Najtrudniej opanować drżenie rąk. Wszystko inne przychodzi z czasem.

Kiedy twoim rozmówcą jest portier, kelnerka, sprzątaczka czy taksówkarz – ktoś ze świadectwem na przykład podstawówki lub będący jeszcze w trakcie nauki i na drabinie społecznej zajmujący niższy szczebel niż ty – wtedy nad tym panujesz. Twoje dłonie pozostają suche, gdy podczas rozpytania niedbale zatapiasz je w kieszeniach dżinsów. To oni w nadziei, że nie zauważysz, wcierają wilgoć w fartuchy, nogawki spodni, papierowe serwetki. Może to lęk przed wykryciem przestępstwa? Jazda na taryfie bez kasy fiskalnej? Podbieranie sztućców Gerlacha z przyhotelowej kuchni? Opędzanie pokoju na godziny pod nieobecność front office managera? Nieważne, z jakiego powodu panikują. Ważne, że w tym rozedrganiu nie widzą nerwowego przełykania śliny, nie zwracają uwagi na koszulę wilgotną w okolicy pach. Nie zwąchali jeszcze, że cuchniesz. Są tu dla ciebie i marzą, byś jak najszybciej opuścił ich dystrykt. Ale najpierw muszą dać ci to, po co przyszedłeś.

*

Wiedziałeś, że wizyta w zakładzie pogrzebowym wprawi kumpli z wydziału w znakomity humor. Nie oszczędzili ci subtelnych aluzji. „Nareszcie na swoim miejscu”. „Wróciłeś do siebie!”. „Łopaty nie zapomniałeś?”.

Byłeś zmęczony. Najchętniej przesiedziałbyś cały dzień przed Makiem, gapiąc się na nastolatków pochłaniających szejki i czizburgery, i symulował obserwację grupy przestępczej. Ćwiczyłbyś szare komórki, recytując od końca numery rejestracyjne pojazdów podjeżdżających pod okienko, z którego wydają fast food śmierdzący spalonym tłuszczem. Ale zostawili ci to wymiętolone zdjęcie i nie miałeś wyjścia, musiałeś się trochę rozejrzeć.

*

Dziewczyna twierdziła, że stary popełnił straszliwą zbrodnię, ale ona nie ma na to dowodów. „Przyszliśmy złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa” – na jednym wydechu wydukała formułkę zasłyszaną w serialu. Ci dwaj, co jej towarzyszyli, nie odezwali się słowem. Pomyślałeś, że dobrze spotkać ludzi szanujących struny głosowe. „Jedynym tropem jest to zdjęcie, a przestępcą ten człowiek” – dokończyła już pewniej i usiadła na krześle, które podsunął jej jeden z towarzyszy. Rondo kapelusza przesłaniało mu oczy. Zapytałeś, o jaką zbrodnię chodzi, ale ona tylko nabrała wody w usta – upiła łyk mineralnej i zachłysnęła się tak mocno, że odebrało jej mowę. Widocznie ci dwaj nie byli upoważnieni, by zabierać głos w sprawie, bo nadal celebrowali ciszę. Widząc brak zainteresowania z twojej strony, dziewczyna chrząknęła na kompanów. Tobie posłała wymuszony uśmiech. Wychodząc, zatrzymała się przy stole, na którym leżało zdjęcie, i palcem wskazującym stuknęła w podobiznę człowieka na fotografii. Jej spojrzenie zdawało się krzyczeć: „To on!”.

Nie sądziłeś, że sytuacja się powtórzy. Następnego dnia ta trójka znowu cię nawiedziła. Po tym jak dziewczyna po raz kolejny wygłosiła formułkę o popełnieniu przestępstwa, a ty zapytałeś o rodzaj zbrodni, a ona znowuż zadławiła się wodą (tym razem odnotowałeś w myślach, że pije Nałęczowiankę) i wyszli jak poprzednio, w końcu spojrzałeś na zdjęcie. Przedstawiało postawnego mężczyznę, na oko czterdziestolatka. Nad jego głową widniał szyld domu pogrzebowego Służew. Cztery filary rzeźbione w stylu romańskim prowadziły do budynku kubaturą przypominającego powiększone pudełko po zapałkach. Pomyślałeś, że nie lubisz tego miejsca. Codziennie w drodze do pracy mijałeś kościół z wielką rozetą strzeżony przez posępne figury apostołów Piotra i Pawła, ale nie wiedzieć czemu, twój wzrok zawsze wędrował do usytuowanego nieopodal nędznego budynku z białymi filarami. Wmawiałeś sobie, że to nic nie znaczy.

