Ja mam przeszło osiemdziesiąt lat. Pan młody, niby dużo czasu, ale nie zna się przecież ani dnia, ani godziny.

Wierzy pan? To jest najważniejsze modlić się i pracować. Bo z modlenia trafia się do nieba, a z pracy godnie się żyje.

Mąż już trzy lata nie żyje. Leśnik tutaj w okolicy.

I zrobiłam mój pomnik mężowi. Taki czarny, z czarnego granitu. „Darz bór”, napisałam złotym literami. I takie rynienki po boku mu zamówiłam, żeby nie mókł na deszczu.

Przeszło sześćdziesiąt lat z nim razem przeżywaliśmy. Do kościoła chodził, gospodarstwa zawsze dopilnował.

Jaka to stacja? Kamionki czy ta sezonowa, nad jeziorem? Już za Wąbrzeźnem. Jeszcze przed? Bo ja do Iławy jestem. Jadę do córki. Do Iławy, proszę pana. Proszę pana, pomyliłam się ja, stara. Tak, do Torunia jadę, a z Iławy jestem. Do Torunia, do córki.

A co tam pan podpija? Pepsi? Nie wolno, bo to jehowce robią. Tak, jehowce. Ksiądz raz przyszedł, to pepsi na stół wyciągam. A on do mnie: „To jehowce w Ameryce robią”. Schowałam.

Bo ja, proszę pana, nikogo nie skrzywdziłam. Raz kotowi nie dałam mleka pod wieczór, bo mi nabroił w dzień. I pan wie co? Uciekł, tyle go widziałam. Cały dzień wystawałam i „kici-kici” tu i „kici-kici” tam, a on nic, jakby się pod ziemię zapadł. Obraził się, a łowny był.

Nikogo nie skrzywdziłam.

A gdy będziemy już w Europie, każą wszystkim starym przechodzić na czerwonym świetle. Zabiją nas. Co do jednego. Żadna wojna i żadna okupacja nas nie ruszyła. A moje pokolenie wygrało wojnę. Całe Podlasie to będzie las. I panowie z Holandii, z Niemiec, z Danii będą przyjeżdżać na polowanie, a z nas ciury zrobią.

Mój mąż lubił, Kazimierz, tego kota.

I kiedyś Kazio do mnie przyszedł z moim bratem. Jakieś pół roku temu. Wszedł tak zwyczajnie przez drzwi. Nie pamiętam, jak wyszedł. Może usnęłam, jak mówiłam koronkę ze strachu. Tak, przyszedł.

Czasami rozmawiam z nim we śnie, a tak naprawdę do siebie mówię, ale jakby do niego. Do sąsiadki nie przyszedł zmarły mąż. Widać niegodna.

Do mnie przyszedł i nie miałam, o czym z nim rozmawiać. Bałam się. Poza tym długo ze sobą byłam, a nie z nim.

Jak on tego Mietka tam małego znalazł w niebie? I jak go przyprowadził? Tego nie wiem. Przecież go nie znał. Ze zdjęcia może.

Bo on zmarł, jak ja miałam dziewięć lat, on siedem. Na dyfteryt. Wtedy się na to umierało. Pół wsi za małym płakało, mój ojciec, a to dopiero był prawdziwy pan. Miał gospodarstwo, kury i krowy, i parobków, i stajnie z końmi.

Umarł brat.

I w krzaku była taka dziura, ja pamiętam, tam się bawiliśmy.

I ja patrzę, a tu od drzwi rozlega się puk puk i on staje w drzwiach z czapkę na głowie. Przecież tatko mu tę czapkę zdjął i położył na piersiach do trumny.

I mówi do mnie brat: „Nie bój się”, a ja się bałam i ze strachu popłakałam.

Poszedł sobie i nie wrócił. Na tym śmierć chyba polega, że się nie wraca. Nie lubię, jak wracają.

Jak brat najmłodszy przyszedł z moim mężem, weszli drzwiami, a ja tylko sobie taką malutką dziurkę w kołdrze zrobiłam i przez nią oddychałam. Bałam się i koronkę z tego strachu zmówiłam do Bozi.

Wierzy pan? Niech wierzy, wiara dodaje sił. Zdrowia też, ja kaleka od długiego czasu.

Cud, że żyję, mówię. Rentę mam czterysta złotych, do tego jeszcze zbowidowska emerytura po mężu. Trzy lata nie ma go, jeszcze na czarno chodzę, leśnikiem był.

Bo on walczył bohatersko o obronę Warszawy i pod Berlinem też. W obozie jenieckim był cztery lata za AK.

Przed śmiercią mówił: „Reniu, porozmawiaj ze mną”. A ja na to: „To może koronkę do Najświętszego Serca Matki Boskiej zmówimy razem jak zawsze”.

Powiedział z całej dwa słowa.

I ten mason, diabeł z dołu. Zna go pan, zna na pewno, bo bez czci i wiary taki.

