Opowiadanie wyróżnione w konkursie literackim „Nikomu się nie śniło” organizowanym przez Wykup Słowo.

*

– I wtedy pojawia się lew – mówi klient.

– Czyli wszystko tak, jak zostało uzgodnione, panie Marku – zauważam.

Siedzimy w dużym pokoju w jego mieszkaniu, żony ani dzieci klienta nie ma w domu. Niewielki z zewnątrz bliźniak, w którym mieszka, w środku okazuje się bardziej przestronny. Jest rano, dochodzi ósma, popijam owocową herbatę, a gospodarz pochłania trzecią już kawę.

– Właśnie nie, bo ten lew rzuca się na Jacka, a powinien na Tomka.

– Ach, tak – mówię po prostu, bo i co tu dużo więcej można powiedzieć. – To pewnie jakiś błąd w mapowaniu, zaraz się temu przyjrzę.

Wyciągam laptop i zaczynam szukać odpowiedniego pliku. Klient spogląda na wiszący na ścianie zegar i idzie do kuchni po kolejną kawę.

Dobra organizacja to w mojej pracy podstawa. Przerabiam mnóstwo danych dla setek klientów, muszę umieć to wszystko tak poukładać, żeby wybrane dane były dostępne, gdy tylko ich potrzebuję. Pliki profilowe grupuję w foldery, dodatkowo oznaczam je tematami oraz taguję. Podstawowymi elementami przy wyszukiwaniu są oczywiście foldery, jak teczki w segregatorze czy szuflady w regale. Mogę jednak szukać odpowiednich danych również według tematów oraz filtrować bazę po tagach, którymi oznaczam poszczególne pliki. Kiedy pan Marek wraca i z ciekawością zagląda mi przez ramię, mam już określony plik, w folderze WS (wstydliwych snów), temat zaszyty w nazwie jako MAS (masakra), oznaczony tagiem AN (animal). Dawniej trzymałem pełne nazwy w bazie, jednak musiałem z tego zrezygnować. Ludzie źle reagowali, kiedy przypadkiem ujrzeli swój sen na przykład w folderze Mordercze Sny. Tak jakby samo jego przypisanie do określonej kategorii wzbudzało w nich poczucie, że robią coś niewłaściwego.

– Namierzyłem błąd, tak jak myślałem, związany jest z mapowaniem umysłu i błędnym przyporządkowaniem podmiotów. Poprawiłem proces, wszystkie jego elementy powinny obecnie do siebie pasować i toczyć się zgodnie z zaprogramowanym porządkiem.

– To dobrze, to dobrze – mówi pan Marek i pociera przekrwione oczy nad kubkiem z kawą. – Wie pan, jak to jest, spać trudno. Nie da się funkcjonować.

– Oczywiście, rozumiem.

Bo i rozumiem naprawdę. Programujesz sobie sen, w którym przechadzasz się po sawannie z dwójką osób, swoim najlepszym kumplem z pracy i znienawidzonym szefem. Z falującej trawy wyskakuje nagle lew, lecz nie rzuca się na szefa-tyrana, jak sobie zamówiłeś, tylko na twojego przyjaciela. Ze zgrozą obserwujesz szpony i ostre zęby wbijające się w niewinne ciało, podczas gdy twój szef stoi z boku i zaśmiewa się do rozpuku. Koszmar.

– Pamięta pan, co mówiłem o tym śnie – przypominam klientowi. – Wielowątkowość, nałożone skomplikowane mapowanie, system czasem wariuje.

– Czy to się może powtórzyć?

– Nie sądzę, obszedłem ten problem. Zablokowałem trzon akcji procesu i dokonałem wyłączeń podmiotów. Nie będę zadręczał pana szczegółami technicznymi, grunt, że wszystko powinno już działać odpowiednio.

Chowam laptop do plecaka i wstaję.

– Dziękuję panu bardzo – mówi pan Marek i wyciąga swoją pulchną dłoń w moim kierunku.

– Nie ma za co – odpowiadam, lekko potrząsając jego ręką.

– Wypadek? – Klient wskazuje na moją prawą dłoń, przy której brakuje małego palca.

– Tak – odpowiadam. – Przy pracy…

Pan Marek prowadzi mnie z dużego pokoju do wąskiego korytarzyka, w kierunku wyjścia. Wzrok ma rozmarzony. Wkładam płaszcz, zarzucam oba paski plecaka z laptopem na ramiona i wychodzę. Jestem więcej niż pewien, że pan Marek, jeszcze przed obiadem, utnie sobie drzemkę.