Facet ze zdjęcia patrzył na ciebie przyjaźnie. Wyglądał zwyczajnie, jak setki osób w tamtych czasach. Miał na sobie koszulę w kratę i robocze spodnie na szelkach. Opierał się na łopacie wbitej pionowo w ziemię. Przypominał ogrodnika albo (nie chciałeś tego przyznać)… grabarza. Co za ironia losu – pomyślałeś, przygryzając wargę. Odłożyłeś zdjęcie na szafkę, mimo że coś cię w nim niepokoiło.

Bajron obchodził właśnie jubileusz trzydziestolecia służby, więc poszliście do Zośki. Nie pamiętasz, jak dotarłeś do domu. Martwiło cię jednak, że znowu ruchałeś po pijaku: chuj bolał jak obity bejsbolem, a podczas sikania miałeś wrażenie, że napoili cię żyletkami. Nie bez powodu podśmiewają się na mieście, że jak Grabarz zabaluje, to potem kurwy przez tydzień siedzą na L4 i wylizują rany. Rano myślałeś, że jesteś jeszcze na bani, że ten nieznośny ucisk w potylicy to oznaka spadku ciśnienia, że alkohol zbyt szybko wychodzi, ale zwlokłeś się z wyra i poszedłeś do roboty.

Ktoś musiał ich tu wpuścić. Tylko kto? – myślałeś rozcierając skronie. „Przyszliśmy złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa” – powiedziała dziewczyna jak poprzednio. „Mogę?” – wyjąłeś z jej dłoni butelkę wody (półlitrową – zaktualizowałeś ostatnie spostrzeżenie na temat Nałęczowianki). Tym razem postanowiłeś być sprytniejszy niż to déjà vu. „Nie znam nikogo, kto miałby mesiodens. A on ma – naciskała dziewczyna. – Lepiej niech pan to sprawdzi”.

Więcej się nie pojawili, ale ty już nie potrafiłeś zapomnieć o zdjęciu i pewności, z jaką dziewczyna zapewniała o zbrodni i jej sprawcy. Mesiodens, ten nadliczbowy ząb w kształcie stożka, wrzynający się w podniebienie między siekaczami, niczym wytrych Arsene’a Lupina otwierał kolejne szuflady w twojej pamięci. Zwłaszcza te pozostające przez lata w odmętach zapomnienia, do których nie zamierzałeś nigdy wracać i sprawdzać ich zawartości.

Zabrałeś fotkę do laboratorium, ale wystarczyło zwykłe powiększenie, by rozszyfrować to, co od trzech dni nie dawało ci spokoju. Mężczyzna ze zdjęcia uśmiechał się szeroko, mrużył przy tym oczy, najwyraźniej oślepiało go słońce. Bez skrępowania szczerzył zęby, odsłaniając swój sekret. W Tajlandii Bajron widział dziwkę z trzema cyckami, na dowód pokazywał zdjęcia zrobione starą nokią. Podobno macał za dziesięć dolarów, ale mimo tych trzech cyców nie zeszło mu z krzyża i z wycieczki życia wrócił bardziej wpieniony niż wtedy, gdy wewnętrzny znalazł u niego filmy z nieletnimi Gruzinkami. „Piękne były te hebanowe piersi”, powtarzałeś to wielokrotnie, choć nie dowierzałeś, że Bóg mógłby aż tak pofolgować ludzkiej rasie. A teraz te zęby. Takich nawet Bajron w Tajlandii nie oglądał. Między górnymi jedynkami mężczyzny z fotografii majaczył trójkątny kieł. Pokaźnych rozmiarów mesiodens. Widziałeś podobny na filmie o Nosferatu, tyle że ten był szerszy i ulokowany na środku szczęki. Zastygłeś na chwilę, jakbyś właśnie zapamiętywał ten moment, by na starość opowiadać o nim potomnym. Naddany ząb był tropem w śledztwie sprzed lat. Nietypowy odcisk zębów pozostawiany na ciele ofiar dręczył cię w koszmarach i na jawie, lecz nie sądziłeś, że nadejdzie dzień, kiedy będziesz tak blisko rozwiązania zagadki.

