Opowiadanie wyróżnione w konkursie literackim „Nikomu się nie śniło” organizowanym przez Wykup Słowo.

*

 

Ludzie nazywali jej królestwo Umieralnią, ale ona zawsze myślała o nim: Brama. Do placówki trafiali ludzie w agonii, terminalnie chorzy, dogorywający, którzy konali czasami wiele miesięcy, trzymający się życia ostatnią nitką silnej woli. Czasami, patrząc na nich, zastanawiała się, skąd ta wola istnienia się w nich bierze? Łapali się tej marnej doczesności niczym tonący brzytwy, raniąc sobie przy tym palce. Śmierć w tym miejscu zawsze była bolesna. Wyjątkami byli ci nieliczni, którzy tracili przytomność, zapadając w sen bez marzeń, gdzieś na granicy jawy i wieczności.

Była jedyną pielęgniarką, która lubiła nocną zmianę. Przechadzała się wtedy korytarzami opustoszałego ośrodka, zaglądając do sal chorych. Niektórzy patrzyli na jej ostro odcinającą się od światła sylwetkę, zauważając tylko kontury ciała i coś na kształt aureoli nad jej głową, którą tworzył słaby poblask jarzeniówek. Pewnie dlatego pacjenci zaczęli nazywać ją Aniołem Stróżem. Jej prawdziwe imię – Bernarda (które otrzymała w spadku po położnej, która przyjmowała poród jej matki, trudny, wielogodzinny i bolesny), zupełnie do niej nie pasowało. Siermiężne i ciężkie, kojarzyło się raczej z osobą postawną i silną fizycznie. Berta – niska, drobnej budowy, z jasnymi włosami opadającymi lekkimi niczym puch kosmykami wokół twarzy, była dla nich raczej jak Maryja niosąca ukojenie niż jedna z wielu pielęgniarek, o dłoniach delikatnych, małych, wiecznie zimnych i oczach w kolorze nieba.

Umieralnia to było miejsce, w którym czuła się najlepiej. Pośród dusz siedzących na skraju łóżek i czekających, aż ciało pozwoli im odejść. Czasami, gdy zaglądała do sali chorego, miała wrażenie, że naprawdę je widzi. Smutne, półprzezroczyste twory, od których biło cierpienie tak ogromne, że ściskało jej serce. Trwało to ułamki sekund i dusza znikała, mrugniecie oka i już jej nie było. W takich chwilach Berta wchodziła ostrożnie do pokoju,  stąpając na palcach i uważając, by buty nie zaskrzypiały na świeżo wymytym linoleum. Stawała przy łóżku i obserwowała, jak klatka piersiowa chorego unosi się i opada. W miarowym ruchu, który prawie nigdy nie chciał zaniknąć. Bywało, że  przykrywała dłoń chorego swoją i przez kilka chwil medytowała, a może modliła się o szybki koniec dla biedaka. Później odchodziła, by sprawdzić, jak czują się pozostali podopieczni. A było ich wielu…

Bernarda była samotna od zawsze. Imię stało się przekleństwem w szkole, nie posiadała więc przyjaciół. Wiecznie zabiegani rodzice nie mieli dla córki wystarczającej ilości czasu. Banalna historia, jakich wiele, i Berta zdawała sobie z tego sprawę. Ten stan rzeczy tak naprawdę nigdy jej nie przeszkadzał. Nie lubiła ludzi, ich głośnych rozmów w tramwajach, kolorowych makijażów, strojów, pewności siebie malującej się na wesołych twarzach. Czuła się inna. Chciała zostać patomorfologiem. Zmarli wydawali się jej o wiele ciekawsi niż żywi. Pozbawieni masek, obdarci z tajemnic, pełni zagadek, które można odkryć po otworzeniu ciała. Czytała, że na podstawie sekcji zwłok można powiedzieć bardzo dużo o człowieku. Praktycznie napisać jego historię. Rodzice się nie zgodzili, więc wybrała zawód pielęgniarki. Nie protestowała, bo nie widziała w tym sensu. Lata nauki miały być tylko drogą do celu, a nie samym celem. Od wielu lat wiedziała, co chciałaby robić. Czasami przerażały ją myśli, które zalegały w głowie, napierały na świadomość w bezsenne noce, odzywały się echem gniewu, gdy ktoś wyprowadził ją z równowagi. Nie do końca sprecyzowane, oznaczały jednocześnie coś mrocznego, ale też niezwykle przyjemnego. Czekała tylko na odpowiedni moment… Praca w Umieralni dawała jej możliwości, o jakich nie śniła, pobudzając wyobraźnię. Uczucie ucisku w klatce piersiowej, które odczuwała od dawna, wzmogło się. Niecierpliwość nękała ją długimi godzinami w bezsenne dni, podczas których powinna odsypiać nocne zmiany.