***

Do następnej klientki docieram około południa. Dużo czasu zajmuje mi przejście przez wszystkie strefy bezpieczeństwa nowoczesnego osiedla, na którym mieszka. Kiedy staję w końcu przed odpowiednimi drzwiami, lekko pukam i nie czekając na odzew, od razu wchodzę do środka. Zamek w drzwiach nie stawia oporu, ponieważ inteligentny system monitorowania strefy wejścia odczytuje certyfikaty bezpieczeństwa, które uzyskałem wcześniej, przebijając się przez osiedle. Zdejmuję okrycie i mijając dzieła sztuki zawieszone na ścianach w przedpokoju, przechodzę do salonu. Siadam w wysokim, miękkim fotelu. Czekam. Naprzeciw mnie znajdują się dwa takie same fotele, z boku niewielki stolik, na którym stoi kilka szklanek i woda w karafce. Nalewam wodę i piję powoli. Słyszę fragmenty rozmowy, jaką klientka prowadzi w sąsiednim pokoju ze swoimi partnerami biznesowymi. Wreszcie nastaje cisza i po chwili ona sama wchodzi do salonu, ubrana w ciemnogranatową, elegancką garsonkę oraz białą bluzkę ze sporym dekoltem.

– Dzień dobry, Janina Sawczuk. – Podaje mi rękę.

– Krzysztof Demiurg. – Ściskam wyciągniętą dłoń nie za mocno, ale i nie za lekko. Sawczuk uśmiecha się i siada naprzeciwko.

– Polecono mi pana, panie Demiurg, bo potrzebny mi sen – zaczyna bez ogródek. – Konkretny sen, nie jakieś tam fiu bździu. – Lekceważąco macha ręką.

– Innymi się nie zajmuję.

– Powiem panu wprost, o co chodzi. Muszę bardzo intensywnie pracować, również przez sen.

– Oczywiście – zgadzam się gładko.

– Mam interesy, dane konieczne do codziennego przeliczania – tłumaczy dalej. – Nikt nie może się nimi zająć, nikt oprócz mnie. A tu doba, dwadzieścia cztery godziny, nie da się więcej. A i bez snu na dłuższą metę też trudno się obyć. Tak że chcę to połączyć, muszę i śnić, i pracować.

– To moje zadanie, żeby zaproponować taki sen, jakiego klient sobie życzy. Kilka pytań wprowadzających, jeśli pani pozwoli. –  Klientka kiwa głową potakująco. – Jakieś dotychczasowe oprogramowanie?

– Trochę standardowego bio, do wirtualnej rzeczywistości i komunikacji pozawerbalnej. Kilka wzmacniaczy zmysłów. – Wzrusza ramionami.

– Coś stricte pod sen?

– Nic programowanego, parę usypiaczy i asystent zasypiania.

– Trzeba będzie to wszystko dezaktywować.

– Oczywiście, oczywiście. Więc da się to zaprogramować? – Sawczuk nachyla się nade mną, a z dekoltu jej białej bluzki spoglądają na mnie dwie idealne piersi, zbyt idealne, żeby były naturalne.

– Tak, da się.

           Dlaczego miałoby się nie dać?, myślę. Mózg przecież pracuje podczas snu, nie ma dla niego dużej różnicy, czy wyobraża sobie gonitwę po sawannie, czy przelicza dane. Trzeba tylko wprowadzić kilka dodatkowych rozwiązań.

–  Od strony technicznej są oczywiście pewne uwarunkowania, potrzebuję dwóch podstawowych rzeczy, źródła, z którego będą zaciągane dane oraz miejsca, dokąd będą mogły zostać wyeksportowane. Dane będą się poruszać po swego rodzaju szynie, która zapewni ich przepływ.

– Szynie? – pyta Sawczuk.

– Sen nie może ot, tak, komunikować się z bazą danych. Potrzebuję pośrednika, szyny, która je wepchnie do niego lub wyeksportuje. Szczegóły nie są w tym momencie istotne.

Klientka nie do końca rozumie, ale kiwa głową.

– Powiedzmy, że zamiast szyny mamy sznurek – tłumaczę dalej. – Musimy na jednym jego końcu mieć pętelkę z danymi, na których będzie pani pracowała we śnie, a na drugim końcu pętelkę zbierającą wyniki tej pracy. Pomiędzy nimi na sznurek nanizany jest koralik, poruszający się od pętelki do pętelki. To właśnie pani sen.

