Usiadł na belce i oddał skok. Właściwie to nie był skok. To był lot. Prawdziwy lot! Spełnił swoje marzenie – latał jak ptak. Czas na chwilę się zatrzymał. Grawitacja przestała istnieć. Wydawało mu się, że to Ziemia się rusza, a on sam zamarł w locie. Tłum fotoreporterów uwiecznił jego lot i bezbłędne lądowanie. Wiedział, że to był skok po złoto. Złoto olimpijskie. Oślepiły go flesze aparatów. Zmrużył oczy. Z całych sił próbował je otworzyć, żeby choć raz jeszcze spojrzeć na medal…

W końcu udało mu się otworzyć oczy. Nie było śladu po skoczni i reporterach. To promienie słoneczne atakowały jego źrenice natrętnie zaglądając do pokoju niczym paparazzi. Pogoda zupełnie jak latem, a przecież w Ząbiu od paru miesięcy mieszkała zima stulecia – mroźna, śnieżna, ale czasem też słoneczna: taka jaką narciarze lubią najbardziej. Kamil powoli zwlekł się z łóżka rozpamiętując cudowny sen.

– Gdyby nie to słońce, pewnie przyśniłaby mi się i ceremonia medalowa – pomyślał. Jego wielkim marzeniem było bowiem zdobycie złota olimpijskiego. ‑ Najpierw jednak trzeba nauczyć się skakać – pomyślał mobilizując się do zejścia na śniadanie.

To był wielki dzień – wybierali się całą rodziną na narty do Białki Tatrzańskiej, a potem tata miał go zawieźć na test kwalifikacyjny do drużyny skoczków – młodzików. Ostatnio jak byli na stoku wypatrzył go trener i zaprosił na kwalifikacje. Nic dziwnego – Kamil nauczył się jeździć na nartach mając trzy lata, a w wieku pięciu lat pierwszy raz miał na sobie narty do skoków. Kwalifikacje odbywały się do drużyny, która trenowała kombinację norweską, ale liczył na to, że z czasem będzie mógł skoncentrować się na samym skakaniu.

W kuchni pachniało kawą, którą rodzice w weekend wypijali ceremonialnie. – Jak można pić to świństwo – myślał Kamil. Na szczęście mama przyrządziła też coś pysznego – usmażyła naleśniki. Kamil posmarował je na swój ulubiony sposób: najpierw warstwa Nutelli, a potem jogurtu waniliowego. Pycha!

– Nie zapominaj o mleku – przypomniała Mama. – W końcu dziś twój wielki dzień.

Kiedy wszystkie naleśniki zniknęły z talerza Kamila, szybko pobiegł umyć zęby i przebrać się w narciarskie ciuchy. Termoaktywne kalesony i bluzka były kluczowe, jeśli chodzi o utrzymywanie ciepła narciarza. Na to kombinezon, kask i plecak. A w plecaku gogle, krem przeciwsłoneczny, rękawice oraz batony. Spakował cały ekwipunek i pognał szybcikiem do auta. Reszta rodziny uwinęła się równie sprawnie. Każdy chciał skorzystać z pięknego słońca.

– Ja to chyba fotosyntezuję dziś – zażartowała Mama mrużąc oczy i wystawiając twarz do słońca.

– A co to znaczy? – zapytał Kamil.

– Jakby ci to wytłumaczyć … – zaczęła Mama. – No więc, rośliny do życia potrzebują światła, tak jak ludzie tlenu. Można powiedzieć, że to ich oddychanie światłem to właśnie fotosynteza.

– A twoja mama jest jak fiołek. Do życia potrzebuje słońca – wtrącił się Tata. – Fototerapia to zresztą podstawa leczenia wielu chorób – dodał. Tata był lekarzem, dlatego znał wiele chorób i tak samo dużo lekarstw.

– A co to znaczy? – uparty Kamil chciał wszystko wiedzieć. Nie lubił, kiedy rozmawiano w jego towarzystwie o rzeczach, o których nie miał zielonego pojęcia.

– Promienie słoneczne sprawiają, że w ludzkim organizmie wytwarza się witamina D, dzięki której jesteśmy witalni i lepiej się czujemy – wyjaśnił rzeczowo Tata. – Oczywiście mówiąc w skrócie – dodał.

Zbieg pomyślnych okoliczności: wolnej soboty i pięknej pogody sprawiły, że rodzina Kamila nie była jedyną, która postanowiła tego dnia zakosztować rozkoszy zjeżdżenia na nartach. Przy wjeździe do Białki Tatrzańskiej ustawiła się długa kolejka samochodów. W końcu Kotelnica Białczańska przez wielu uważana była za najlepszy polski ośrodek narciarski. I tam właśnie się wybierali. Szczyt prezentował się jak wielka buła śniegu. Niestety korki ustawiały się nie tylko na drogach dojazdowych do tej podhalańskiej wsi. Również do wyciągu prowadził długaśny ogonek.

– Nie ma co narzekać – raźno wykrzyknął Tata. – Nałapiemy w tej kolejce witaminy D!

– A ja się opalę – uśmiechnęła się Mama, która cały czas powtarzała, że jest zbyt blada.

– A ja nie poćwiczę przed kwalifikacjami – pomyślał ponuro Kamil, ale nie wypowiedział na głos swoich obaw, aby nie psuć rodzicom humoru.

Kiedy w końcu dostali się na szczyt Tata zarządził, żeby wszyscy jechali za nim. Oboje z Mamą byli świetnymi narciarzami, dlatego Kamil musiał się niesłychanie rozpędzać, żeby dotrzymać im tempa. Mocno uginał nogi w kolanach, naciskając łydkami na języki butów, pochylał się do przodu. Jednocześnie wypinał też cztery litery do tyłu i znaczył linię zjazdu kijkami. Oj było mnóstwo rzeczy, o których trzeba było pamiętać, żeby móc powiedzieć, że jeździ się poprawnie.

Powtarzał sobie w myślach mantrę: kijek, wyprost, skręt, kijek… I nagle skonsternowany spostrzegł, że nie widzi rodziców. Zadumany nad arkanami narciarskiej techniki musiał zjechać z trasy. Ta, po której jechał wyglądała na trasę biegówkową: wąski leśny korytarz.