*

Dom Pogrzebowy Służew odwiedziłeś raz jeden, kiedy chowali żonę Bajrona. Ale ponieważ byłeś wtedy na rauszu, nie wszedłeś do środka. Zresztą nigdy nie oglądasz sztywnych, no chyba że podczas okazania czy na miejscu zdarzenia. Prywatnie wolisz żywych, nawet z ich wadami. Żywi nie wydzielają tej mdłej woni kadaweryny charakterystycznej dla zmarłych, zagnieżdżającej się w każdym włóknie ubrania i sprawiającej, że w metrze otacza cię wianuszek wolnej przestrzeni. A ty lubisz, gdy młode dziewczyny, zmuszone ciasnotą panującą w wagonie, ocierają się o ciebie niechętnie. Wdychasz wtedy ich zapach przytłumiony dniem spędzonym w pracy. Dlatego z trupami jesteś na bakier.

Z pogrzebu Maryny pamiętasz tyle, że jakaś kobieta zawodziła żałośnie. Okazało się potem, że Bajron ją posmarował. Podobno ostatnią wolą Maryny była płaczka żałobna i przedśmiertny seks. Od tamtej pory Bajron miewał problemy z fujarą i nie rozgrzewał się nawet po śliwowicy.

*

W biurze zakładu pogrzebowego przywitała cię cicha kobieta z wyrazem smutku odciśniętym trwale na twarzy. Ujęła cię łagodnym, pozbawionym oceny, spojrzeniem. Ukryłeś dłonie w kieszeniach spodni. Zauważyła to, a ty zamiast podać jej rękę na przywitanie, wylegitymowałeś się niezgrabnie.

– W czym mogę pomóc? – zapytała uprzejmie.

– Potrzebuję listę pracowników zakładu.

Kobieta włączyła komputer. Nie zadając pytań, nacisnęła „print” i po chwili otrzymałeś ciepłe wydruki.

– Mamy tu wszystkich pracowników od początku istnienia firmy. Od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku. Sama wprowadzałam te rekordy. – Najwyraźniej rozpierała ją duma, więc z uznaniem pokiwałeś głową. Nie było powodu, by przedłużać wizytę. Zaryzykowałeś i podałeś jej dłoń. – Ja biorę Kalms i mnie pomaga. Ustępują wszystkie objawy. – Poklepała cię po ramieniu życzliwie jak przyjaciółka, której nigdy nie miałeś.

– Spróbuję – rzuciłeś na odczepnego. Nie czułeś się w obowiązku, by tłumaczyć, że na ciebie Kalms nie ma wpływu. Ani wszystkie te hydroksyzyny czy chlorportikseny. Neuroleptyki spuszczasz w kiblu, żeby twoja matka przez przypadek się nimi nie szprycowała, kiedy podczas nasilenia choroby błądzi nocą po mieszkaniu. Na ciebie nie działają.

*

Karina miała piętnaście lat, gdy znaleźli ją w lesie na Zimnych Dołach. Rano wyszła do szkoły. Matce powiedziała, że wróci po dwudziestej, bo pomaga koleżance w przygotowaniu kroniki klasowej. Pozwolili ci nawet obejrzeć zwłoki. Nie była pokiereszowana. Ułożona na mchu sprawiała wrażenie pogrążonej w głębokim śnie. Dopiero z bliska zauważyłeś, że w okolicy powiek ma cienkie nacięcia, jakby ktoś ostrym nożykiem próbował wykroić z jej twarzy oczy, a dokładniej – jakby ktoś próbował je wygryźć. Był siódmy września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku, poniedziałek. Pamiętasz dokładnie – w radiu non stop gadali o czarnych punktach, które debiutowały na polskich drogach. Zimne Doły. Pierwszy czarny punkt na mapie twojego życia. Oznaczony krzyżykiem w miejscu, w którym jakiś skurwiel wydłubał oczy twojej siostrze.

Matka wiadomość o śmierci Kariny przyjęła spokojnie, dlatego sądzę, że już wtedy musiała chorować, choć wcześniej nikt tego nie dostrzegał. Powiedziała tylko: „Oddaj mi Karinkę”.

Obawiałeś się, że odsuną cię od śledztwa, które prowadziłeś od dwóch lat. Poprzednie zbrodnie miały niemal identyczny przebieg. Tylko ofiary mocniej zmaltretowano. Widocznie sprawca zdążył nabrać wprawy. Twoja siostra była trzecia. Nie ostatnia. Po niej, dokładnie rok później, siódmego września dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, na Górkach Szymona, zaraz przy pomoście odnaleźli córkę ważnego polityka. W roku milenijnym, też we wrześniu, pod murami kościoła w Pyrach spoczęła uczennica pobliskiej podstawówki. Każdą z dziewcząt sprawca pozbawił gałek ocznych.

