handlu snami oficjalnie zabraniano, ale rzeczywistość przypominała rynek marihuany w końcówce lat dziewięćdziesiątych. Jeśli chciałeś kupić gieta, wiedziałeś, do kogo zadzwonić. Jeśli miałbyś ochotę na jakiś fajny sen lub lekki koszmarek, wystarczyło wykręcić mój numer. Rzuciłem szkołę i robiłem to, co umiałem. Byłem dobry, ba, najlepszy. Skąd brałem sny? Chętnych do sprzedaży miałem wielu, ale musisz wiedzieć, że nie każdy sen przedstawia wartość rynkową. Sny są jak diamenty. Tych kilkukaratowych istnieje mnóstwo, ale Cullinan jest tylko jeden. Sen, który udało mi się opchnąć tego dnia, to nie ekstraklasa, lecz na pewno pierwsza liga. Interes życia, było co świętować. Miałem zajawkę na fajny klub, miłe dziewczyny i jakieś lekkie dopalacze, ale bez ekscesów. Wolałem nie rzucać się w oczy. Zaparkowałem swojego leksa pod najmodniejszym klubem w stolicy. Suzie czekała na mnie w towarzystwie uroczej koleżanki. Przedstawiła ją jako Autumn, czyli Jesień. Na zewnątrz szalała wiosna, a tutaj powiało chłodem. Nie miałem jej tego za złe. Zmiana klimatu mogła mi wyjść na dobre. Wypiliśmy kilka drinków i wszystko szło zgodnie z planem. Do czasu. Obudziłem się w tanim motelu, z nieznośnym bólem głowy i wielką dziurą w pamięci. Odkryłem coś jeszcze. Tatuaż. Na klatce piersiowej, wciąż czerwonej od igieł, widniał paskudny indiański amulet. Taki okrąg z pajęczyną w środku. Jeśli jesteś bywalcem festynów lub amatorem tandety, wiesz, o co mi chodzi. Dreamcatcher, łapacz snów, tak to się chyba nazywa. Powiesz, że to głupstwo, że powinienem wyluzować. Diluję snami i wiem, co może się przypałętać z takim świństwem. Posłuchaj. Żeby sprzedać sen, trzeba go zakląć w jakiś przedmiot. Najlepiej niewielki i dla kogoś szczególnie ważny. Stara fotografia, moneta albo na przykład wibrator. Tatuaż jest o tyle lepszy, że osoba, której podarowaliśmy sen, nie może się go pozbyć. Tym razem to ja zostałem hojnie obdarowany. Wpadłem w niezłe gówno. Dlaczego boję się snu? Sprzedałem ich na tyle dużo, że wiem, do czego mogą doprowadzić. Horror dla zawałowca, czapa. Śmierć własnego dziecka śniona w kółko, nie mija miesiąc i lądujesz u czubków. Pornomarzenia z twoją żoną w roli głównej i już nigdy nie spojrzysz na nią tak samo. Nie jestem złym człowiekiem, przynajmniej nigdy się za takiego nie uważałem. Pośredniczę w transakcjach i nie ponoszę odpowiedzialności za trefny towar. Widocznie ktoś miał odmienne zdanie. Pytanie brzmiało, kto? Musiałem go porządnie wkurzyć. Nie miałem czasu, żeby przejrzeć listę reklamacji. Musiałem działać. Pulsujący ból skroni nie pozwalał się skupić. Wybrałem numer Suzie, ale ta dziwka oczywiście nie odbierała telefonu. Od tamtej pory nie śpię, to zbyt ryzykowne. Musiałem kupić trochę czasu i wtedy wpadłem na pewien pomysł. Tak trafiłem na północ.

