Rytualnicy

Wróciłem o 6:23. Przetarłem oczy, wyplułem flegmę. Byłem u Fulvio Falo, włoskiego projektanta mebli, i kiedy mrużyłem powieki przed słońcem, nadal widziałem Magnolię Coco, która wybiega z samochodu i wysypuje kokainę do studzienki, wrzeszcząc, że nienawidzi czarnych. Magnolia nosiła pończochy Victoria’s Secret i topy od Stelli McCartney, ale ani nóg, ani torsu nie goliła. Mimo to nie znałem nikogo, kto z takim wdziękiem demonstrował niechęć do ras i dla spraw powszednich jak zapasy kokainy. Woreczki wyciągała z czarnej cekinowej torebki mocą iluzjonisty, a Fulvio zza poły marynarki jak wizytówkę.

Kwiatek w oknie załamał gałęzie, niespecjalnie walcząc o życie. Strzepnąłem popiół w doniczkę, zakasłałem. Ten czarny na schodach Shining dostał po mordzie dwa razy, raz od Magnolii, drugi raz od Fulvia. Tak naprawdę to Magnolia go porządnie zdzieliła, a Fulvio tylko ślizgnął po policzku i nie poczuł nawet, jak twardą miał szczękę. Poczuł za to, że jest mu wstyd za to, co zrobił, że ten czarny leżał, zamiast stać. Ja wcale nie, bardzo chciałem spróbować, bo nigdy nie biłem nikogo na poważnie. Ale teraz, stojąc w oknie, głodny i w poplamionej pidżamie, wstydziłem się jedynie tego, że marzę o Magnolii i o jej śliskich sztucznych ustach. Na szczęście nigdy się nie spotkamy. Odwiedzam Fulvia tylko w snach.

Powtórzyłem codzienny rytuał. Stanąłem przed lustrem w łazience i upewniłem się, czy mam wszystkie znaki szczególne, które dowodzą, że Wanko Mycyna wrócił o 6:23 z Kreuzbergu do Tirańskiego blokomonstrum. Blizny potrądzikowe, gula za uchem, jedynka z dwójką w wiecznej walce o miejsce – są. Czas zapomnieć o Shining, o long drinks and long nights, a dzień przeżyć szybko i bezboleśnie. Miałem sposób na to, by swoją pracę listonosza wykonać bez konieczności włożenia w nią siły. Sam stworzyłem wzór na nieważkość pracy. Oszukuję czas, zszywam dwa końce dnia, wrzucając garściami urzędowe listy do śmietnika.

Gdybym nie był listonoszem, byłbym projektantem mebli – wyznałem trzy dni temu Anieli, koleżance z poczty, którą udało mi się przyprowadzić do domu. Przejechała ręką po kanapie obitej zasłoną prysznicową. Wykorzystałem ten moment zainteresowania, żeby przysunąć się bliżej.

Byłem na stypendium w Bolonii. Poznałem mistrza projektowania użytkowego, i muszę powiedzieć, że zainteresował go mój pomysł na stolik kawowy. Wygrałem nawet mały konkurs na projekt etażerki. Etażerka to taka mała szafeczka.

Aniela tylko wcisnęła się w oparcie i przytuliła torebkę.

Właśnie wtedy, trzy dni temu, po raz pierwszy cokolwiek z moich sennych podróży wdarło się do rzeczywistości. Tak się złożyło, że w postaci kłamstwa. Przez dwa i pół miesiąca nie opowiedziałem nikomu, że udało mi się wkraść w rozrywkowe życie Fulvio Falo i Magnolii Coco. Po pierwsze nie za bardzo miałem komu. Chciałem powiedzieć to straganiarzowi, od którego pół roku temu odkupiłem broszurę „Bezcielesność”, ale co go to mogło obchodzić. Wziąłem ją tylko dlatego, że musiałem na czymś zapisać numery z totolotka, gdy leciały z radyjka na sąsiednim straganie. Później broszurka wylądowała na stosie gazet w kiblu. Na drugi dzień po śniadaniu, kawie i papierosie dowiedziałem się, jak mogę stać się kimś innym.

Dochodziła ósma, gdy wyszedłem z domu, tym razem bez śniadania, kawy i papierosa. Zrobiłem co miałem zrobić: poczta, worek, torba drzwi. Drzwi, drzwi, drzwi, papieros, kosz. Znów udało mi się uchronić przed bezsensem, a odbiorców przed nerwami. W końcu każdy urzędnik upomni się o swojego żywiciela, nie potrzebuje do tego pośredników. Nie mogę jednak wyrzucać wszystkich listów na raz i czasami krążę po dzielnicy od kosza do kosza. Zamierzałem skoczyć na popołudniowe piwo do Ludwika i jego baru z 4 stolikami w okolicach Parku Czternaście. Nazywało się go tak na cześć dziewczyn, jakie tu wystawały każdej nocy. Ostatnią partię listów chciałem wyrzucić właśnie pod bramą parku, o tej porze był jeszcze prawie pusty. Podzieliłem nawet plik na mniejsze części i po kolei wrzucałem listy do trzech kontenerów, jakbym sortował je według adresatów. Gdy podniosłem klapę trzeciego kosza, mignęło mi coś świecącego. Od razu ją poznałem. Wyciągnąłem czarną, cekinową torebkę Magnolii, z resztkami kokainy w środku.