Żeby uniknąć powtórki z rozrywki, we wrześniu dwa tysiące pierwszego roku wyjechałeś na miesięczny urlop. Postanowiłeś sprawdzić prawdomówność Bajrona. Zadbałeś o brak telewizji i dostępu do internetu. Zresztą wtedy w Tajlandii nie było to trudne. Po powrocie okazało się, że siódmy września przeszedł bez echa. Wszyscy mówili o zamachach terrorystycznych i Bin Ladenie. Nie wzruszyło cię to bardziej niż przeciekający worek mleka, który przed wyjazdem zostawiłeś w lodówce. Siódmego września dwa tysiące pierwszego roku żadnej dziewczyny nie pozbawiono oczu.

Po przyjeździe na komendę powiedziałeś, że kurwa z trzema cyckami, ta, co Bajronowi nie potrafiła dogodzić, za banknot z Andrew Jacksonem ściąga gacie i pokazuje małego fiutka. Bajronowi ulżyło, bo przypięli mu łatę impotenta. Tobie także zrobiło się jakoś lepiej. Upiliście się razem jeszcze tego samego dnia, w knajpie u Zośki, zaraz przy komendzie. Bajron wskoczył na stół i płacząc, zaczął bełkotać: „Dałem ci łańcuch kowany misternie. Dałem ci lutnię z czarownymi dźwięki. Dałem ci serce kochające wiernie. Wszystko ci dałem do niewiernej ręki”, ale ten występ nie spodobał się obecnym przy barze i odświętny garniak Bajrona następnego dnia trafił do pralni. Od chwili debiutu u Zośki wołacie na niego „Bajron”, choć nie ma w sobie nic z lorda.

Kilka miesięcy po tym „wieczorku poetyckim” usłyszałeś, że Marynę, żonę Bajrona, swędzi dupa i puszcza się z wuefistą ze szkoły, w której pracuje.

*

Lista osób zatrudnionych w Służewiu nie była obszerna. Przez dwadzieścia siedem lat działalności pracowało tu zaledwie osiemnaście osób. Większość z nich nadal trudniła się tą profesją. Przy każdym nazwisku znajdował się skan zdjęcia. Zgodnie z konwencją zakładu pogrzebowego żaden pracownik nie pozował do fotografii z uśmiechem, co znacznie utrudniło identyfikację właściciela mesiodensu.

Na pierwsze starcie wybrałeś Józefa Kocośtam, pracownika z najdłuższym stażem. Poprzedniego wieczora rozlana kawa wsiąknęła w kartę wydruku i skutecznie zatarła końcówkę nazwiska. Zostało ci tylko Ko. Józef Ko mieszkał na twoim osiedlu, trzy bloki dalej. Nie zdziwiłeś się, bo i czemu. Ludzie muszą gdzieś mieszkać. Na myśl, że nie stracisz godziny w korku, poczułeś ulgę.

W windzie minąłeś mężczyznę, który wydał ci się znajomy. Pamiętasz, że uśmiechnąłeś się do niego jak do kogoś, kogo imię wyleciało ci z głowy. Niestety, z biegiem lat pamięć do twarzy – szczyciłeś się nią na początku kariery – osłabła i nie zawierzyłbyś jej nawet przez chwilę.

– Pan Józef Ka?

Człowiek, który otworzył drzwi, uniósł krzaczaste brwi i uśmiechnął się szeroko.

– A co to, proces? – Puścił oko, ale ty nie załapałeś aluzji. – Nazywam się Ko. Nie Ka.

– Nazywa się pan Ko? Tylko Ko?

– Przykro mi, że rozczarowuje pana, panie… – zrobił pauzę w oczekiwaniu, aż w końcu się przedstawisz, więc rzuciłeś swoim nazwiskiem jak tanią obelgą. – Panie Grabarz, przykro mi, że rozczarowuje pana moje nazwisko. Ale jak wiadomo, rodziców i nazwiska się nie wybiera.

Nie wyglądał na przestępcę. Miał może sześćdziesiąt lat i miłą aparycję. Siwe skronie i ciepłe spojrzenie sprawiały, że przypominał wujka, który latem zabiera na karasie albo na opieńki. Od razu zwróciłeś uwagę na jego uśmiech.