– Musiałem pojechać w stronę Jankulakowskiego Wierchu. Dojadę do niego, zjadę niebieską trasą do orczyka i z powrotem znajdę się na Kotelnicy – planował. Coś jednak musiało pójść nie tak, bowiem nie widział przed sobą szczytu. Najprawdopodobniej zamyślony zboczył z trasy. Przed nim był tylko zjazd, żadnych wzniesień.

– Ten szlak musi się kończyć na dole podobnie jak reszta – pomyślał kontynuując zjazd leśną drogą. – Zresztą, żeby wrócić z powrotem na stok musiałbym zdjąć narty i dźwigać je pod górę.

A że sporo zdążył zjechać w zamyśleniu, wdrapywanie się na górę z nartami na ramieniu zajęłoby mu pół dnia. Do tego kwalifikacje, na które nie mógł się spóźnić. – No nic trzeba zaryzykować. Narty prowadźcie mnie – wyszeptał do swoich płóz z nadzieją.

Narty skocznie ruszyły w dół. Skrzypiał puch, spod nart wyskakiwały maleńkie śnieżne gwiazdki. Kamil co chwilę podskakiwał na wybojach i górkach. Co jakiś czas spadała mu na głowę czapa śniegu z poruszonej gałęzi. Śnieg na potężnych świerkach cudownie odbijał światło. Było jak w bajce.

W HARMONIJCE

Po jakiejś godzinie zjazdu zaczął się solidnie niepokoić. Powinien był już dawno dotrzeć do wyciągu. Tymczasem trasa ta niebezpiecznie skręcała w prawo. Na domiar złego jego telefon nie łapał w lesie zasięgu. Dylemat: wycofać się z nartami na ramieniu czy zjechać w nieznane, przyjmował coraz tragiczniejszy wydźwięk. Powrót na szczyt oznaczał rezygnację z kwalifikacji. Zwyczajnie nie jest w stanie wrócić pieszo na czas.

Pojechał więc dalej w dół z nietęgą miną. Słońce zaczęło go irytować, skrzypiący śnieg przypominał mu dźwięk tartego styropianu, z każdym przejechanym metrem zdawał sobie coraz mocniej sprawę ze swojej głupoty.

Wtem zastukał dzięcioł. Odruchowo się zatrzymał i zaczął wypatrywać źródła stukania. Mimo że był pewien skąd dochodzi dźwięk, nie mógł dostrzec rudego ptaszka. Normalka. Dzięcioły znane są ze swoich zdolności konspiracyjnych. Jego wzrok przykuł nieokreślony obiekt stojący w dali, skryty za potężnymi świerkami. Nie był w stanie dostrzec jego kształtu, ale dałby sobie rękę uciąć, że widzi chatkę. Postanowił zdjąć narty i pójść w stronę niezidentyfikowanego obiektu zasięgnąć rady, jak dotrzeć do stoku.

W miarę jak przedzierał się przez śnieżne zaspy, chatka zaczęła nabierać realnych kształtów. Wyglądała jak dom, który jakiś olbrzym postanowił zwinąć w harmonijkę. Miała pofałdowane kształty niczym rozłożony do gry akordeon. Każda fałdka miała inny kolor. Od najbardziej intensywnych barw: różowego, fioletowego, pomarańczowego na środku, po bardziej stonowane na zewnątrz.

– Jak to możliwe, że nie dostrzegłem tych kolorów z daleka? – zastanawiał się skonsternowany Kamil. Trochę się bał wejść do środka. Rodzice uczyli go, żeby nigdy nie rozmawiać z nieznajomymi, a co dopiero wchodzić do obcych domów! Ale z drugiej strony nic nie wspominali o chatkach w kształcie harmonijki. Policzył do trzech, wziął głęboki oddech i wszedł do środka przez papierowe, pofałdowane drzwi.

Jego oczom ukazał się fantastyczny widok. Wewnątrz harmonijki znajdowała się karczma z prawdziwym barem, za którym stała … papuga! Ale jaka! Fryzurę miała wyczesaną z białych piór niczym wódz Apaczów, a reszta ciała pokrywały pióra koloru kanarkowego. Barman nie dość, że był papugą, to jeszcze tańczył machając głową na wszystkie strony, jednocześnie serwując kolorowego soki z palemkami. Po napój jako pierwszy sięgnął brunatny niedźwiedź, wypił całą zawartość szklanki i siarczyście beknął.

Dopiero teraz Kamil omiótł wzrokiem całą chatkę. Zaraz po lewej przy wejściu, siedziały wiewiórki, które plotkowały o czymś zajadle, wcinając przy tym orzeszki. Ciężko było stwierdzić co robiły szybciej. Na jego widok tylko na chwilę zaprzestały obu czynności, a któraś przypadkiem (chyba) rzuciła go łupiną od orzecha. Po prawej stronie natomiast dziki rozgrywały partyjkę pokera. Jeden z dzików oko miał przewiązane opaską i wyglądał jak kapitan Hook. Za każdym razem, kiedy karta szła na stół któryś z dzików znacząco chrumkał chcąc zmylić przeciwnika.

Na środku knajpy usadowiły się sarny i jelenie. Jelenie tego wieczoru udekorowały swoje poroża koralami z jarzębiny i borówek. Pięknie wyglądały i co jakiś czas przeglądały się w szklankach po soku malinowym, żeby poprawić fryzurę. Z tego co dosłyszał Kamil zajęte były omawianiem najnowszych trendów leśnej mody.

Do baru co jakiś czas wchodził z kuchni wilk przebrany za babcię, wnosząc zamawiane przez gości potrawy. – Ciekawe czy jedzą mięsiwo – zastanowił się Kamil. – Jeśli tak, to kto czyje? – rozmyślał wiedząc, że nie wypada zadawać tego pytania w takim towarzystwie.

– Halo, halo, czego życzy sobie nowy gość? –odezwała się Papuga, przerywając rozmyślania Kamila.

– A czy muszę zamawiać? – zapytał.

– Ci co nie zamawiają, w zęby od wilka dostają – wyrecytowała Papuga.

Pogrzebał w kieszeni szukając resztek kieszonkowego. Zostało tylko 5 zł.

– Poproszę sok.

– Do wyboru z gumijagód, świerkowych szyszek oraz malin.

– Czy sok z gumijagód naprawdę dodaje energii? Bo strasznie jej potrzebuję.

– Energii tak, ale chyba nie wierzysz w te kreskówkowe wymysły o średniowiecznych niedźwiadkach i podziemnych kolejkach? – powiedziała Papuga uśmiechając się zawadiacko i jednocześnie puszczając do Kamila oko.