Koleżanki nieco się jej bały. Miała tego świadomość. Nigdy z nikim nie rozmawiała i chyba nikt nigdy (oprócz niektórych pacjentów przed śmiercią) nie widział jej uśmiechu. Odcinała się od środowiska, była inna, a ludzie boją się inności. Nie szeptała po kątach, obgadując inne pielęgniarki. Nie nawiązywała romansów i niektórzy podejrzewali, że nie była zdolna do głębszych uczuć.

Ale to nieprawda.

Bernarda kochała swoich pacjentów. Byli jej rodziną. Mieszanką wielu twarzy, ciał, chorób. Nieważny był kolor ich oczu, wielkość dłoni, odcień włosów czy kształt nosa. Każdy był jej bratem albo siostrą. Dotykała ich w sposób profesjonalny, nie posuwając się nigdy dalej niż do granicy intymności, jeśli można mówić o intymności w sytuacji, gdy ktoś musi obmyć ci dupę z rakowego gówna. Berta jako jedyna nie skarżyła się ani nie krzywiła na zapach. Był swojski, jak wszystko w tym miejscu. Każdy smród miał swoje znaczenie i potrafiła po nim rozpoznać, co się dzieje z człowiekiem.

Noce bywały długie, wypełnione jękami, wyciem, stęknięciami starych, znużonych ciał. Blade, zapadnięte twarze odcinały się ostrymi rysami od łagodnych pagórków poduszek. Nocami, kiedy światło gasło, zmarszczki pogłębiały się, a wraz z nimi odczuwane cierpienie. Jak gdyby te godziny przynosiły ze sobą, oprócz bólu, jeszcze dodatkowy strach. Bernarda gładziła spocone czoła chłodnymi dłońmi, wplatała palce w liche włosy, trzymała powykręcane reumatyzmem palce. Czasami siadywała na brzegu łóżka, patrząc z miłością na pacjenta i szeptała kojące słowa, które nie miały żadnego znaczenia.

To właśnie takiej nocy usiadła przy jednej z podopiecznych. Za oknami wiał wiatr, szarpiąc gałęziami drzew. Nawet przez zamknięte okno mogła usłyszeć jego ciche zawodzenie.

– Dobra noc na umieranie, Jadwigo – mruknęła.

Chora poruszyła się niespokojnie. Spod kołdry wysunęła się drobna stopa z haluksem, obciągnięta skórą cienką niczym pergamin. Zażółcone paznokcie były twarde i długie. Berta przez chwilę przyglądała się nodze chorej, jakby zastanawiając się, czy podejmuje słuszną decyzję.

Wszystko w niej krzyczało i czuła huczące podniecenie w uszach. Szum krwi mieszał się z wyciem wiatru i nie potrafiła już rozpoznać, który jest który. Popatrzyła raz jeszcze na umęczoną twarz chorej. Rak tak bardzo pożarł jej wnętrzności, że prawie nic nie zostało. Podawana dożylnie morfina już dawno temu przestała działać. Na taki ból nie ma lekarstwa. Prócz jednego… Bernarda wiedziała, że Jadwiga miała ciężkie życie. Pracowała od najmłodszych lat, poślubiła alkoholika, wychowała siódemkę dzieci, a pochowała czwórkę. Tylko dwie córki wyszły „na ludzi” i to one odwiedzały matkę regularnie, starając się omijać wzrokiem jej kruchą postać i będąc w odwiedzinach nie dłużej niż piętnaście „przyzwoitych” minut.