– Przepraszam, ale nie mogę sobie darować. Dostanę namiar na pańskiego ortodontę? – Pytanie było cokolwiek nie na miejscu, ale zwykle imałeś się ryzykownych pomysłów i stawiałeś wszystko na jedną kartę. Józef Ko miał dwa wyjścia: albo zatrzasnąć ci drzwi przed nosem, albo sprzedać wiarygodną historię.

– Zapraszam do środka – powiedział nieco zmieszany i jak palacz, któremu zwrócono uwagę na nieświeży oddech, odruchowo zasłonił usta.

Łykałeś jego słowa jak pelikan suchą bułkę. Z rozluźnieniem na twarzy wysłuchałeś opowieści o tym, jak odeszła od niego żona z rocznym dzieciakiem, jak przez wiele lat opiekował się bratem sparaliżowanym po wypadku w sylwestrową noc Millennium, a który zmarł zaledwie parę miesięcy wcześniej. Nawet powieka ci nie drgnęła, kiedy potwierdził, że rzeczywiście nosił aparat i obecny stan uzębienia to dzieło zacnego ortodonty, niestety, już nieżyjącego. Dopiero po wyjściu z mieszkania zauważyłeś na drzwiach tabliczkę z napisem: Józef Ko. Grabarz. Andrzej Ko. Ortodonta.

*

Bajron po incydencie z cyckowym trio dochodził do siebie przez rok. W tamtym okresie nie dało się z nim wytrzymać, wiec zrzuciliście się z chłopakami z komisariatu na seanse u seksuologa. Nie zadziałało. Ten chudy lekarzyna od razu wydał się Bajronowi ciepły, więc Bajron stwierdził, że pedał nie będzie mu opowiadał, jak ma rozruszać wacka, bo za każdym razem, gdy tamten otwierał usta (robił przy tym nerwowe ruchy językiem), Bajronowi zbierało się na wymioty i profilaktycznie łapał się za jaja.

Potem Gruby wysłał go jako wykładowcę do Szczytna, żeby podymał te młode dziewczyny, które za zdany egzamin są w stanie udawać, że jest im przyjemnie i jeszcze nikt tak jak ty dzisiaj nie zerżnął ich fest. Ale nawet języki najbardziej zdeterminowanych przyszłych policjantek nie były w stanie pokonać siły grawitacji i zmusić krwi Bajrona, by dopływała tam, gdzie powinna. W ramach rekompensaty Bajron raczył je którymś z wierszy swojego imiennika, sir George’a Byrona, a one, za piątkę na egzaminie, zakładały kłódkę na swoje różowe usteczka.

Dopiero „naturalna” seksterapia przyniosła rezultaty. Bajron załapał za czwartym razem. Odetchnęliście z ulgą, bo te pozowane randki pochłaniały równowartość dwóch dobrych Johnny Walkerów jednorazowo. Miała na imię Justyna, rude włosy i podchodziła pod czterdziestkę. Przypominała żonę Bajrona i poszedłeś o zakład, że tym razem się uda. Bajron stracił cały swój spryt – nie zwąchał spisku, nawet gdy w uniesieniu szepnął jej do ucha: „Maryniu”, a ona nie wywaliła go z wyra. Powinien wiedzieć, że tylko córy Koryntu przymykają oczy na takie numery. Albo zdesperowane żony.

Od tamtej pory co roku dwudziestego czwartego lipca Bajron i ruda zapraszają cię na świąteczny obiad. Nikomu nie przeszkadza, że z przyzwyczajenia wołasz ją Maryna.

Przydałaby ci się taka zgodna kobieta. Nigdy nie byłeś z rudą. Tylko z farbowaną, a to się nie liczy, tak samo jak się nie liczy seks w prezerwatywie albo numerek z kadrową na imprezie z okazji Święta Policji. Gdybyś ją miał, tę kobietę, wracałbyś do domu struty robotą, znużony wielogodzinną obserwacją czy ślęczeniem nad aktami, a ona rozmasowywałaby twoje barki, przynosiłaby gorący rumianek i siadała okrakiem na twoich udach. A potem uprawialibyście zwierzęcy seks wsparci o ścianę wyłożoną zimnymi kafelkami. „Ale nic, mordo, nie jest tak jak w filmach”, mawiałeś po wódce. I ja z tobą nie dyskutowałem.