Ich rozmowę przerwał przylot orszaku ptaków. Każdy innego gatunku. Ptaki zgrupowały się nad barem od sopranów po lewej, poprzez tenory, alty do barytonów po prawej. Chór zamykał bocian, który pełnił funkcję dyrygenta.

Kamil nigdy nie widział tylu gatunków ptaków na raz. Przemądrzały barman zaznajomiony z całym towarzystwem przedstawiał mu po kolei każdego śpiewaka. – Ta brązowa od lewej z mini irokozem to dzierlatka, w tym czarnym meloniku pliszka siwa, obok świergotek łąkowy, jemiołuszka w makijażu jak z rewii, strzyżyk podobny do wróbla, a na końcu pokrzywnica. To tyle jeśli chodzi o soprany. Dalej mamy alty z lerką, czyli słowikiem borowym, który świetnie potrafi modelować głośność śpiewu wychodząc prawie od szeptu oraz pliszka żółta.

– Mało tych altów – przerwał Kamil.

– Oj tak, w tej kapeli zdecydowanie przeważają soprany – odpowiedział barman i wyliczał dalej. – W tenorach śpiewa rudzik, podróżniczek pomalowany jak Indianin przed bitwą i słowik rdzawy. W barytonach zaś jaskółka dymówka z czerwonym krawatem w szykownym niebieskim płaszczyku, gąsiorek w czarnej opasce zorro i szary kopciuszek.

– Kopciuszek? Chyba pomyliłeś bajki – roześmiał się Kamil.

– Nie pouczaj znawcy. Tako się zowie, bo wygląda jak kopciuch, no przyjrzyj mu się.

Faktycznie kopciuszek, jeżeli miał jakiś urok osobisty to pokroju brzydkiego kaczątka.

– I znów nie pozwalasz mi dokończyć. W basach mamy puszczyki  i uszatki oraz sowy śnieżne w białym futrze. A i jeszcze słowik szary, który jest solistą – dokończyła papuga i właśnie w tym momencie dyrygent wyjął kamerton. Machnął nim kilka razy zamaszyście, a kiedy ze stroika dobył się dźwięk, powtórzył go, a za nim cały chór zaczął jak echo mu wtórować, aby się nastroić.

Ptaki odśpiewały parę utworów a capella. Ale jaki to był śpiew! Żaden człowiek choćby ćwiczył cały życie nie byłby w stanie powtórzyć tych treli, które sprawiały, że zapierało dech w piersiach. Cała chata na chwilę zamarła, kiedy do głosu doszedł solista – słowik szary. Miało się wrażenie, że jego głos potrafi naśladować inne instrumenty, zwłaszcza grzechotkę. Coś niesamowitego! W czasie ostatniego utworu dyrygent na chwilę opuścił chór. Chwycił leżący na fortepianie kapelusz i podleciał do każdego słuchacza, aby zebrać napiwek za koncert. Po występie ptaki ukłoniły się nisko,  po czym zniknęły równie niepostrzeżenie jak się pojawiły. Przez komin.

Wraz z wylotem ptaków przygasły światła. Zrobiło się bardziej kameralnie. Miejsce ptaków zajął dzik we fraku z włosami zebranymi w figlarny warkocz. Siadł przy fortepianie. Podniósł sędziwą pokrywę i po krótkim nastrojeniu instrumentu dał popisowy recital. Zrobiło się trochę jak w nowojorskim klubie jazzowym.

Wzrok, a raczej nos Kamila, przykuła siedząca na gałęzi sowa, która pufała fajkę o smaku waniliowym. W oparach dymu wyglądała na poważnie zadumaną nad czymś.

– Czy mogę pani przeszkodzić? – zapytał grzecznie Kamil jednocześnie potrząsając gałęzią, żeby przywołać sowę z jej zadymionego świata.

– Nie jestem panią – wyhukał.

– Nas na języku polskim uczyli, że sowa to rodzaj żeński. Nie wiem jak się do pana zwracać – odrzekł skonsternowany Kamil.

– Możesz mi mówić Pankracy. To taka moja ksywka artystyczna – odparł pan Sowa.

– Pankracy, potrzebuję twojej pomocy. Wiem, że sowy to najmądrzejsze zwierzęta. Jeżeli ty mi nie pomożesz, nie wiem czy ktoś inny będzie w stanie.

– Ale o co chodzi? – chciał wiedzieć Pankracy.

– Zgubiłem się w lesie. Byłam na nartach z rodzicami na stoku pod Kotelnicą Białczańską i zjechałem na trasę dla narciarzy biegowych. Zanim spostrzegłem swój błąd, zdążyłem sporo się oddalić od stoku. Bardzo mi się spieszyło z powrotem na stok, dlatego postanowiłem nie zawracać pieszo, tylko dojechać do stoku jakąś boczną dróżką. To chyba był błąd… – zasępił się Kamil.

– Musiałeś naprawdę sporo zjechać, bo znajdujesz się na terenie, gdzie nie zapuszczają się żadni ludzie. Nawet leśniczy czy myśliwi tędy nie chodzą. Nie wiem jakim cudem się tu znalazłeś – zastanawiał się pan Sowa.

– Jechałem naprawdę długo. Spieszyło mi się z powrotem na stok – tłumaczył młody narciarz.

– Jeżeli nie chcesz się cofać pod górę, to jest jeden sposób, żeby wrócić na stok, ale jest on dość niebezpieczny – pan Sowa zawiesił na chwilę głos jakby wahał się czy mówić o wszystkim Kamilowi. – To jest droga tylko dla odważnych śmiałków, istnieje bowiem ryzyko, że w ogóle z niej nie wrócisz.

– Jak to?? – przestraszył się nie na żarty Kamil.

– Po drodze mogą spotkać cię niebezpieczne zwierzęta, a i sama droga jest tak pomyślana, że możesz przeoczyć drogowskazy i zwyczajnie się zgubić – tłumaczył Pankracy. – I nie odnaleźć – dodał złowieszczo.

– Nie ma innej drogi?

– Jak już wspomniałem, zawsze możesz spróbować zawrócić, ale zajmie ci to pewnie parę dni – powiedział zaciągając się fajką. Rozpościerający się wokół zapach wanilii w jakiś sposób dodawał Kamilowi odwagi. Przypominał o waniliowym cieście babci Jadzi, błogich niedzielach, kiedy całą rodziną jeździli do niej w gości. A babcia bardzo w niego wierzyła. Zawsze powtarzała, że ma talent do skoków i stanie się drugim Adamem Małyszem.

