– Patrz Anka, nie ma pałaca! – powie­dział jakiś zapewne Romek wska­zu­jąc budy­nek Pałacu Kul­tury umo­czo­nego w różo­wa­wej, brud­nej mgle.

– Eee, fak­tycz­nie. – Anka zadarła głowę. – Co z nim zro­bi­łeś? Wci­sną­łeś delete? – zare­cho­tała skrze­kli­wie w reak­cji na swój dow­cip.

Weszłam w tunel obok metra Cen­trum. „Dżin­ge­bels dżin­ge­bels” zawyło radio w któ­rymś ze skle­pi­ków. Byłam w fatal­nym nastroju. Należę do tych osób, które lubią święta, ale teraz… „Teraz nie czas o tym myśleć. Krok po kroczku, na zakupy – mobi­li­zo­wa­łam się w duchu – naj­pięk­niej­sze w całym roczku idą prze­cież święta”. Jakiś koleś szturch­nął ramie­niem dziew­czynę w podob­nym jak on, nie­od­gad­nio­nym wieku. Szturch­nięta w natych­miastowym odwe­cie pchnęła chło­paka na ścianę. Ten z początku wyda­wał się dość zdez­o­rien­to­wany jej reak­cją, ale szybko odna­lazł język w gębie, a na nim jado­wi­tego blu­zga, któ­rym dziew­czynę cel­nie poczę­sto­wał. Spra­wiło mu to widoczną radość. Żmi­jeczka, na którą tra­fił nie w cie­mię była bita, nie z takimi już miała do czy­nie­nia. Sta­nęła w bez­piecz­nej odle­gło­ści i zaczęła hara­tać brzyd­kimi sło­wami świat, który ją ota­czał. Zdez­o­rien­to­wani prze­chod­nie mijali ich sze­ro­kim łukiem. Kochajmy się kochani w święta, do drzewa przy­tulmy – powie­działo radio. To ta dziwna pozy­tywna pani z trójki. Den­dro­filka jedna. Mia­łam dość.

Wyszłam z tunelu i zosta­łam natych­miast wch­ło­nięta przez różo­wawą mgłę. Na szczę­ście wch­ło­nęła ona także całą resztę ludzi oraz te wszyst­kie świą­teczne pier­do­lety pobły­sku­jące dookoła. Zaczę­łam iść bar­dziej pew­nym kro­kiem, zde­cy­do­wana zro­bić dziś wszyst­kie zakupy świą­teczne i mieć to z głowy. Nagle z mgły wyło­nił się oble­śny facet, z tych co to pocą się na śmier­dząco. Sta­nął przede mną i krzyk­nął: „Rozbie­raj się!” – po czym zaczął się krztu­sić śmie­chem złego czło­wieka. Przez chwilę zasta­na­wia­łam się czy go nie zblu­zgać, podob­nie jak ta żmie­jeczka z tunelu, ale widząc wpa­trzoną we mnie oble­śną, głu­pią gębę zre­zy­gno­wa­łam. Ode­szłam szyb­kim kro­kiem. Po chwili zaczę­łam biec. Kogo ja chcę oszu­kać? Żad­nych zaku­pów dziś nie będzie. Zaczęło wzbie­rać we mnie jakieś lep­kie uczu­cie. „Szybko scho­wać się, scho­wać!”. Wpa­dłam do jakiejś ciem­nej kawiarni.

– Capuc­cino pro­szę – powie­dzia­łam do znu­dzo­nej bar­manki i pobie­głam do łazienki. Spoj­rza­łam w lustro. Połowa twa­rzy miała trupi, mar­twy wyraz. Matowe, rybie oko, szara cera. W poło­wie byłam mar­twa. Uśmiech­nę­łam się zło­śli­wie do swo­jego odbi­cia, jedno oko zabły­sło, dru­gie było suche jak filc. Wró­ci­łam do kawiarni. Usia­dłam przy sto­liku w kącie sali, gdzie już cze­kała na mnie kawa. Miło, ale i tak jej nie wypiję.