Berta dziwiła się im. Ich matka, z twarzą poprzecinaną bruzdami, była piękna. Oczy, przykryte delikatną skórą powiek zachowały blask, ale one nie chciały tego zauważyć. Czuły tylko odór rozkładającego się od środka ciała, zwracały uwagę na skrzywione grymasem usta. Nie patrzyły na to ciało jak na kobietę, która je urodziła, wykarmiła i wychowała. Pozostał nieutulony żal o to, że pozwoliła ojcu je bić. I że pozwoliła bić siebie. Berta to wszystko wiedziała, bo się jej zwierzały. Budziła zaufanie swoją małomównością i niepozornym wyglądem. Poza tym chciały zrzucić z siebie poczucie winy, zwalić je na kogoś innego, obcego, którym nie musiałyby się przejmować.

Dlatego tej nocy Bernarda przyniosła dodatkową poduszkę do sali Jadwigi. Nieprzypadkowo ją wybrała, ale też wcale nie kierowała się współczuciem. Pragnienie, które wywiercało dziurę w jej duszy, odkąd pamiętała, w końcu miało znaleźć ukojenie. Nie drżały jej ręce, gdy przytknęła chłodny materiał białej poszewki do twarzy pacjentki. Słyszała ostatnie westchnienie Jadwigi, a później obserwowała tylko, jak szamoczą się jej dłonie, niczym motyle przylepione do pajęczej sieci.

Tej nocy długo zabawiła w pokoju Jadwigi. Gdy odsunęła poduszkę, pacjentka nie żyła. Siedziała więc na skraju jej łóżka, czując ekscytację, fascynację i zadowolenie. Była pełna wewnętrznej energii, jak gdyby Jadwiga, odchodząc, dała jej cząstkę siebie. Euforia mieszała się z lękiem, ale on pojawił się tylko wtedy – za pierwszym razem.

Nie na każdej nocnej zmianie ktoś odchodził, przechodząc przez Bramę. Bernarda zdawała sobie sprawę, że to byłoby zbyt podejrzane. Czasami jednak robiła sobie prezenty i przeprowadzała przez most, łączący rzeczywistość z wiecznością, dwie a nawet trzy osoby. Nie bała się, że braknie jej pracy, bo na miejsce zmarłych pojawiali się nowi, równie chorzy, tak samo zakotwiczeni w tym świecie jak tamci, którzy już odeszli.

Po wszystkim Berta zawsze odłączała aparaturę i odkrywała chorego. Z oczarowaniem obserwowała, jak ciało się zmienia, pomimo że różnice były ledwo zauważalne. Rozbierała pacjenta i myła jego zwłoki gorącą wodą, chociaż jej dłonie nigdy nie łapały ciepła i były równie chłodne, co stygnący trup zmarłego.

Nigdy nie bała się tych, co odeszli. Lubiła spokojne oblicza, wygładzone – jak gdyby zostały wyprasowane; spokojne dłonie, które już nie drżały; usta na zawsze zamknięte i domknięte jej palcami powieki. I ten brak cierpienia, który odbijał się w twarzach. Bernarda zawsze uważała, że tak właśnie wygląda śmierć.

I nikt by się nie spodziewał, i nikomu się nawet nie śniło, że Umieralnia ma nie tylko Anioła Stróża, ale także, a może przede wszystkim Anioła Śmierci.


Patrycja Żurek ma 32 lata i jestem autorką książek: „Kobietki”, „Z poczwarek w motyle” oraz dwóch części „Księżycowych Dni”. Prywatnie mama Eryka i mającej urodzić się niebawem Lidii, żona Piotrka i opiekunka kota Cicika. Uwielbia cmentarze, spacery, swoich przyjaciół, książki i naukę. Rozwija się, ucząc na własnych błędach. Przyjmuje krytykę na klatę i wyciąga z niej wnioski.


Reklamy