– No dobrze, wybieram drogę śmiałków. Jak się do niej dostać? – powiedział Kamil z pełnym przekonaniem i bojową gotowością.

– Eh, jak ci to najlepiej wyjaśnić? – zadumał się Pankracy.

– Najprościej – odpowiedział Kamil, choć było to raczej pytanie retoryczne.

– Najpierw musisz opuścić strefę, gdzie nie zapuszczają się ludzie. Dam ci kompas. Kieruj się na południowy – wschód. To tyle jeśli chodzi o konkrety, reszta zależy tylko od ciebie. Musisz poznać swoje słabości, żeby osiągnąć sukces. Musisz  przekuć je na zalety. Ale przede wszystkim musisz poznać siebie. Tylko tyle wiem. Tylko tyle mogę ci zdradzić. Droga śmiałków tym bowiem się charakteryzuje, że dla każdego jest inna, przed każdym inne przestrzenie otwiera. To musi ci wystarczyć… – Pankracy zamyślił się na chwilę, po czym ciągnął dalej. ­– Pamiętaj, musisz odkryć siebie, poznać siebie.

Kamil się zasępił. Nigdy nie należał do drużyny harcerskiej czy choćby do zuchów. Nigdy też nie chodził po górach zimą. Owszem wszedł z rodzicami na Nosal, Giewont czy Trzy Korony, ale wszystkie te wejścia miały miejsce latem. A teraz szybciej zapadał zmrok, było zimniej. Nie miał nawet termosu z gorącą herbatą, obawiał się wychłodzenia.

Musisz poznać swoje słabości, żeby osiągnąć sukces. Musisz  przekuć je na zalety. Słowa Pankracego niczym echo majaczyły mu w uszach. Myśl o eliminacjach mobilizowała do akcji.

– Muszę zatem wyruszyć. Nie mam chwili do stracenia – powiedział Kamil dopijając szklankę soku z gumijagód.

Sok faktycznie dodał mu energii. Na jego policzkach pojawiły się rumieńce, a w głowie pojawiły się optymistyczne myśli.

­­- Dziękuję ci Pankracy za wszystkie wskazówki. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy – Kamil pożegnał się chyląc nisko czoło przed panem Sową.

– Podziękujesz, kiedy bezpiecznie dotrzesz do domu. Teraz idź. I nie oglądaj się za siebie – doradził Pankracy.

– Żegnaj.

– Huhu – pożegnał się po swojemu Pankracy.

Ostatni raz Kamil ogarnął wzrokiem wesołą chatę. Gdyby nie eliminacje, chętnie zostałby dłużej: pograł z dzikami w pokera, poplotkował z wiewiórkami, zamówił coś na ząb z kuchni wilka. Trzeba jednak iść. Droga daleka, a i dzień o tej porze roku bardzo krótki.

Zatrzasnął za sobą drzwi chaty i wyszedł na zewnątrz. Momentalnie przeszył go chłodny dreszcz – na dworze panował siarczysty mróz. Mróz dawał o sobie znać zwłaszcza w okolicach nosa, policzków i palców u rąk. Postanowił iść żwawym krokiem, żeby nie pozwolić ciału zmarznąć. Narty zarzucił na lewe ramię. Co jakiś czas zmieniał ramiona, żeby nie ścierpły. Torował sobie drogę wzdłuż śnieżnych zasp. Zerkał często na kompas, w obawie że zboczy z obranego południowo-wschodniego kierunku. Niestety w gęsto zadrzewionym lesie narty były nieprzydatne.

– Byleby wyjść ze strefy, gdzie nie zapuszczają się ludzie – myślał niespokojnie.

Jak nigdy pragnął spotkać człowieka. Czekał na to jak na znak. Przecież każdy człowiek wie, gdzie znajduje się stok. Spotkanie człowieka będzie oznaczać, że do cywilizacji jest bardzo blisko. Gdzie te tłumy, które rano widział w kolejce do wyciągu?

Jego myśli przerwał trzask. I kolejny. Seria trzasków i huków przeszyła cały las. Zatrzęsły się gałęzie. Jego oczom ukazał się niesamowity widok. Serce podskoczyło mu do gardła z wrażenia. Stado jeleni – olbrzymów, wysoko podnosząc kopyta, skocznymi kłusami przedzierało się przez śnieżne zaspy, pędząc prosto na … Kamila. Chłopak poruszony feerią barw – szlachetnym brązowy wymieszanym z kryształowym śniegiem, z początku stał jak zaczarowany, jakby pomyślał, że znajduje się w domu przed telewizorem i że właśnie leci jego ulubiony Animal Planet. Dopiero po dłuższej chwili, która w jego odczuciu trwała nieskończoność, zdał sobie sprawę z realności oglądanej sceny. Odskoczył w ostatniej chwili na bok, mocno dzierżąc narty, które coraz bardziej mu ciążyły. Jelenie przebiegły obok zupełnie go zignorowawszy. A on prawie, że dostał palpitacji serca.

– Co ze mnie za ciamajda! Jak tak dalej pójdzie to zginę stratowany przez niewinne zwierzęta tylko ze względu na swoją głupotę! –  zdenerwował się. – To ma być to sowie „Poznaj samego siebie”? Może Pankracy chciał powiedzieć „poznaj swoją głupotę”? – nie na żarty się rozgniewał.

Po chwili po lesie rozniosło się przeraźliwe rzężenie: – Kto jest na tyle bezczelny, że śmie mnie budzić? – zawołał niedźwiedź wychylając głowę z jaskini, po czym wściekle zawył.

Tętnienie kopyt olbrzymich jeleni musiało zbudzić niedźwiedzia. Kamil zdał sobie sprawę, że niedźwiedź nie oczekuje odpowiedzi na swoje pytanie. Zamiast więc wdawać się w jałowe dyskusje, tym razem postanowił szybko zareagować – schował się w kosodrzewinę.

– Gdzie jest ten bezczelny smród, który postanowił zepsuć mój sen? – wył niedźwiedź.

Kamil pomyślał o niedźwiedziu w gospodzie – tamten jakoś nie potrzebował snu zimowego, ale może to kwestia indywidualna. Jedni piją sok z gumijagód w chacie, inni zapadają w sen zimowy. Niedźwiedź był już coraz bliżej. Kamil marzył by stać się niewidzialnym.