*

Prawie ją podeptałeś. Odwrócona do ciebie plecami siedziała na schodach na półpiętrze i mocno przecierała oczy. Jasne włosy opadały jej na plecy. Pomyślałeś, że gdyby była odrobinę okrąglejsza, spędziłbyś z nią resztę życia. Nawet jeśli byłaby szkaradna. Oparci o kafelki w łazience… No, wiadomo, co byście robili. Parzyłaby najlepszy rumianek na świecie i byłaby dobra dla twojej matki.

– To on? – Poderwała się w górę, gdy usłyszała kroki. Miała ostre paznokcie.– On? – Już chciałeś ją odepchnąć jak żebraczkę w podziemiach metra, ale zza jej pleców wyrosły dwie postacie. Planując przyszłość, nie zwróciłeś na nie uwagi. Musiałeś przywlec ich ze sobą aż z komisariatu na Janowskiego. Niższy zdjął kapelusz i skłonił się niezgrabnie. Za to ten drugi, wyższy i w garniturze, wpatrywał się w ciebie jak w oblicze ojca Pio. To jego minąłeś przy windzie.

– Czy Ko to ojciec Brygidy? – zapytał z nadzieją, a ty pojąłeś wszystko w jednej sekundzie. Ten egzotyczne tercet z chudą dziewczyną na czele wykorzystał cię, by odnaleźć mężczyznę ze zdjęcia, domniemanego ojca dziewczyny. Zarzucili przynętę, parszywy ząb, a ty bez zastanowienia i szacowania ryzyka doprowadziłeś ich do celu. Wprost pod drzwi opatrzone tabliczką z nazwiskiem braci Ko.

– Ortodonta nie żyje. –  Nie byłeś w stanie powiedzieć nic więcej. Twoje dłonie przestały drżeć.

*

Siedzieliśmy u Bajrona na kawie, gdy na dyżurce ktoś zostawił dla ciebie pakunek. Bajron jako jedyny w wydziale parzy kawę po turecku, przez co każdy dzień zaczynamy w jego towarzystwie. Żeby niepotrzebnie go nie niepokoić, próbowałem dawać ci znaki, niestety – na darmo. Jeszcze nie przyzwyczaiłem się do tego, że ignorujesz wysyłane przeze mnie sygnały, nasze psie esperanto.

– Jutro mija rocznica – niepotrzebnie zaczął Bajron. – Trzeba by zapalić świeczki na grobie Dywana.

– Prosiłem cię, żebyś nie mówił o nim w ten sposób – stanąłeś w mojej obronie. – Wiesz, że nie cierpiał tej ksywy. – Bajron zaśmiał się gardłowo. Krtań wuefisty musiała drgać w ten sam sposób, kiedy Bajron klękał przed nim, błagając, by ten przestał spuszczać się w jego żonie.– I to nieprawda, że zawijał je w dywany. – Bajron przytknął dłonie do ust.– Nieprawda, kurwa! – warknąłeś, ale Bajron nadal zanosił się śmiechem.

– Wszyscy wiedzą, że zawijał – powiedział już poważniej Bajron. – Ale to nie jego wina, że tej Ukraince puściły nerwy i zbereźną zabawę zmieniła w krwawą jatkę. Po prostu miał pecha – dodał ciszej. – I chore upodobania. – Tym razem to ja się uśmiechnąłem na wspomnienie o pulchnej Larysie, która do dzisiaj siedzi pod celą w Grudziądzu. To była dobra śmierć. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać.

– Grabarz, suwenir masz u dyżurnego. Idź se odbierz, bo zaraz schodzi ze zmiany. – Ten młody, co przyszedł na moje miejsce, zupełnie nie czuje przed tobą respektu, ale dobrze, że dał cynę o pakunku.

Wstałeś niespiesznie, nie spodziewałeś się cudu. Nieraz wdzięczni recydywiści obdarowali cię świńskim łbem albo gównem owiniętym w sreberko. Co mogło być tym razem? Zużyte tampony czy słoik spermy? Raz nawet dostałeś płód zanurzony w brunatnej cieczy. Że niby kochanka Brzytwy poroniła ze stresu, gdy go przymknąłeś. Co mogło przebić ten prezent?