Gru­dzień. „Szczę­śli­wego burego nowego roku” życzą sobie w syl­we­stra zmar­z­nięci rodacy stu­ka­jąc zębami o kie­liszki z szam­pa­nem, któ­rego bąbelki aż trza­skają na mro­zie. Brudne mleko nad gło­wami. Wlewa się do uszu, przez usta, przez oczy, od środka bru­dzi nas. Kiśniemy. A może tylko ja kisnę od wewnątrz?

„Ucie­kać szybko, teraz, zaraz” coś we mnie krzy­czy, ale każdy plan ewa­ku­acji, każda nadzieja, myśl ude­rzają prę­dzej czy póź­niej w tę ścianę ubitą z brud­nego mleka. Brudne mleko się roz­lało, nikt nad nim nie pła­cze. Nie ma co pła­kać.

I ta sen­ność. „Taka jestem śpiąca” mówię, „senne oczy, senne plecy, senna każda komórka ciała”, ale po chwili nie­zna­jomy, skrze­kliwy głos wewnątrz mnie krzy­czy: „Uśpiona, a nie senna jesteś kurwo! Uśpione twoje ciało, dusza twoja uśpiona, każda komórka wokół cie­bie. Zer­wana łącz­ność kurwo, sły­szysz?”. Sły­sza­łam.

Jakiś czas temu zaczę­łam kolek­cjo­no­wać smutne widoki. Same do mnie przy­cho­dziły, a ja dosko­nale potra­fi­łam się nimi zająć. Wcho­dziły we mnie jak to brudne mleko, sama już nie wie­dzia­łam czy od tej pogody świat cał­ko­wi­cie zalał smu­tek, czy ja tak per­fek­cyj­nie tra­fia­łam w miej­sca, gdzie on się na mnie wyle­wał. Grunt, że bra­łam te obrazy ze sobą do domu i były już ze mną.

Pierw­sza była ano­rek­tyczka. Cią­gle ją widzę, idzie po Kra­kow­skim Przedmie­ściu kro­kiem modelki prze­mie­rza­ją­cej cat walk, noga przed nogę, dumna, wypro­sto­wana, bar­dzo krótka spód­nica. Rzuca wokoło wdzięczne uśmie­chy do zachwy­co­nych jej wyglą­dem prze­chod­niów. Co jakiś czas odgar­nia filu­ter­nym gestem nie­sfor­nie opa­da­jące na czoło kosmyki. Przez deli­kat­ność odwra­cam wzrok. Kobieta ma tak chude nogi, że kolana przy­po­mi­nają w kształ­cie dwa jabłka nabite na bar­dzo dłu­gie ości. Wszystko powle­czone skórą w nie­zdro­wym kolo­rze. Nie ma na sobie cie­płych raj­stop, mimo że chłodno, jak to pod koniec paździer­nika. Patrząc jak idzie tym ener­gicz­nym kro­kiem osoby, która wła­śnie zaczęła czuć się dobrze w swoim ciele, ma się obawy, że lada moment te dwa jabłka roz­trza­skają się jedno o dru­gie, a jak to się sta­nie, to już na pewno kosteczka po kosteczce cała się roz­padnie. I ta twarz, tak prze­raź­li­wie wychu­dzona, że uśmiech wygląda na niej jak doma­lo­wany dla żartu przez okrut­nego wariata. Ludzie fak­tycz­nie nie prze­cho­dzą obok niej obo­jęt­nie. Ona swoje ciało uznaje za piękne, a ich współ­czu­jące spoj­rze­nia za pełne podziwu. Po raz kolejny odwra­cam wzrok, ale obraz już się zapi­sał, już się naświe­tlił na kli­szy wewnątrz mnie i wiem, że w domu, w mojej ciemni ponow­nie go wywo­łam, utrwalę i przy­pnę pinezką do kor­ko­wej tablicy. Numer jeden w mojej kolek­cji.