– Gdzie ten, który zburzył mój święty sen. A byłem w ulu, byłem pszczołą i godzinami objadałem się miodem. Kto śmiał wyrwać mnie ze słodkiego snu? – wykrzykiwał. Kiedy niedźwiedź był już naprawdę blisko, Kamil wyszedł z ukrycia, gdyż dalsza konspiracja na niewiele by się zdała – niedźwiedzie mają doskonały węch.

– Ja …. – wyjąkał przestraszony chłopak z sercem w gardle. –  … wiem kto – dokończył.

– Ty? Takie małe stworzenie jak ty jest w stanie wywołać taki hałas? – nie dowierzał niedźwiedź.

– To, to nie ja. To jelenie biegły. Ogromne stado – wybąkał.

– Jelenie? Przecież biegają tu codziennie i jakoś nigdy mnie nie budziły – zastanawiał się. – Czyżbym na starość miał aż tak lekki sen?

– Nigdy wcześniej się nie przebudzałeś? – zapytał Kamil.

– Zdarza się to praktycznie każdej zimy, chwilę po tym jak usypiam. To chyba twoi pobratymcy są za to odpowiedzialni. Najpierw słyszę huki, które próbuję ignorować i zasypiam dalej. Aż następuje taki moment, że do wystrzałów dołączają kolorowe rozbłyski na niebie. Pierwszy raz myślałem, że to wojna i chciałem emigrować, ale okazuje się, że to coś innego – opowiadał.

– A to pewnie sylwester. Ludzie strzelają petardami, żeby uczcić przyjście nowego roku – domyślił się Kamil.

– Ludzie niczym mnie nie zaskoczą. Zwłaszcza nie dziwi mnie brak szacunku dla zwierząt – smutno skonstatował niedźwiedź.  – A co ty trzymasz w dłoni? – niedźwiedź znów przybrał złowrogi ton jakby obawiał się, że Kamil jest uzbrojony.

– Narty – wyjąkał Kamil.

– Do czego one służą? – dopytywał niedźwiedź.

– Zjeżdża się na nich z górki. To taka forma sportu – cedził przestraszony Kamil.

– Uuu nie słyszałem o czymś takim! A jak to się zakłada?

– Do tego potrzebne są specjalne buty.

– Nie da się tego jakoś obejść? – chciał wiedzieć niedźwiedź.

Kamil niechętnie zbliżył się do niedźwiedzia, popatrzył na niego spode łba, w końcu pokonał lęk i zaczął lustrować wzrokiem jego łapy. Wielkie niczym buty narciarskie.

– Myślę, że dałoby radę przyczepić je do twoich pazurów, ale byłoby to niezwykle skomplikowane – wymamrotał chłopiec. Liczył, że odwróci uwagę niedźwiedzia od siebie, bo ten patrzył w narty jak zaczarowany.

– Oddaj mi je! – wykrzyknął niedźwiedź.

– Co??!!!

– Oddaj mi je! – jeszcze głośniej powtórzył zwierz.

Kamil czuł, że wpadł we własną pułapkę. Nie spodziewał się, że niedźwiedź zażąda jego nart. Jego ukochanych nart, które dostał na ósme urodziny. Jego cudów, które pędziły w dół niczym błyskawice.

– Ale to w nich osiągałem najlepsze wyniki – ociągał się.

– Oddaj mi je, bo cię zjem – powiedział niedźwiedź, tym razem bardzo spokojnie, pewny siły swoich słów. Kamil nic nie odpowiedział. Wiedział, że nie ma wyboru. A może miał? Może trzeba było rzucić się do ucieczki? To może i miałoby sens, gdyby nie nieporęczne narty, które opóźniałyby bieg. Popatrzył smętnie na narty, które stały oparte o świerk. Dosłownie tydzień temu byli je z rodzicami naostrzyć. I w jakich nartach pojedzie teraz w eliminacjach, jeśli odda swoje błyskawice?

– Jeśli ich nie oddam, tym bardziej nie będę mógł wziąć udziału w eliminacjach. Ani w tym roku, ani w przyszłym – gorzko myślał, a z jego oczu popłynęły łzy. Niedźwiedź zdawał się tego nie dostrzegać. Za chwilę miał odebrać swoją rekompensatę za straty poniesione przez bezczelne wybudzenie z zimowego snu: lekcję jazdy na nartach lub przekąskę.

– Gdyby nie fakt, że niedźwiedź nie ma zielonego pojęcia o jeździe na nartach, najpierw by mnie zjadł, a potem zwyczajnie przejąłby narty, a tak to jestem mu potrzebny jako nauczyciel – pomyślał próbując pocieszyć samego siebie. Zagryzając usta podszedł do nart i ułożył je przed niedźwiedziem.

– Połóż tylnie łapy na zapięciach –  instruował, tym razem już pewnym siebie głosem. Niedźwiedź posłuchał. W oczach pojawiły mu się wesołe chochliki. Niedźwiedź wprost nie mógł się doczekać, kiedy zacznie zjeżdżać. Kamil przypiął mu pazury do zapięć.

– Ałł – zawył z bólu niedźwiedź.

– Musi boleć. Inaczej nie da radę założyć nart – cierpko skonstatował Kamil i powtórzył całą operację przyczepiania zwierza do płóz. I tym razem niedźwiedź zawył, ale Kamil nawet nie zareagował. Rolę się odwróciły – teraz Kamil był głównym rozgrywającym.

– Spróbuj poruszyć łapami – zachęcił futrzanego narciarza.

– Ciężko … –  odrzekł niedźwiedź manewrując prawą kończyną.

– Nikt nie mówił, że będzie lekko – odparł Kamil.

W ślimaczym tempie udali się na górkę, która znajdowała się na skraju lasu. W ramach treningu niedźwiedź nauczył się chodzić w zjazdówkach. Kamil nie miał najmniejszej ochoty go uczyć, ale wpojona mu przez rodziców uczciwość nakazywały mu dotrzymać słowa i przeszkolić niedźwiedzia.

– Nie będę z niego zaraz robił mistrza, ale podstawowych informacji mu udzielę – planował jak dotrzymać słowa, a zarazem stracić jak najmniej cennego czasu. ­

– Pochyl się do przodu, wypnij zadek do tyłu, ugnij kolana. Mocniej, mocniej – pouczał mając wrażenie, że przypomina w tym momencie swojego ojca.

