Jeszcze jestem nikim, ale będę prawdziwym Nickiem. Rozpoznawalnym, opłacalnym, zarabialnym. Co powinienem zrobić? Muszę się nazwać jakoś tak odrębnie, zauważalnie, żeby natychmiast stanąć w pierwszym szeregu. Dać w ryj, sobie i innym, na odlew. Mokrą dłonią na mrozie. Żeby ślad pozostał i szczypał, w policzki, ale też w język, jeszcze długo po tym, jak przebrzmi plask. Jeszcze jestem w kokonie, ale czuję, że rosną mi skrzydła. Nie pytam, kto mi te skrzydła dał. Pytam, kto mi ten kokon może podpierdolić? I odpowiadam sobie, że ja, ja, tylko ja. Im więcej mnie we mnie, tym lepiej. Myślę, próbuję się nazwać. A imię moje będzie Kaliber 44. Jeszcze jestem nikim, ale będę miał więcej szmalu, więcej szmalu! Skąd go brać? Skąd mam brać? Nie mam jak! Nie mam? Właśnie że mam, tak, mam, mam. Z głowy. Jeszcze jestem pomysłem, ale niebawem będę prawdziwym przekleństwem, górą żółci, hejtu i zleceń.

Nazwę się Ma Raz Chuj Nick. Nie. Czerstwe to, wydumane. Może lepiej Maras, bo maras to po śląsku brud, brudas, a czysty to ja nie będę. Zmuszę ich, by założyli z mojego powodu przedsiębiorstwo oczyszczania miasta ze mnie, z Marasa. Tylko że ten Chujnick, ta druga część jest zbyt prostacka. Trzeba ją podrasować. Tadam, uwaga, właśnie rodzę się jako Maras Ochujnick! Tak, z wykrzyknikiem na końcu. I co? Teraz to mi dobrze, teraz to już mogę popierdalać z górki, w internetach, w blogosferach. Nie znam się na niczym, więc będę oceniać wszystko i wszystkich. Radykalnie.

Zaczynam z grubej rury. Biorę na celownik toruńskiego VIP-a i już mam na niego hejtokację: „Stary pierniku z Torunia, VIPierdalaj. Z prędkością Wisły, z nurtu Kopernika.” I chciałbym dalej, tylko brak mi na niego czegoś, czegokolwiek. Idę do „Tratwy”, tam gdzie piją jego podnóżki i pucybuty. Lekko się nawalam, ale uważnie słucham. Przebieram butami. Się nie narzucam. Podsłuchuję. Wdzięczę się. Uszy zapuszczam. Łowię. I mam. Wiem. Jutro sobota. Będzie na działce z wnuczkami.

Trochę drzemię, trochę rozmyślam. Rano wstaję, jadę. Siedzę w zaroślach. Czaję się. Zaczajam. Powieki mi opadają. Meszki wlatują do nosa. Przepędzam je, odpędzam. Wreszcie jest. Kuśtyka patyczkowatymi nóżkami w krótkich żółtych spodenkach. Pozbawiony pancerza z garnituru jest kuriozalny i niekształtny. Łydki ma tak blade jak pojęcie o mnie. A ja śledzę go nieobiektywnym najdłuższym teleobiektywem. Jest z dwiema ślicznymi dziewczynkami. Bawi się. Wygląda na szczęśliwego i odprężonego. W pewnym momencie poprawia spodenki w kroku. Mam to. I pierwszy wpis sam się rodzi. „Co robi toruński VIP po godzinach? Jeśli to prawda, to ohyda. Czy na zdjęciu widać, że przy dzieciach trzepie kapucyna?” Pytam, nie stwierdzam. Zamieszczam zdjęcia. Pokazuję, jak dotyka dziewczynek, niby niewinnie w zabawie, a następnie grzebie sobie przy rozporku. Nie przesądzam. Tylko pytam. Zamieszczam. I mam to, czego chcę, czyli wywołuję burzę. Spokój mu burzę i służbom jego też. Oczy ludziom otwieram szeroko spragnione. Przecież tego chcą. Pucybuty i podnóżki VIP-a domagają się sprostowania, przeprosin, grożą pięścią, brakiem pracy i przyszłości w tym mieście, prokuraturą. Jestem cytowany w prasie, rozmawiają ze mną telewizory. Rozkładam ręce. Tylko się pytam, nie przesądzam, mieszkańcy Torunia mają prawo znać prawdę o swoich politykach. Odpowiadają mi eminencje, ekscelencje i ci co przebierają nóżkami, bo chcą być już mężami, i to najlepiej stanu, a tkwią jeszcze na wieczorkach kawalerskich i mają zarzygane miejsca na dystynkcje. Zaprzeczają. Że on nic nigdy, że jest jak święta panienka, która choć syna ma, to jest czysta dziewica, i ten, którego wytknąłem za zły dotyk, to przecież drugi papież po Polaku, poprawiają się, drugi Polak po papieżu, druga generał Zawacka. Taki Kopernik naszych czasów po wsze czasy.