Potem były dziki. Jadę tak­sówką przez Modliń­ską. Patrząc przez okno myślę o tym, że auto­rowi tych obra­zów miej­skich fak­tycz­nie zabra­kło innego koloru w pale­cie barw niż szary. I to szary w jed­nym tylko odcie­niu. Trzy pasy z jed­nej, trzy pasy z dru­giej, auta pędzą jak osza­lałe, każdy się chyba śpie­szy, aby jak naj­szyb­ciej zje­chać z tej brzyd­kiej ulicy. Środ­ko­wym pasem roz­dzie­la­ją­cym jezd­nie, który wio­sną zapewne jest poro­śnięty trawą, bie­gną prze­ra­żone zwie­rzęta. Przo­dem ogromna prąż­ko­wana maciora, a za nią kil­ka­na­ścioro cał­kiem już spo­rych war­chląt. Wokół hałas i zgiełk jakiego zapewne w życiu nie doświad­czyły, całym cia­łem odczu­wają zbyt wyraź­nie jego wibra­cje. Świa­tła, klak­sony, smród spa­lin, zwie­rzaki wylą­do­wały na cał­kiem im obcej pla­ne­cie. Pla­neta ta jest im wroga, tyle wie­dzą. Bie­gną zwartą grupą, instynkt każe im się trzy­mać bli­sko sie­bie, ale czy sam instynkt wystar­czy, kiedy się trawa skoń­czy i sześć pasów zbie­gnie się w sze­roką wstęgę aut? Sta­jemy na świa­tłach, zwie­rzęta prze­bie­gają obok nas szybko. Są cał­ko­wi­cie spło­szone. Bie­gną w stronę mostu, odda­la­jąc się od lasu.

– Widzi pan te dziki? – pytam kie­rowcy tak­sówki. Odw­ró­cił głowę, ale zwie­rzęta już zdą­żyły uciec.

– A to się droga pani cza­sem tutaj zda­rza. – odpo­wiada – Łow­czy je kar­mią, wygło­dzone zwie­rzaki coraz bar­dziej zbli­żają się do osie­dli, a cza­sami wybie­gają na szosę, jak te które pani widziała.

– I co z nimi dalej? Za chwilę prze­cież koń­czy się trawa, a potem roz­jazdy, wia­dukty – pytam z prze­ję­ciem.

– No wie pani, dzik to raczej na zie­lo­nym przez szosę nie przej­dzie. Tyle pasów – mach­nął z nierozdrażnieniem ręką – Resztę może już sobie pani sama doma­lo­wać.

Doma­lo­wa­łam. Utr­wa­li­łam i przy­pię­łam.

Następna była ta dziew­czynka – mała siu­śmajtka. Stały na rogu ulicy Róża­nej i Nie­po­dle­gło­ści. Ona, jej mama i jakaś trze­cia, kobieta w śred­nim wieku. Zna­joma, może sąsiadka.

– Ład­nie tak sikać do łóżka? – pyta gło­śno ta trze­cia. Matka spo­gląda wymow­nie na córkę, wresz­cie zwraca się do sąsiadki.

– Nawet nie krzyk­nie, nic nie powie, nie piśnie. A rano mokra nie­spo­dzianka. A mate­rac po takiej nocy suszyć, mówię pani – żali się gło­sem peł­nym pew­no­ści uzy­ska­nia rych­łego zro­zu­mie­nia i wspar­cia. Mała nie patrzy ani na jedną ani na drugą. Wygląda jakby się przy­cza­iła. Niby jest z nimi, ale tak naprawdę jej nie ma. Węszy.

– No i nie wstyd ci tak? – zary­czała ta trze­cia zachę­cana stale spoj­rze­niem matki. Zakłada ręce na pier­siach. – Nie wstyd ci tak matce roboty dokła­dać? Sikać tak po nocy, prze­cież ty już duża dziew­czyna jesteś, do któ­rej to już klasy, co? – Mała w odpo­wie­dzi zaczyna czub­kiem bucika ryso­wać kręgi na chod­niku. Upar­cie omija wzro­kiem obie panie, nasze spoj­rze­nia się na chwilę spo­ty­kają, pusz­czam małej oko i odcho­dzę. Byle dalej. „Mała też kie­dyś odej­dzie” myślę trzy­ma­jąc już mocno ten obraz. Scenka rodzinna z głu­pią matką na pierw­szym pla­nie.