*

            Kamoyvaer, niewielka, rybacka wioska na wyspie Mageroya. Popularność zawdzięcza ławicom dorszy i bliskości przylądka Nordkapp. Ja wybrałem ją z zupełnie innego powodu. Nie, nie chodzi o odległość, ale o białe noce. Słońce, prawie do końca lipca, zamiast schować się za widnokręgiem, jedynie muska go rozgrzanym cielskiem, tocząc się z zachodu na wschód, i w końcu o poranku, który tak łatwo tu przeoczyć, odbija się od linii horyzontu i wznosi leniwie do góry. Na początku ciężko jest się przyzwyczaić, trudno zasnąć, a o to mi przecież chodziło. Oczywiście nie wytrzymałbym całego miesiąca. Kawa i papierosy to zdecydowanie za mało. Red Bull przestał dodawać skrzydeł już po tygodniu. I wtedy poznałem Michała. Słowiańskie „kurwa”, które usłyszałem w supermarkecie, wywołało na mojej twarzy lekki uśmiech. Rodak awanturował się przy kasie o kilka koron, nie znał angielskiego. Pożyczyłem mu gotówkę, a on w ramach rewanżu zaprosił mnie na piwo. To głupstwo, wiem, jednak od razu wyczułem, że mamy z sobą coś wspólnego. Chłopak dilował amfą. Dzięki niemu jakoś przetrwałem ten ostatni tydzień. Ale to już koniec. Powoli zbliża się noc. Michał też gdzieś zniknął, lecz teraz to już nieważne. I tak nie mam siły, żeby dłużej walczyć. Idę spać. Chciałem tylko pogadać, zanim… No, wiesz, gdybym się nie obudził. Nawet nie mam pewności, czy jesteś prawdziwy. Nie szkodzi. Dziś wszystko się skończy. Jeszcze tylko pożegnam się z Ugle i walę w kimono. Nareszcie. Dobranoc.

*

            To była ona. Lekko kroczyła między straganami, a jej rude włosy świeciły w popołudniowym słońcu. Uśmiechała się. Przekupnie i zwykli przechodnie rozstępowali się, a ona swobodnie szła dalej. Od jednego ze sprzedających dostała wielkie czerwone jabłko. Wgryzła się w nie i na jasną pierś spadła jej kropla. Nie mogłem oderwać wzroku. Stałem zahipnotyzowany, kompletnie zauroczony. W tym momencie zdała sobie sprawę, że ją obserwuję. Zarumieniła się niczym trzymany w ręku owoc. Spuściła wzrok, obejrzała się i przez chwilę jakby się zastanawiała, co zrobić. Wyrzuciła ogryzek i pewnym krokiem ruszyła w moim kierunku. Świat poza nami już nie istniał. Podeszła blisko, moje nozdrza wypełnił jej zapach. Poczułem, że sztywnieję. Chciałem to ukryć, ale ona otarła się o mnie, muskając ręką krocze.

– Dzisiaj, u mnie – wyszeptała. Każde słowo rozlało się w mojej podświadomości niczym senna mgła. Gęsta i nieprzenikniona. Nie istniało nic prócz niej. Mogłem myśleć tylko o jednym. Pragnąłem jej. Chciałem za nią iść od razu, lecz mimo pragnienia nie mogłem ruszyć z miejsca. Słyszałem jej śmiech, który po chwili zmienił się w znajome pohukiwanie.

*

            Zbudziłem się. Nie wiem, jak długo spałem. Nie wiem nawet, czy za oknami jest dzień, czy noc. Nie obchodzi mnie to. Od naszej ostatniej rozmowy minęło już kila tygodni, a może miesięcy. Nieważne. Teraz czuję się jak młody bóg. No, może nie do końca, ale jest super. Wciąż pamiętam, gdy wyśniłem ją pierwszy raz. Obudziłem się naprawdę szczęśliwy. Nie dlatego, że tatuaż w końcu okazał się niegroźny, ale ten sen to jakby spełnienie marzeń. Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek ją jeszcze zobaczę. Skąd ją znam? Przyszli do mnie, kiedy dopiero raczkowałem jako zaklinacz. Mariusz i Milena. Nie wiem czemu, ale nazwałem ich w swojej głowie Morfeusz i Maligna. Tak mi jakoś wtedy pasowało, wydawało się zabawne. Nie mieli kasy i potrzebowali pomocy. Pokazała mi swój sen, a ja od razu wiedziałem, że muszę go mieć. Nie pozwoliła na to, ale chciwość mnie opętała. Postanowiłem go ukraść. Popełniłem błąd. Wolałbym ich nigdy nie spotkać, a może właśnie tak było, że ich też tylko wyimaginowałem. Bogini Maligna i jej kochanek sen wciągnęli mnie w swoje gierki. Dziewczyna zmarła tylko na niby, a groźby Morfeusza to nic więcej jak nocny koszmar. Niczego nie jestem już pewien, wszystko mi się miesza. Nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że ją jeszcze spotkam, i to w jej śnie, tym śnie. Moim Cullinanie lśniącym blaskiem pół tysiąca karatów. Czuję, jak narasta we mnie podniecenie, rozlewa się po całym ciele. Wzywa mnie. Muszę do niej wrócić. Pora się położyć. Czas na sen, na spotkanie.