– Skręca się dociskając mocno krawędź narty w śnieg. Jeżeli będziesz czuł, że tracisz równowagę, od razu wywracaj się na tyłek. Byle nie na głowę! – doradzał Kamil.

Niedźwiedź pozjeżdżał kilka razy z górki. Kilka razy się przewrócił. Kilka razy wypięła mu się narta. Jednak zważywszy na fakt, że na co dzień chodzi na czterech łapach, całkiem dobrze radził sobie na dwóch.

– Dajesz radę. Myślę, że nic sobie nie zrobisz, jeśli zostawię cię samego – zakomunikował narciarzowi. – Czy byłbyś tak dobry i wskazał mi drogę jak wydostać się z tego lasu? Chciałbym dostać się na stok.

– Najlepiej gdybyś zjechał z tej górki i potem udał się na zachód, idąc za promieniami zachodzącego słońca.

– Z tej stromej górki? Bez nart jest to niemożliwe. Musiałbym się chyba z niej sturlać – ocenił zrezygnowany Kamil.

– Wskakuj na barana. Zabiorę cię na dół – zawołał entuzjastycznie misiek.

– We dwoje? Przecież ty jeszcze nie umiesz jeździć – wycedził Kamil.

– Mówiłeś, że nic sobie nie zrobię, co znaczy, że i tobie włos nie spadnie z głowy. Wskakuj, nie wymiękaj! – wykrzyknął pełną piersią schylając się dostatecznie nisko, aby Kamil mógł spokojnie wspiąć się na jego grzbiet.

– Z górki na pazurki – zawołał uradowany niedźwiedź, który dzięki nartom przeszedł prawie, że magiczną przemianę w sympatycznego misia.

Ruszyli. Nie jechali sami. Jako trzeci pasażer na gapę do zaprzęgu dołączył wiatr. Gnał z nimi ile miał sił w płucach. Kamil czuł się jak na rollercosterze. Nigdy tak szybko nie zjeżdżał na nartach. Za powalającą prędkość odpowiedzialna była oczywiście waga niedźwiedzia. Śnieg wyskakiwał im spod nart w zastraszająco szybkim tempie. Jakiś obserwator z boku mógłby pomyśleć, że ktoś spuścił z góry lawinę. Śnieżna kula nie miała zamiaru się zatrzymać. Kamil zaczął odmawiać pacierz.

Aż nagle jakby pasażer na gapę wysiadł. Przestało wiać. Górka przeszła w łagodną dolinę. Płaska gruba kołderka śniegu ich wyhamowała.  O dziwo przeżyli. Zatrzymali się tuż przed potężnym świerkiem.

– I jak tam? Jesteś cały? – zapytał wesoło niedźwiedź. Jemu najwyraźniej adrenalina dodawała humoru. Kamil dużo gorzej zniósł zjazd – może dlatego, że jako pasażer nie miał na nic wpływu i musiał zaufać niedźwiedziowi, który jeszcze niedawno groził mu śmiercią.

– Yhm tak – odburknął Kamil. – To gdzie mam teraz iść?

– No przecież mówiłem, że słońce wskaże ci drogę. Rozejrzyj się – odpowiedział niedźwiedź otrzepując od śniegu łapy i narty. Kamil spojrzał na zachodzące słońce.

– Została ci jakaś godzina jasnego. Pospiesz się – ponaglił niedźwiedź. Niestety zimą słońce wcześniej chodzi spać. Pomału zaczęło szykować się do snu. Pościeliło sobie posłanie z chmurek, które krążyły wokół niego. Na śniegu delikatnie zaczęły odbijać się cienie. Świat robił się biało – pomarańczowy. Kamilowi też zachciało się spać. Chętnie uciąłby sobie drzemkę na chmurzastym posłaniu. Ale jego podróż jeszcze się nie skończyła. Nie było czasu na odpoczynek. Stracił narty, ale zyskał życie. Bilans nie był najgorszy.

– Nie dziwię się już ludziom, że nie zapadają w sen zimowym, skoro mają narty – zawołał niedźwiedź.

– Niech ci dobrze służą – powiedział Kamil unosząc prawą rękę w górę w geście pożegnania. Niedźwiedź w odpowiedzi pomachał mu nartami.

I ruszyli. Każdy w przeciwną stronę. Każdy na swój sposób bogatszy po tym niespodziewanym spotkaniu. Kamil dziarskim krokiem szedł według wskazówek słońca. Dla pewności kontrolował kierunek kompasem, który podarował mu Pankracy. Rozglądał się na wszystkie strony w poszukiwaniu jakiegoś znaku, śladów na śniegu czy innej wskazówki, która pomogłaby mu wrócić do domu. Drogą, którą wędrował, nikt nie szedł od tygodni. Przed nim rozpościerały się zaspy metrowej długości. Co jakiś czas się w którąś zapadał. Podnosił się jednak mężnie i szedł dalej. Torował sobie drogę odgarniając śnieg rękami. Dobrze, że miał spodnie narciarskie. Nie było mu jednak do śmiechu. Drzewa rzucały coraz dłuższe cienie. Słońce prawie zamknęło oczy. Nie wiedział gdzie jest, nie wiedział czy jest na dobrej drodze, mógł tylko iść przed siebie. Zaczęła ogarniać go czarna rozpacz.

I kiedy tak szedł wzdłuż śnieżnej pustyni, usłyszał cichy szmer w oddali. Nie był jednak pewien czy od tej wszechogarniającej ciszy nie zaczęło mu szumieć w uszach. W miarę torowania szlaku, dźwięk wydawał się być coraz bardziej wyrazisty. Wybijał się na tle skrzypienia śniegu. Po chwili dostrzegł też blask, który przecinał ciemność.

Dojrzał w dali ognisko. Nie wiedział czy powinien podchodzić. Po doświadczeniu z niedźwiedziem miał doświadczenie, że w lesie mogą go spotkać różne rzeczy. Z drugiej jednak strony zwierzęta raczej nie rozpalały ognisk. – Do wczoraj myślałem też, że nie chadzają do knajp na pokera i że nie jeżdżą na nartach – odpowiedział sam sobie.

Obok ogniska stała postać z długimi włosami obrana w spłowiałą płócienną szatę z kapturem. Kamil nie był pewny czy to kobieta, czy mężczyzna, a może demon?