Nie czekam. Jadę do Bydgoszczy. Zawiadamiam policję, że ktoś mnie śledzi. Podaję fikcyjny rysopis, mówię o dwóch samochodach, których rejestracji nie zapamiętałem, bo jestem roztrzęsiony, ale były czarne, terenowe, z przyciemnionymi szybami. Mówię, że do Bydgoszczy przyjechałem, bo w Toruniu jestem szykanowany. Ciumkam ten konflikt kujawsko-pomorski, tę błazenadę polityczną, tak śmieszną, że aż prawdziwą. Że sprawiedliwość to tylko tu, w mieście dziejowej sprawiedliwości, w mieście Łuczniczki, prawa, porządku i platformy. Tej peronowej, bo tu PESA, nasza narodowa, pociągi buduje, A nie jakieś bunga bunga Pendolino, którymi sprzedajny rząd czwartego rozbioru Polski dokonał poniekąd, Włochom oddając nasze tory pod zabór kolejowy. Bydgosko-toruński konflikt tuczy moje posty. Klikalność rośnie, bo ja jestem Bogiem, uświadom to sobie (sobie). Słyszysz słowa, od których włos jeży się na głowie. O rany, rany, jestem niepokonany.

Nie przestaję. Zakładam komitet budowy pomnika Jana Pawła II w Górsku, obok krzyża na cześć zamordowanego księdza Popiełuszki. Zabiegają o mnie przedstawiciele gotówkowi samorządów. Są młodzi, nie wylewają myśli za kołnierz, szybko podnoszą szkła i jeszcze szybciej mnie tykają. Ty, Maras, a nie myślałeś o… I uprawiają alpinizm finansowy, mówią o górach pieniędzy do zdobycia, publicznych, tak jakby chcieli dać mi ze swoich. Są nieostrożni. Mógłbym być ich „Sową i Przyjacielem”, strącić, zepchnąć ze szczytów, nauczyć pokornej speleologii, ale nie zrobię tego. To nie mój target. Uśmiecham się, mówię, że zawsze byłem i będę niezależny, ale jeśli potrzebują konsultacji, to mój przyjaciel robi w marketingach, w internetach. On się na tym zna. Mnie nic do tego, ale polecam gorąco, niech uderzają, mrugam, żeby wiedzieli, że mam z tego swoją działkę. To samo robię z ludźmi z przedsiębiorstw prywatnych i komunalnych, o których źle lub dobrze się wyraziłem, a mogę bardziej. Ale nie to drobne sianko mi w głowie, tylko rzecz monumentalna – pomnik papieża. Zbieram pieniądze, organizuję publiczną zbiórkę, wszyscy się dokładają. I gdy mam już połowę, zamieszczam w sieci projekt pomnika. Nikt o to wcześniej nie zapytał. A papież stoi dostojnie, ręce ma rozłożone. Ale nie te ręce, nie ta dostojność i świętość bijąca z oblicza przyciągają uwagę, tylko fiutek, który, tak jak na pomniku Ronaldo, rysuje mu się przez sutannę. I znów burza, angażują się ogólnopolskie media, powielają mojego bloga światowe stacje. Krytykują mnie. A ja tłumaczę, że w tym jednym i jedynym na świecie pomniku chcę pokazać wielowymiarowe męstwo papieża Polaka, który nigdy nie zdradził ojczyzny i ślubów czystości, mimo że był mężczyzną, co dobitnie pokazuję. Ochujnik ochujał, czytam na pierwszej stronie „Faktu”. Cierpliwie tłumaczę metaforę i martyrologię najświętszego fiutka. A klikalność mi szybuje. Ściąga międzynarodową kaskę. Uśmiecham się.  Bo nie jestem już nikim. Jestem prawdziwym Nickiem, Marasem Ochujnikiem!

*

korekta: Hanna Bilińska-Stecyszyn
Reklamy