*

            Półmrok. Kamienne ściany budynków po obu stronach ulicy niebezpiecznie zbliżają się do siebie. Klaustrofobiczne uczucie strachu narasta, ale ja muszę iść dalej, muszę ją znaleźć. Nawołuje mnie, niczym syrena zagubionych żeglarzy. Nie mogę się oprzeć. Spoglądam za siebie. Nie ma już drogi powrotnej, tylko lita ściana porośnięta bluszczem. Idę za głosem, chociaż wiem, a raczej czuję, że to nie jest najlepszy pomysł. Brukowana ulica prowadzi mnie do ciężkich okutych drzwi. Wydaje mi się, że widziałem, jak ktoś za nimi znika. W oknie na piętrze pali się światło i znów słyszę ten głos. To ona. Waham się jeszcze przez chwilę, lecz w głębi duszy wiem, że to bezcelowe. I tak się nie oprę. Chwytam za ciężką kołatkę i stukam kilka razy. Metal uderzający o drewno nie wydaje żadnego głosu. Próbuję krzyczeć, to też na nic. Struny głosowe drżą jak szalone, jednak z moich ust wydobywa się jedynie ciepły strumień powietrza. Rzucam się na drzwi i walę w nie z całych sił. Kopię, uderzam pięściami i głową. Słyszę drwiący kobiecy śmiech. Budzę się.

*

            Ból głowy jest nie do zniesienia, a w suchych ustach wciąż czuję smak strawionego alkoholu. Jest mi niedobrze. Po omacku znajduję znajomy kształt butelki. Przytulam do niej twarz, potem przytykam do ust. Okazuje się pusta, jak ja. Nic już we mnie nie zostało. Nie ma woli walki, nie ma nawet instynktu przetrwania. Pozostał tylko sen, którego nie mogę dośnić do końca. Koszmar. Ugle powiedziała, że to jego sprawka. Miała rację, przecież robił dziary, a przynajmniej tak twierdzi sowa. Kiedy ostatnio spojrzałem w jej oczy, zobaczyłem twarz Maligny. Znów się ze mnie śmiała, a może tylko uśmiechała. Nieważne, to przeklęte ptaszysko też mnie przestało odwiedzać. I dobrze, miałem dość ciągłego pohukiwania i tych wielkich hipnotyzujących ślepi. Musisz wiedzieć, że nie mam pojęcia, czy z tego wyjdę. Ten głupi kutas, który mi to zrobił, dopnie swego. Idę spać, a może właśnie się budzę, nie jestem pewien, bo ta cholerna noc trwa zdecydowanie za długo. Słyszę głosy, których nie chcę słyszeć. Widzę twarze, których nie powinienem widzieć. Też tak masz? Nie? A więc to tylko sen. Chociaż nie, przecież ty istniejesz naprawdę. Kurwa, czemu tu jest tak okropnie zimno. Dorzucam drew do kominka i ciepły podmuch uderza mnie w twarz. Jest odrobinę lepiej. Oczy mi łzawią, ale nie mogę przestać wpatrywać się w ogień. W płomieniach widzę jej rude włosy, jak podskakują, kiedy ona tańczy. Czuję swąd spalenizny, lecz ignoruję to. Dopiero ból w poparzonej łydce sprowadza mnie na ziemię. Plama ciepłej uryny rozlewa się tam, gdzie siedzę. Przez chwilę świat wydaje mi się całkiem realny, tyle że ciebie tam nie ma. Dlaczego? Postanawiam to zakończyć. Definitywnie. Spoglądam w ogień i wiem, co muszę zrobić.