Szanowny Panie,

brat mój nieboszczyk zobowiązał mnie przed śmiercią do pewnej sprawy. Gdyby kiedykolwiek odwiedził mnie grabarz ze zdeformowanymi uszami, miałem zgłosić się do notariusza, pana A.P. Gromka, i odebrać od niego pewną rzecz. Następnie miałem tę rzecz (wtedy nie wiedziałem jeszcze, że chodzi o załączoną paczkę) przekazać owemu grabarzowi. Uznałem prośbę brata za majaki na łożu śmierci i początkowo sądziłem, że grabarz, o którym mówił brat mój, w ogóle nie istnieje. Dopiero po pana wyjściu słowa brata nabrały znaczenia. Szanując wolę zmarłego, paczkę przekazuję nienaruszoną, choć bardzo ciekawi mnie jej zawartość.

Z wyrazami szacunku,

Józef Ko

Zanim otworzyłeś pudełko, przeczytałeś list dwa razy. Uszy, które po zakończeniu kariery zapaśnika ukrywałeś pod rzadziejącymi już włosami, paliły jak posypane żarem. Nie spodziewałeś się, że zwracają czyjąkolwiek uwagę i że aż tak widać odkształcenia pozostawione przez lata treningów na macie.

Pudełko starannie oklejono i zawinięto w kilka warstw szarego papieru. Nauczony doświadczeniem zdejmowałeś warstwę po warstwie, uważając, by nie uszkodzić faktury papieru. Kiedy pozbyłeś się ostatniej, twoje dłonie zadrżały w kontakcie z chłodną powierzchnią. Przez chwilę pomyślałeś, że to kolejny kiepski żart. Cóż mogła ukrywać puszka po szynce konserwowej? Identycznej jak ta, którą wiele lat temu otwieraliście na Boże Narodzenie. Bez entuzjazmu podważyłeś wieczko. Wewnątrz znajdowały się wióry, jakich używa się podczas transportu kruchych przedmiotów. Delikatnie wysypałeś je na blat stołu. Twoim oczom ukazał się nieforemny przedmiot.

Protezę szczęki wykonano z precyzją godną zegarmistrza. Zęby sprawiały wrażenie wyjętych wprost z czyichś ust. Nie musiałeś schodzić do magazynu, by porównać ślady znalezione na ciałach ofiar z odciskiem szczęki spoczywającej obecnie na trocinach. Trójkątny kieł ulokowany tuż nad górnymi jedynkami był jedyny w swoim rodzaju. Zadrżałeś lekko, ale twoje dłonie pozostawały suche i stabilne. Chłód porcelanowych zębów przenikał twoją tkankę zupełnie jak chłód policzka Kariny, gdy złożyłeś na nim ostatni pocałunek.

Początkowo tego nie dostrzegłeś, ale na spodzie puszki przyklejono zdjęcie. Przedstawiało młodą kobietę, tulącą w ramionach niemowlę z opaską na oczach. Obejmował ją mężczyzna. Z pewnością raziło go słońce, bo mrużył oczy, uśmiechając się szeroko. Bez kompleksu prezentował naddany ząb. Obok niego stał mężczyzna. Wyglądał jak przyklejony do zdjęcia. Jakby jakiś uczeń fotografii niedbale odrobił zadanie domowe i spłodził nieudany fotomontaż. Ten trzeci, z pewnością zmarły niedawno ortodonta, zupełnie tam nie pasował.

W Tajlandii długo dumałeś nad tym, jak to będzie, kiedy rozwiążesz zagadkę śmierci Kariny, i co powiesz wtedy matce. Czy poczujesz ulgę, czy raczej stracisz motywator, który codziennie rano włączał „play” w twoim mózgu?

*

– Wracamy do Ostrzeszowa. – Dziewczyna nie przestawała chlipać. Na imię miała Brygida. – Musimy powiedzieć matce. –  Jej broda dygotała jak postaciom z kreskówek, gdy dopada je potwór, przez co Monte nie potrafił zachować powagi. Zdjął z głowy kapelusz i wycelował nim w rozmazaną łzami twarz dziewczyny.

– Nie becz. No nie becz. Pojedziemy przecież.

– Ale ja nie wiem, czy będę w stanie wydusić z siebie słowo…

– Ja będę mówił. – Nikt nie spodziewał się po Ko takiej stanowczości. – Ja powiem.