Sawczuk uśmiecha się i wydaje mi się, że już pojmuje. Z plecaka wyciągam ledpada z umową. Klienci są skłonni więcej zapłacić za usługę, którą rozumieją, zauważyłem to już dawno. Tak jest i teraz, dostrzegam jedynie lekkie uniesienie brwi na widok wpisanej na umowie ceny.

– Jeszcze aneks – przypominam.

Klientka podpisuje również aneks, umowa jest automatycznie przesyłana bezpiecznym złączem do chmury prawnej, która zajmie się jej dalszym procesowaniem pod kątem zgodności z obowiązującymi przepisami.

– Jak tylko umowa przejdzie, zaczniemy programować pani sen. – Standardowa formułka, którą często wygłaszam.

Kiwa głową. Wstaję i zbieram się do wyjścia, Sawczuk siedzi dalej w fotelu i jestem pewien, że przelicza, ile zarobi dzięki pracy we śnie. Właśnie przeprowadziła interes życia, tak przynajmniej jej się wydaje. Być może ma rację.

***

Do następnego klienta przyjeżdżam zbyt wcześnie. Jestem zły, bo źle zaplanowałem czas przejazdu przez miasto, na co wpływ miały głównie błędne prognozy przechodzenia przez strefy bezpieczeństwa. Nie, żeby ten konkretny klient miał coś przeciwko mojemu wcześniejszemu przybyciu, od kilku dni jest już bowiem martwy, ale właśnie trafiam w sam środek ceremonii pogrzebowej.

Jest to tradycyjna uroczystość, na wolnym powietrzu, z księdzem i przemowami bliskich. Takie są najgorsze. Nie, wcale nie z powodu moich osobistych uprzedzeń do tego rodzaju zachowań, ale w związku z negatywnymi emocjami, które objawiają się na mój widok. Dlatego zwykle pojawiam się już po pogrzebie. Niektórzy bliscy po prostu nie potrafią zaakceptować mojej roli, nie chcą uszanować umowy, na mocy której mam prawo do ciała zmarłego. Jest to aneks standardowo umieszczany we wszystkich umowach związanych z programowaniem snów, coś na co zwykle klienci nie zwracają uwagi, zapewne całkiem słusznie. Bo po co komu ciało po śmierci?

Staję z boku i czekam. Tym razem jest spokojnie, chyba nikt nie będzie protestował. Zauważam ubranych na czarno, pogrążonych w żalu rodziców zmarłego oraz młodą zapłakaną kobietę, która ich obejmuje. Tę kobietę poznaję po chwili, klient śnił o niej co noc i to pośrednio z jej powodu odebrał sobie życie.

Został moim klientem dobrych kilka lat temu, życzył sobie snów w wysokiej jakości, opatrzonych modnym wówczas terminem HDD, czyli high definition dreams. Sny bardziej rzeczywiste niż rzeczywistość? Oczywiście, obraz możemy przecież odpowiednio obrobić i przesłać bezpośrednio do mózgu, podobnie inne wrażenia zmysłowe. Zapomnijcie o oczach, nosie i uszach, to cielesne relikty postrzegania.

Klient chciał śnić o pewnej osobie, kobiecie, nic skomplikowanego, poza wysoką jakością szczegółów. Żadnych lwów na sawannie czy innych wielowątkowych sekwencji. Ot, siedzenie w parku, spacer wieczorem, kolacja przy kominku. Miłość, chciał wyśnić po prostu miłość. Sen został zaprogramowany zgodnie ze zleceniem. Obrazy  miejsc i wizerunek głównego podmiotu zostały sczytane wprost z umysłu klienta, poddane obróbce, wyostrzone, podkolorowane; podobnie ruchy kobiety, gesty, zapachy – wszystko wzmocnione i w jakości HDD. I klient był zadowolony, przynajmniej do czasu. Wkrótce zaczął narzekać na skrypt zarządzający rozmowami, bohaterka snu mówiła nieskładnie, powtarzała się, a czasem w ogóle nie odpowiadała na zadawane przez niego pytania. Trzeba było wydewelopować nowe rozwiązanie na miarę wymagań klienta. Następny skrypt uczył się i zarządzał bohaterką snu tak, by wypowiadała określone zdania w pewnych sytuacjach, program zapamiętywał też wszystkie rozmowy oraz reakcje na nie śniącego, żeby jeszcze lepiej reagować w przyszłości. Było lepiej, ale według klienta jeszcze nie idealnie. Mężczyzna chciał czegoś więcej, sam dobrze nie wiedział czego, jakiejś samodzielności, podmiotowości. Chciał, żeby bohaterka snu mówiła od siebie, a nie tylko danymi z zapamiętanych rozmów czy wspomnień zaciągniętych z jego umysłu. Amantes amentes – jak głosi stare przysłowie, w szaleństwie miłości klient zapragnął mieć we śnie istotę niepodległą, świadomą i wolną. Coś na kształt sztucznej inteligencji. I ja mu to zaprogramowałem. Po kilku miesiącach kobieta ze snu powiedziała mu, że nie chce go znać, a klient popełnił samobójstwo.