Dopiłem czwarte piwo. Z każdym kolejnym podchodziłem do sprawy coraz bardziej na trzeźwo. Nogi już mi nie drżały, już nie rozglądałem tak uważnie dookoła, a myśli przestały odbijać się po czaszce. To tylko torebka. Pewnie nawet podróbka, bo w Albanii wszystko jest podróbką. Nie zamierzałem już szukać Magnolii w Tiranie, mógłbym jej co najwyżej szukać w sexshopie na Mehringdamm Strasse. Znowu się zawstydziłem. I znowu przez Magnolię. Wziąłem ostatniego łyka i myśl, że znalazłem ślad włoskiego transwestyty, wydała mi się już tak śmieszna, że zakrztusiłem się pianą. Przez nos kapało mi ciepłe piwo, poczułem je prawie pod oczami, a czoło upadło mi na stół.

Zabiłem kurwę, teraz zabiję Ciebie.

Podniosłem wzrok i nie uwierzyłem sobie samemu. Przez salę ciężkim krokiem przechodził czarny. Ten sam czarny, którego zostawiliśmy poturbowanego przy Shining. Nadciągał zbyt szybko, żebym zdążył zrobić cokolwiek innego, niż tylko się skulić. Wbił mnie między krzesła, a ja, nie wiem jakim instynktem pchany, przeczołgałem się między nimi do kibla. Widziałem to w filmach. Koleś zatrzaskuje drzwi na rygiel, wskakuje na parapet i umyka przez okno. Znowu byłem kimś innym, chociaż z kilogramem strachu w gaciach. Czarny, połamane krzesła i uchylone okno zniknęły w zaułku. Wcisnąłem się między domy jak w jakiś wyłom między światami i prześlizgnąłem się na Plac Hodży. Genetyczna szarość, albański bród. Odetchnąłem. Jeden zero dla rzeczywistości.

Nie zamierzałem wracać do domu. Ale ściemniło się tak, że mógłbym nawet nie zauważyć, jak czarny wychodzi wprost na mnie. On jest naprawdę czarny, czarny jak asfalt, i tamtej nocy na Kreuzbergu, kiedy leżał półprzytomny na asfalcie, naprawdę nie było widać mu twarzy. Wklęsnął w ziemię, rozmył w swoim kolorze. Wychodziliśmy z Shining. Magnolia snuła się już prawie na poziomie krawężnika, a musieliśmy czekać na Erica i jego Astona Martina. Włosy z peruki spływały jej na pseudopiersi jak dziewczynce z The Ring. Siedem cosmopolitanów nadało jej krokom nieważkości. Może nie poczuła, że ktoś łapie ją za tyłek, a może poczuła, i dlatego się nie odwróciła. Może dlatego czarny włożył jej jeszcze rękę pod spódnicę i przycisnął do siebie. Najpierw zobaczyłem, jak jego kumple ryczą ze śmiechu, potem czarnego w najgorętszej chwili upokorzenia. A potem Magnolię szarpaną czarnymi rękami, rozchełstaną, wyjącą z bólu, ale walczącą o godność. Zanim zdążyłem podbiec, czarny legł, rozpływał się już w czarnej brei, w której ledwo zamoczyłem palce. Chciałem, ale się bałem. A rano obudziłem się z obrazem Magnolii wrzeszczącej, że nienawidzi czarnych i z potężnym poczuciem wstydu.

Nie zamierzałem wracać do domu, nie zamierzałem się też włóczyć. Od razu pomyślałem o Anieli. Przestraszy się pukania, bo nikogo się nie spodziewa. Skrępuje się swoim wieczornym wydaniem, więc mocniej zawiąże szlafrok. Nie odważy się zapytać, dlaczego przyszedłem, weźmie to za stan, do którego musi się dostosować. Biedna głupia Aniela poda mi herbatę i przyrządzi kanapki, a ja te kanapki zjem. A na koniec pomyślę z tęsknotą o Magnolii, ale nie będę miał już na tyle marzeń, żeby ją wyśnić. Z tym przekonaniem pojawiłem się pod drzwiami Anieli.

Wróciłem o 6:23. Przetarłem oczy, wyplułem flegmę. Przed lustrem powtórzyłem codzienny rytuał. Byłem u Wanko Mycyny, albańskiego listonosza, i kiedy mrużyłem powieki przed słońcem, nadal widziałem Anielę zamykającą mu przed nosem drzwi.

***


Opowiadanie „Rytualnicy” zdobyło nagrodę główną w konkursie literackim, pt.: „Nikomu się nie śniło”.

Reklamy