*

Wróciłeś? To dobrze, bo muszę ci powiedzieć, że podjąłem decyzję. Ta płonąca żagiew w mojej dłoni powinna rozwiązać problem. Idę przez śnieżne zaspy. Pewnie myślisz, że zwariowałem, ale wierz mi, znam się na tym. Jestem handlarzem snów, pamiętasz? Jeśli będziesz miał ochotę, wpadnij do mnie, kiedy będzie po wszystkim. Dostaniesz zniżkę. Należy ci się po tym, co tu razem przeszliśmy. A teraz wybacz, muszę zakończyć ten koszmar. Otaczająca biel uspokaja. Przytykam rozżarzone polano do piersi. Czuję smród i ciepło. Rozlewa się po całym ciele wraz z falą bólu. Wrzeszczę na całe gardło, jednak nikt mnie nie słyszy. Choć alkohol wciąż krąży w żyłach, ból jest nie do wytrzymania. Kręci mi się w głowie. Biel wiruje i w pewnym momencie czuję, jak padam twarzą w śnieżny puch. Jakbym lądował w świeżej pościeli. Pragnę zasnąć. Pozbyć się bólu i zapomnieć o zimnie. Mam nadzieję, że nic mi się nie przyśni.

*

            Budzę się. Mleczna mgła opada powoli. Czuję suchość w gardle. Próbuję się podnieść, nie mogę. Jestem przypięty do łóżka. Z moich ramion sterczą silikonowe rurki kroplówek, aparatura nad głową pika miarowo. Szpital. Nie wiem, jak tu wylądowałem, lecz ogarnia mnie spokój. Czuję głód i jakiś wewnętrzny brak. Normalne, realne odczucia. Jeszcze raz próbuję się podnieść i wtedy ból w klatce piersiowej daje o sobie znać. Wciskam czerwony przycisk przyzywający personel i szukam w głowie angielskiego słowa nazywającego środki przeciwbólowe. Chyba nikomu się nie śniło, że tak to się skończy. Na pewno nie mnie. Zawsze uważałem się za dziecko szczęścia. I tym razem moja gwiazdka nie zagasła. Wypiję za to, jak tylko wrócę do kraju. Teraz będę dużo odpoczywał. To chyba nasza ostatnia rozmowa. Już wiem, że jesteś jedynie wytworem mojej wyobraźni. Trochę mi będzie brakowało tych naszych pogawędek, ale cóż, wszystko się kiedyś kończy. Tę całą historię potraktuję jak nieprzyjemny sen. Może ją komuś sprzedam? Tylko blizna na piersi będzie mi przypominać. Wciąż boli. Gdzie jest ten cholerny personel? Wciskam czerwony guzik raz i drugi. Pielęgniarka, wchodząc, upuszcza jakieś naczynie. Podnosi je i wtedy zdaję sobie sprawę, że nie słyszałem, jak upadło. Kobieta pochyla się nade mną, a ja bezwiednie moczę się w łóżko. Płomiennie rude włosy spięte pod czepkiem i drwiący uśmiech sprawiają, że chcę biec, uciekać, jednak nie mogę ruszyć się z miejsca. Próbuję krzyczeć, ale za oknem słyszę tylko znajome pohukiwanie.


Damian Filipkowski, rocznik 1985. Umysł ścisły, lecz nie ciasny. Z wykształcenia nawigator, ale ostatnio na suchym lądzie w gronie uroczych syren, żony i dwóch córek. Zadebiutował  opowiadaniem pt. „Nadgryziony towar”, które ukazało się w tym roku, w antologii „Dawno temu w kosmosie.” Jeśli chodzi o pisanie, to miewa fantastyczne pomysły i kryminalne skłonności, albo na odwrót.


Korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn
Reklamy