On nauczył się palić moje ciało przez sufit. Mojej jednej wnuczce wysechł od tego szpik i trzeba było kupić jej nowy. On teraz suszy moją krew i moje ciało. Palce mi drętwieją.

Mówią, że od butów albo od kawy, taką lubię z kożuszkiem. Albo że noga za wysoko podniesiona, od siedzenia. Ale nie, to on mnie smaży.

Może jego ciało po śmierci się zapali, tak powiedziała spod dwunastki taka miła dziewczyna.

Od czego jest mało krwi? Więcej pietruszki, żelaza? Fasola? Bo mam mało krwi, mówią.

Ja ich nie uważam.

To od czego nadciśnienie, jak mam mało krwi? U mnie w domu sami lekarze kiedyś byli. Teraz sama zostałam, sama samiutka.

I siostra moja, co jest umarta ostatniego dnia wojny. Nie wiadomo jak, bo przyszli żołnierze i ją wzięli i zabili. I ona przyszła do mnie i powiedziała po imieniu, „Regino, chodź do mnie”.

Nie wiedziałam, co powiedzieć.

Córka wiedziałaby, bo spytałaby: „A dokąd mam iść, do nieba czy do piekła?”

Ale tak później mówiła, a ja już wtedy nie wiedziałam, płakałam cały czas i nie chciałam umierać. Bo zdrowa byłam.

A ona, ta jego żona bezbożnica i masonka z dołu, mówi: „Zabij ją, zabij starą, święty spokój będzie”.

I ja do niego pukam i mówię: „Czego chcesz od takiej starej? Jej duszy chcesz starej i pomiętej? Czego chcesz, szatanie?”

A on się tylko śmieje i palcem czoło pokazuje. Pogotowiem i szpitalem grozi. A ja zdrowa jestem, tylko palce mnie pieką, tylko ręka czasami drętwieje, ale to od tego ognia, co na mnie zsyła ten ateusz bezbożnik. Co się dorobił na mojej szkodzie, na szkodzie emerytów i chorych.

I rezerwy złota w Londynie, w gazetach pisali. Wzięli je komuchy do Szwajcarii, a stamtąd je wzięła Gierkowa. Nie ma nic pieniędzy i nie ma pracy w kraju.

Ja w Boga wierzę. Bozia jest dobra, starej nie skrzywdzi. Wszystko mi zabrała, od nikogo nie potrzebuję pomocy.

Mam emeryturę zbowidowską po mężu leśniku, bo on leśnikiem był pod Mrągowem, i ja tę jego emeryturę mam. Tysiąc czterysta razem będzie. Jeszcze trzynaście tysięcy odłożone miałam i je oddałam córkom.

Po co starej pieniądze?

Już szyję sobie czarne ubranie. Góra taka jak to tutaj ubranie, dół dorobię. Jak uszyję, to umrę.

Mieszkam w klatce schodowej. Bałam się, że się będzie na wietrze kolebało szóste piętro, ze się zawali w końcu. I winda tam jest, więc wygodniej. Nie trzeba wody nosić ani węglem palić w westfalce.

Ale ten sąsiad, łobuz z dołu, on chce złego. Aż sobie trzymam na szyi różaniec święty i czasami koronkę przed jego mieszkaniem zmówię. Na odkupienie.

Raz zapomniałam, on zdjął różaniec z klamki i później na mnie skrzyczał, biedną babcię, że zaśmiecam mu klatkę. Bezbożnik.

Już Papowo, a Książki były? Dawno?

I ja poszłam do spółdzielni. Tam mi powiedziały, że nic nie mogą zrobić, żadnego prawa nie mam. Potem do prezesa, a on taki sam jak ten mason bezbożny.

Zna go pan, pan nie udaje.

Nachapał się, byleby dla siebie więcej w swoją stronę, i tylko rękami zamachał, że nic zrobić nie może.

Znowu swędzi udo, to on idzie za mną. Dlatego wzięłam wszystkie rzeczy i jadę do córki, do Torunia.

Dałam jej siedemnaście tysięcy na dom. Po co starej aż tyle pieniędzy? Na zmarnowanie? Bo to po jej ojcu leśniku było, zostało. I jeszcze z tej renty zbowidowskiej, co ją po mężu mam za obronę Warszawy.

I krzyż dostał walecznych. Mam go tu przy sobie, ale nie wyciągnę, bo zaraz Papowo będzie, a później Wschodni, a ja na Mieście wysiądę. Stąd tramwajem do końca. Mam wszystkie jego wojenne ordery w torbie.

Albo jak zadzwoniłam do starszej córki tej z Torunia. „Wiesz, Teresa wróciła, moja siostra z wojny”.

Ja się bałam spać w pokoju, bo on mnie prześladował i smażył przez sufit. Więc na balkonie przykryta kocem spałam.

I wtedy ona przyszła i powiedziała: „Chodź ze mną”.

A ja nie spytałam dokąd.

 

Reklamy