Ziemia przesuwa się pod nią jak bieżnia. Linda niemal nie dotyka jej stopami, ale i tak kaleczy się o wystające korzenie, drobne kamyki, szyszki. Buty zabrali jej od razu pierwszego dnia.

Nigdy wcześniej nie biegła tak szybko. Mimo wysiłku, czuje się prawie pozbawiona ciała, jego ciężaru. Za to jej głowa niemal eksploduje, jest jak czerwony balon wypełniony gorącym powietrzem. Płuca to piec, buchający z nich ogień prawie sięga gardła. W ustach czuje smak żelaza.

Czy to już? Życie nie przelatuje jej przed oczami. Przelatuje przez palce u jej krwawiących stóp.

Linda nie zwalnia jednak ani na chwilę. Wie, że jeśli się choć raz zatrzyma, to będzie koniec, nogi załamią się pod nią. Już teraz są miękkie niczym nasączona wilgocią gąbka. Z każdym kolejnym potknięciem uginają się lekko. Pot spływa jej po udach.

Gdzie teraz? Jaskrawa zieleń drzew tworzy tunel, ale światła na końcu nie widać. Nie ma wyjścia, Linda biegnie pod górę. Wspina się na niewielkie wzniesienie. Za nim musi być droga. Nie ma. Jest za to polana, na której byłaby widoczna jak aktor na scenie. Ponownie skręca w stronę lasu. Wie już, że ucieka w złą stronę. Biegnie między drzewami. Coraz szybciej i szybciej. Coraz dalej i dalej od wioski.

***

Dostała coś przeciwbólowego, coś na znieczulenie, coś uspokajającego. Ale i tak wie, że twarz ma spuchniętą. Jakby ktoś okładał ją pięścią. Ale nie on. On by jej raczej nie uderzył. Zawsze taki delikatny. Przypomina sobie. Potknęła się o korzeń. Nie zdążyła podeprzeć się rękoma i upadła na twarz. Musi mieć złamany nos. Nie ma tu luster, ale na pewno nie wygląda dobrze.

Stopy też ma zabandażowane. Prawie ich nie czuje, ale domyśla się, że muszą być zdarte. Gdyby to były buty, to by je wyrzuciła. Nie ma butów. Teraz nie dojdzie nawet do drzwi. Na szczęście już nie musi chodzić. Statek płynie dalej, ale ona już nie musi chodzić.

Wie, gdzie jest. Wie i nie wie. Zna ten pokój. I wie, że dom jest biały. Otoczony nieskończonym lasem. Morzem zieleni.

Ocean spokoju. To tu się teraz znajduje. Na środku Pacyfiku. Jest drobiną wirującą wśród nieskończonego błękitu. Po portugalsku “pacifico oznacza “spokojny”. Uczyła się portugalskiego. Ale nigdy nie była nad Pacyfikiem.

Co jej dali? Od prochów miesza się jej w głowie. Zalewa ją fala. Czekaj! Wypłyń na powierzchnię! Przytrzymaj się jej. O czym myślałaś? Ocean Spokojny? Jeszcze chwila i niebo otwiera się nad nią. A potem przychodzi kolejna fala. I znowu powierzchnia. Płyniemy dalej.

Ziemia od strony Pacyfiku wydaje się całkowicie niebieska. Jakby ktoś zmył z niej wszystkie kontynenty. Błękitna planeta. Tak wygląda z góry. Tak by wyglądała, gdyby ktoś patrzył na nią z góry.  Ale co to w ogóle znaczy „z góry”? Czy może ktoś patrzy na nią z dołu? W kosmosie nie ma to żadnego znaczenia. Brakuje punktu odniesienia, który wskazywałby kierunek góra-dół. Ziemia nie może być takim punktem.

Dlatego w kosmosie nie ma czegoś takiego, jak „do góry nogami”. Tylko ta sama nieskończona przestrzeń rozciągnięta na wszystkie strony. Gdy to sobie uświadomiła po raz pierwszy, była przerażona.

Teraz się nie boi. Nie wie, co jej dali i jest jej wszystko jedno. Skoro znowu tu jest, to woli być naćpana. Właściwie czuje się bardzo dobrze. Chce jej się śmiać, ale od tego boli ją twarz. Te prochy nie są jednak na tyle mocne, by znieczulić ją zupełnie. Ale taki ból to żaden ból. A ciała prawie nie czuje. Tylko ta twarz. Po portugalsku “linda znaczy “piękna”. Teraz na pewno nie jest piękna. Już nie.

To i tak nie ma znaczenia. Nieważne, jak wygląda. Gdyby ktoś widział, co jej tu robią, to i tak by ją pokochał. Gdyby ktoś wiedział, to by przyszedł, owinął ją kocem i zabrał do domu. Gdyby tylko ktoś ją teraz zobaczył…

Ale nikt nie patrzy, bo nie ma żadnej „góry”.

Nikt nie patrzy, bo nie ma kto patrzeć.

Tylko ona może wznieść się i spojrzeć na siebie, swoje obolałe, spuchnięte ciało.

Linda spróbowała wstać, ale nie miała siły. Kręciło jej się w głowie, ledwie uniosła ją z poduszki. Ten widok na błękitną planetę. Wszystko jest dobrze. Jest tylko drobiną na nieco większej drobinie wirującej w nieskończonej pustce.

Drzwi otworzyły się. Przyszedł. Po samych krokach poznała, że to on. Nie ten drugi.

Stanął przy niej. Linda w końcu odwróciła głowę i otworzyła oczy. Wzdrygnął się na jej widok. A więc wcześniej do niej nie zaglądał. Opatrywał ją ten wysoki. Ciekawe ile czasu minęło.

Usiadł na brzegu łóżka. Przyjrzał się jej twarzy.

– Rzeczywiście, wygląda na złamany. Ale zrośnie się. Przyniosłem lód.

Przyłożył do jej twarzy zimną foliową torebkę. Teraz Linda się wzdrygnęła. Mężczyzna pogłaskał ją po policzku.

– Uwierz, mnie to też boli. Na pewnym poziomie, i to jest właśnie ten najbardziej realny, jedyny, który się naprawdę liczy, twoja twarz, to moja twarz. Twój ból, to mój ból.

Linda odwróciła wzrok. Patrzyła na sufit, starając się ze wszelkich sił nie myśleć. Łzy spłynęły jej po twarzy i łaskotały w ucho. A może była to woda z foliowej torebki.

– Teraz tego nie rozumiesz, ale tak właśnie jest. Jesteśmy częścią całości. Jesteśmy w tym razem.

Położył dłoń na jej udzie. Metalowe obrączki na jego palcach były zimne od lodu.

– Nie chcesz rozmawiać? To dobrze, nie będziemy dziś rozmawiać.

Rozpiął spodnie i dając Lindzie znak, żeby przewróciła się na brzuch, wskazał na jej twarz.

– Nie mam ochoty na to patrzeć.

Reklamy