– Yhm … dobry wieczór – wybąkał chłopak.

Postać powoli odwróciła się ukazując pełną zmarszczek zbutwiałą starą twarz. To była kobieta. Prawdziwa wiedźma.

– Ładnie to tak zakradać się na paluszkach i nachodzić niewiastę od tyłu w taką noc jak dzisiejsza? – zapytała stara kobieta zaglądając mu prosto w oczy, jakby chciała siłą swojego spojrzenia wyłowić z nich źrenice.

– Przepraszam. To faktycznie niegrzeczne z mojej strony – odparł zakłopotany i zlękniony Kamil.

Nic nie odpowiedziała na jego przeprosiny. Chwyciła kij, który służył jej za pogrzebacz i zaczęła nim grzebać w palenisku. Na inne kije, które leżały podparte o misterną konstrukcję z kamieni, nabite były jabłka. Na ten widok Kamil uświadomił sobie jak bardzo jest głodny. Zjadłby konia z kopytami! Albo chociaż jabłko. Chociaż jeśli dobrze pamięta bajki, które mama czytała mu do snu, jabłka w bajkach zwykle są zatrute. Nawet jabłko w biblii takie było. – Chyba nie ma co ryzykować. Ale jak wytrzymam bez jedzenia? Nigdy jeszcze tak długo nie głodowałem – użalał się nad sobą.

Na domiar złego, wokół ogniska rozchodził się cudowny zapach cynamonu. Wiedźma widocznie doprawiała jabłka tą aromatyczną przyprawą, która przypominała mu smak płatków Cini Minis.

– Proszę. Poczęstuj się – zaskrzeczała wiedźma. Nie po raz pierwszy dziś miał wrażenie, że inni potrafią czytać w jego myślach.

– Nie jestem głodny – skłamał odruchowo.

– Jak to? Przecież widzę, jak ci ślinka cieknie. Spróbuj. Jest słodziutkie – kusiła, uśmiechając się szaleńczo.

Kamil pomyślał, że jest koszmarnie głodny, że nie wytrzyma. Przecież to tylko jabłko. Dlaczego miałaby go otruć?

Wtem przypomniał sobie słowa Pankracego. Musisz poznać swoje słabości, żeby osiągnąć sukces. Musisz  przekuć je na zalety.

Przypomniał sobie też wszystkie bajki, w których czarownice miały złe intencje i lubiły pałaszować małe dzieci. Brr! Musi być silny.

– Nie, dziękuję – odpowiedział hardo.

– To nie – czarownica wydawała się nie przejmować jego odmową i ostentacyjnie pochłonęła kolejne jabłko, oblizując wielkim jęzorem usta.

Ruszył więc dalej niechętnie oddalając się od ciepła buchającego z ogniska. Na szczęście wiedźma nie próbowała go zatrzymać. Była zbyt zajęta pieczeniem jabłek. Musiały być naprawdę pyszne.

– Może myśli, że i tak zginę tej nocy w tym ciemnym lesie, więc na jutro będzie miała nową zakąskę – na samą myśl o tym ugięły się pod nim kolana.

Było ciemno. Korony drzew zakrywały gwiazdy. Miał wrażenie, że jest w wielkiej, szczelnej hali, w której ktoś zgasił światło. W lesie słyszał różne zwierzęta: prychanie dzików, szelest lisów, pozdrawiające się z różnych zakątków lasu sowy. Kamil nie myślał już o niczym. Liczył się tylko kolejny krok, który musiał wykonać. Powoli badał teren stopą, żeby nie wpaść do jakiejś dziury, nie zahaczyć się o korzeń, nie poślizgnąć się na zlodowaciałym podłożu. Gdyby nie fakt, że rozładowała mu się bateria w telefonie, użyłby go jako latarki. Ale za to bez pomocy komórki wyostrzyły mu się zmysły.

W pewnym momencie drzewa zaczęły się przerzedzać. Pojawiły się gwiazdy. I księżyc! Pod księżycem wisiała gwiazdka – wyglądała jak flaga Turcji,  którą oglądali z mamą w atlasie geograficznym.

– No to jestem na polanie, przynajmniej coś widać – ucieszył się. Jednak po chwili mina zaczęła mu rzednąć. Jakieś sto metrów przed sobą zobaczył wielką górę. Przypominała Bukę z Muminków. Wiało od niej takim samym chłodem. Przeszedł go dreszcz strachu.

Przez to, że wcześniej jej nie widział, odniósł wrażenie, że góra, na którą podejście znajdowało się na końcu doliny, dosłownie urosła przed nim. Mimo strachu, zaczął iść w jej stronę. Czuł się jak robot, od którego emocje odbijają się jak piłeczki ping-pongowe. Przynajmniej na polanie nie było już słychać zwierząt. Zostały w lesie.

– Gdybym jeszcze był pewien, że po drugiej stronie góry znajduje się stok. A ja już nic nie pamiętam. Kompletnie straciłem orientację – zamartwiał się.

– Ale z drugiej strony w tak mroźną noc jak ta lepiej posuwać się do przodu, niż zostać w jednym miejscu, co mogłoby skutkować zamarznięciem. A przecież w drugą stronę nie pójdę, jeśli już gdzieś czeka na mnie ratunek, to za tą górą – czuł, że również intuicja podpowiada mu, aby wybrał górę.

Wybrał więc. Niestety im wyżej wchodził, tym chłodniej się robiło. Do tego dochodził wiatr, przed którym nie chroniły go już konary drzew. Wiatr smagał go jak biczem, wyciągał mu szal spod kurtki, a w krytycznej chwili porwał czapkę. Został mu tylko kaptur, pod którym wiatr mógł szarżować bez przeszkód.

Góra wyglądała groźnie. Jakby chciała go przegonić z niegościnnych pagórków. Wspinał się ostrożnie, momentami na czworakach, żeby lepiej zachować równowagę na stromiznach. Mimo to parę razy się poślizgnął. Napływ adrenaliny podziałał na niego energetyzująco – rozgrzał się.

Z daleko dostrzegł małą łunę, która dochodziła z przeciwległego stoku góry. To był przecież Jankulakowski Wierch! Z daleka dostrzegł narciarzy, którzy wybrali się na nocne jazdy. Chyba nigdy tak bardzo nie cieszył się na widok innych ludzi! Miał już dość wiedźm, gadających zwierząt i niedźwiedzi – narciarzy.