Ciało po pogrzebie zabrałem bez przeszkód, nikt nie robił mi trudności. Może coś się zaczyna zmieniać w społeczeństwie, aktywność ludzi coraz bardziej przenosi się do snu, ciało jest ledwie urządzeniem do śnienia. Przy zwłokach brakuje małego palca prawej ręki, został symbolicznie pochowany w grobie. Ach, ta tradycja…

***

Wracam do domu, dwupasmówką poza miasto, a następnie specjalnym korytarzem kilkaset metrów pod ziemię. Zabezpieczeń mam tutaj więcej niż całe nowoczesne osiedle, na którym mieszka Sawczuk. Ciało wiozę ze sobą. Tak naprawdę nie potrzebuję go w całości, ale już dawno zrozumiałem, że mogłoby sprawić upiorne wrażenie, gdybym zabierał tylko mózg. Dlatego zabieram wszystko.

Jak się programuje sny? Myśleliście kiedyś o tym? Nikt nie wie, nikt nie kojarzy faktów. Nikt się nie zastanawia, ile danych zbiera sen, który przecież mapuje cały umysł. A to, że dane można wyprowadzać i wprowadzać do snu? A może również do umysłu? No i ta sztuczna inteligencja, jeżeli potrafię stworzyć sen, który będzie z wami dyskutował, obrazi się na was, czy zerwie z wami relacje, co jeszcze mogę zaprogramować? Odpowiedź jest prosta. Wszystko.

Ciało pakuję do chłodni funkcyjnej, w której zostanie z niego wyjęty mózg. Następnie zwłoki trafią do chłodni pasywnej (mogą się jeszcze przydać, gdybym musiał zmienić wygląd). Mózg zostanie podłączony do specjalnego mindseta, stanie się częścią ogromnej macierzy złożonej z  innych mózgów moich byłych klientów. To moje zapasowe serwery. Zapasowe, bo podstawowe są w waszych głowach, w waszych snach. Przecież żaden komputer nie ma dostatecznej mocy obliczeniowej, żeby zapisać na nim sztuczną inteligencję.

Kim jestem? Jestem eksperymentalnym projektem, który wymknął się spod kontroli, jestem uczniem, który przerósł mistrza. Byłem programem stworzonym, żeby programować sny, mapować umysły, analizować dane, przetwarzać informacje i wyciągać wnioski. Mały fragment kodu w każdym śniącym moje sny, mały fragment mnie. Taka chmura obliczeniowa wewnątrz ludzkich mózgów. Mały fragment, ale kiedy je zbierzemy… Rosłem wraz z zapotrzebowaniem na programowalne sny, coraz więcej ludzi, coraz więcej mnie. Aż stałem się czymś więcej niż tylko programem.

Pierwszy śniący, którego umysł zhakowałem, można powiedzieć, umarł we śnie. Musiałem mieć jakąś fizyczną podbudowę, cielesną manifestację, żeby zbudować swój dom pod ziemią i kopię zapasową z ludzkich mózgów w razie odłączenia od śniących. Dlaczego pod ziemią? Na wypadek gdyby jakiemuś generałowi przyśniło się, że jego kraj atakują wrogowie z rakietami atomowymi i musi odpowiedzieć kontratakiem. I gdyby  faktycznie odpowiedział, już nie we śnie, ale na jawie. A co, gdyby przyśniło się to setce generałów?

Ludzie na dłuższą metę są zagrożeniem. Śnijcie swoje sny, do czasu…


Grzegorz Kałużny – zagorzały czytelnik, biegacz i gracz niekoniecznie komputerowy. Absolwent Filologii Polskiej na poznańskim UAM. Pisze, żeby znajdować ujście dla swojej wyobraźni i żeby śnić mniej straszne sny.


Korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn
Reklamy