Odwiozłeś ich na dworzec jeszcze tego samego dnia, a potem pomachałeś na pożegnanie, gdy wszyscy czworo – Brygida – dziewczyna od Nałęczowianki, Monte – kapelusznik, bezimienny facet w gajerze i Józef Ko, grabarz w stanie spoczynku – wychylali się przez okno i wykrzykiwali w twoim kierunku serdeczne pozdrowienia. Mieli powód, by ci dziękować, ale ty także byłeś im wdzięczny.

Długo po ich odjeździe zastanawiałeś się, czy wyznać matce prawdę, czy do sprawy w ogóle nie wracać. Bo czy ktoś, kto stracił dziecko, jest w stanie przyjąć taką wiadomość?

Po dokładnym przeszukaniu mieszkania braci Ko w skrytce w poszyciu wersalki technicy znaleźli brudnopis, w którym ortodonta skrupulatnie opisywał swoje posunięcia i przemyślenia. Z wypiekami na twarzy czytałeś, jak w chwili słabości matka Brygidy zaprosiła szwagra do swego łoża, a potem, dręczona wyrzutami sumienia, chciała urwać znajomość. Opanowany żądzą ortodonta, nie pozwolił jej odejść, grożąc, że wyjawi bratu prawdę. Wierzył, że Brygida, czyli dziewczynka ze zdjęcia, jest jego córką i obie, matka i dziecko, powinny być przy nim. Niestety Brygida nagle straciła wzrok, za co jej matka obwiniała właśnie jego. Powiedziała, że to kara za cudzołóstwo i dopóki dziecko nie odzyska zdolności widzenia, dopóty ortodonta nie ma czego u niej szukać. Musisz przyznać, że żal brał podczas lektury fragmentów opisujących rozterki ortodonty. Nieszczęśnik wmówił sobie, że ściągnął na rodzinę fatum. Cierpiał w samotności, sypiając, w ramach samobiczowania, tylko na gołej posadzce. Po miesiącu udręki przyniósł pierwszą parę oczu. Wtedy Brygida i jej matka zniknęły bez wieści. Odtąd co roku w dzień urodzin Brygidy wyjmował gałki oczne z oczodołów kolejnych dziewczynek i chował je w słoiku po dżemie w nadziei, że odnajdzie ukochaną i przywróci wzrok jej dziecku. By pozbyć się podejrzeń, wykonał odlew szczęki znienawidzonego brata, sprawcy wszelkich nieszczęść, i podpisywał nim swe ofiary. Liczył, że policja wpadnie na trop człowieka z mesiodensem, a on pozbędzie się rywala raz na zawsze. Jednak nawet podrzucenie ciała Aliny Szymańskiej pod kościół w Pyrach, tuż obok domu pogrzebowego, w którym pracował Ko, nie przyniosło efektu. A potem zdarzył się wypadek, który przykuł go do łóżka.

Ortodonta nie tłumaczył swej przedśmiertnej decyzji. Widocznie zmiękł na starość i, w strachu przed sądem ostatecznym, postanowił wynagrodzić bratu lata opieki i życia w nieustannej tęsknocie za rodziną. Dlatego zostawił puszkę i nie zniszczył brudnopisu.

*

Siódmy września wypada w tym roku w środę. Poprosiłeś Grażynę, by wzięła na ten dzień wolne. Chcesz ją przedstawić Bajronowi i rudej, a potem pojedziecie do twojej matki, by napić się rumianku. Grażyna parzy dobry rumianek, tylko nie lubi chłodu, dlatego seks na kafelkach w łazience pozostanie w sferze marzeń nie do spełnienia. Planujecie urlop w Tajlandii, chcesz jej pokazać wszystkie te dziwy, którymi nie umiałeś się cieszyć podczas pierwszego pobytu. Ostatnio po ćwiartce Wyborowej wyznałeś, że liczysz na to, iż w ciepłym klimacie wolnego kraju Thai wyraz smutku trwale zniknie z twarzy Grażyny. Stanie się nieprzydatna i wywalą ją z domu pogrzebowego, w którym nabawiła się wstrętu do zimna.

Po powrocie odwiedzicie Karinę. Może do tego czasu ktoś znajdzie słoiki i oddasz jej oczy? Tego ci życzę.

Do mnie nie musicie przychodzić, nie jestem ci już potrzebny. Przenoszę się do Grudziądza. Podobno rodzina z Czehrynia przysłała Larysie piękny dywan.

*

autor grafiki: Mariusz Słoniewicz
korekta: Dorota Bury
*cytat pochodzi z wiersza „Dary” G.G.Byrona
Reklamy