Kiedy znalazł się już na grani, tuż przy stoku, podjechała do niego jakaś narciarka, która jak dobra wróżka, zapytała, czy czasem się nie zgubił.

– Znów ktoś czyta w moich myślach – uśmiechnął się radośnie.

Jednak panią narciarkę coś musiało zaniepokoić w jego uśmiechu, bo chwyciła go szybko za rękę i wypiąwszy narty zaprowadziła do kolejki. Zjechali razem na dół, a on opowiedział jej przygoda po przygodzie cały dzień.

Kiedy wreszcie znaleźli się na dole, nadal trzymając się za ręce, poszli w stronę kas.

– Chłopiec majaczy. Mówi od rzeczy. Zgubił rodziców – wyrzucała z siebie rozemocjonowana narciarka.

– Nieprawda! To wszystko prawda – oburzył się Kamil.

Kasjerka spojrzała na niego zza lady. Na okaz zdrowia nie wyglądał: blady, z zamarzniętymi smarkami pod nosem, załzawionymi oczami. Wtem przypomniała sobie co mówiła kasjerka z porannej zmiany.

– Chłopiec się zgubił na stoku. Cały dzień go szukamy. Patrole TOPR – u wyruszyły na poszukiwania w okoliczne lasy. Jak długo tu pracuję, dwadzieścia lat, nigdy mi się nie przydarzyła tak tragiczna sytuacja, żeby dziecko się na stoku zgubiło i nie znalazło – opowiadała prawie, że płacząc.

– Pamiętasz numer do rodziców? – zapytała kasjerka, która chyba nie dostrzegała powagi sytuacji, bo podeszła do sprawy ze stoickim spokojem.

– Proszę pani! Trzeba dzwonić po pogotowie, to dziecko ma odmrożony nos! – poganiała Dobra Wróżka.

Faktycznie nos Kamila wyglądał niczym czerwony guzik u bałwana.

Kamil w sumie nie pamięta co było dalej. Jak tylko znalazł się w karetce, zasnął i spał tak trzy dni. Rodzice myśleli, że zapadł w prawdziwy sen zimowy. Na szczęście, kiedy się w końcu wybudził, rodzice czuwali przy jego łóżku.

– Mama! Tata! – wykrzyknął uradowany.

– Synku, wszędzie cię szukaliśmy – przekrzykiwali jeden drugiego.

– Ja was też! – powiedział delikatnie się uśmiechając. Nadal był bardzo zmęczony. Zauważył, że ma wkuty do ręki wenflon, przez który wtacza się do jego ciała jakaś dziwna substancja.

– Byłeś poważnie przemarznięty synu. Tak naprawdę to znajdowałeś się w stanie hipotermii. Temperatura twojego ciała wynosiła 35,2 stopnia Celsjusza  – powiedział zatroskany ojciec.

– Na szczęście jednak nie odmroziłeś sobie niczego poważnie. Baliśmy się, że stracisz palec u ręki – dodała strapiona mama.

– Ale ja nic takiego nie czułem – próbował odtworzyć sobie wydarzenia poprzedzające odnalezienie stoku.

– W stanie hipotermii tracimy zdolność logicznej oceny sytuacji. Nie zdawałaś sobie sprawy co się z tobą dzieje. To cud, że starczyło ci sił, żeby dotrzeć na stok w takim stanie – powiedział tata chwytając jego dłoń w swoją.

– Pankracy mówił, że muszę poznać swoje słabości, żeby osiągnąć sukces. Muszę  przekuć je na zalety – wyrecytował motto, które odtąd miało prowadzić go całe życie.

– Kim jest Pankracy? Czy porwał cię? Zamknął gdzieś? – wykrzyknęła spanikowana mama, która pomyślała chyba, że Pankracy był przestępcą.

– Pankracy to papuga. Mamo! – oburzył się Kamil.

– Co ty mówisz kochanie? – przestraszyła się mama.

– On chyba nadal jest w hipotermii – orzekł tata.

– Ale to jest stuprocentowa prawda – powiedział podniesionym z emocji głosem Kamil.

– Może jeszcze się prześpij, co? – zasugerowała mama.

– Nie będę więcej spał, a wy musicie mnie wysłuchać – odparował.

– Mów zatem, synu – powiedział tata.

– Otóż jechałem za wami, ale skupiając się zbyt mocno na technice jazdy, nie zwróciłem uwagi …

Bardzo długo zajęło Kamilowi przekonanie rodziców, że to co mówi jest prawdą. Niestety nie był przekonany, że w pełni mu uwierzyli. Miał wrażenie, że rodzice nie byli w stanie zrozumieć pewnych rzeczy. Jakby stając się dorosłymi bezpowrotnie stracili klucze do świata magii. Po skończonej opowieści przyszedł czas na bolesną prawdę.

– Przegapiłem eliminacje – zasępił się.

– Co nas nie zabije, to nas wzmocni – pocieszyła mama.

– Synu droga do sukcesów jest długa i kręta. Nie można się poddawać. Trzeba wierzyć w siebie, nawet mimo przeciwności losu i porażek. Wykazałeś się niesamowitym męstwem nie poddając się. Udało ci się odnaleźć drogę z powrotem. To najważniejsze. To twój ogromny sukces – powiedział tata patrząc mu prosto w oczy i kiwając z uznaniem głową.

– Zobaczysz, kiedyś będziesz mistrzem olimpijskim – powiedziała mama puszczając do niego oko.

– Tylko musicie mi kupić nowe narty, bo nie mam ochoty szukać niedźwiedzia – zażartował, choć w słowach tych kryło się wiele prawdy.

Kamil nie poddał się i po przygodzie w magicznym lesie, jeszcze wytrwalej zaczął trenować jazdę na nartach. Po pół roku odbyły się kolejne eliminacje, na które tym razem zdążył i zakwalifikował się do drużyny. To był dzień wielkiej radości. Mama upiekła ciasto marchewkowe, a tata wręczył mu specjalne narty do skoków.

 Od czasu pamiętnej przygody, zawsze jeżdżąc po lesie uważał, żeby się nie zagapić i nie zgubić przypadkiem. Mimo że perypetie w magicznym lesie wspominał z sentymentem, wolał całą swoją energię skupić na spełnieniu wyśnionego marzenia – zdobyciu medalu olimpijskiego. Czy mu się udało? Sami dobrze wiecie…

Reklamy