Smutne jest także puste, wyprute z jego zdję­cia miej­sce w moim port­felu. Uśmiech­nięty w bia­łym far­tu­chu, z ogromną czapką kuchar­ską na gło­wie i tym pie­przy­kiem na policzku, który póź­niej dał sobie usu­nąć chi­rur­gicz­nie. Zwy­kłe zdję­cie z jakiejś jego pracy jesz­cze w Argen­ty­nie. Wycią­gnę­łam je z port­fela, bo bałam się, że będzie na nim oży­wał, mate­ria­li­zo­wał się i pęcz­niał w ogrom­nym obłoku dymu uno­szą­cym się nad gło­wami. Jak zły Dżin, który zamiast wysłu­chi­wać życzeń, rzuca klą­twy.

Zdję­cie usu­nę­łam, ale nie mia­łam pomy­słu co wło­żyć tam w zamian. Póki co pustka.

Ale tego utrwa­lać nie muszę, to już tam jest.

Był jesz­cze męż­czy­zna z powbi­ja­nymi w czapkę pla­sty­ko­wymi widel­cami. Naje­żony wariat. Oraz pani w okienku na pocz­cie, która za każ­dym razem kiedy tam wcho­dzi­łam miała minę tak prze­ra­żoną, jakby wła­śnie zda­wała sobie sprawę z faktu, że nie­na­wi­dzi swo­jej pracy, a brudne mleko jest po tro­chu w każ­dym. Może ona też pro­wa­dzi swoją pry­watną kolek­cję smut­nych wido­ków?

No i Diane Arbus. Foto­gra­fo­wała odmień­ców. Poły­kacz ognia na zaple­czu cyr­ko­wym, bal prze­bie­rań­ców w domu star­ców, naj­wyż­szy czło­wiek świata w swoim małym domku w towa­rzy­stwie malu­sień­kich rodzi­ców, zbla­zo­wani nudy­ści przy ogro­do­wym base­nie. Popeł­niła samo­bój­stwo. Podobno wni­kała tak inten­syw­nie w świat swo­ich modeli, aż sama stała się spe­cy­ficz­nym oka­zem w swo­jej wła­snej kolek­cji. A teraz jest czę­ścią mojej, choć pocho­dzi z czasu prze­szłego. Ale gdy mowa o smutku, co za róż­nica czy teraz, czy kie­dyś?

Następny bar­dzo smutny widok w mojej kolek­cji: ja sama.

Cóż. Trzeba spoj­rzeć praw­dzie w oczy – stało się to, czego naj­bar­dziej się bałam. Roz­pa­dłam się w drobny mak, ukru­szy­łam, upa­da­jąc pod wła­sne stopy. „Ja” to już nie jest ta osoba, którą tak dobrze zna­łam, ale pozo­sta­łość po ude­rze­niu pio­ru­nem. Cho­dząca dziura. Aż dziw bie­rze, że udaje się ukryć przed ludźmi z zewnątrz, że mnie tam w środku nie ma. Cza­sami, jak prze­by­wam mię­dzy nimi, myślę obse­syj­nie o tym, co by było, gdyby mi rap­tem pękła skóra. Ci wszy­scy ludzie, któ­rzy zakła­dają, że jestem taka jak oni, zoba­czy­liby nagle zamiast krwi wyle­wa­jącą się krwi­stą mia­zgę. Wszyst­kie organy wewnętrzne zmie­lone razem z kośćmi, ochłapy mózgu zmik­so­wane z frag­men­tami duszy i kwa­sem żołąd­ko­wym. Dyshar­mo­nia układu odde­cho­wego i pokar­mo­wego plus cał­ko­wity roz­pad układu mię­dzy „mną” a świa­tem. Zer­wana łącz­ność.

„Wła­śnie zerwana łącz­ność, kurwo. Prze­cież mówi­łem!” – ode­zwał się ten okropny głos wewnątrz mnie. „Puste miej­sce w port­felu będzie pie­ścić. Bie­dac­two!” – teraz głos był kpiący. Po krót­kiej chwili ciszy znowu zaskrze­czał: „Zer­wana łącz­ność, mówi­łem prze­cież, mówi­łem”.

Kawa cał­ko­wi­cie osty­gła, mgła nieco opa­dła. Pora wra­cać.

Reklamy