Musiała uciec z centrum. Od romantycznych mostów, wąskich uliczek, par przechadzających się zimowym nabrzeżem częściowo zamarzniętej Ljublianicy oraz tych wszystkich knajpowych ogródków wypełnionych ludźmi i gwarem nawet w lutym.

Skulona pod parasolem, brodząc w patchworku z kałuż i pośniegowej brei, ocknęła się przy parku Tivoli. Każdy przewodnik rozpływał się nad nim w zachwytach, jednak turyści rzadko zaglądali tutaj zimą. O tej porze roku nie było czego podziwiać.

Zala stanęła na środku jednej z odśnieżonych alejek, wśród łysych drzew oraz zasp z błota. Wzięła głęboki wdech, zaciągając się zapachem mokrej gleby. Przywoływał na myśl tamto popołudnie, grudki ziemi na trumnie i dużo większy gruzeł ulokowany w przełyku. Zamknęła parasol i opadła na jedną z ławek, nie bacząc na warstwę topniejącego śniegu oraz na coraz większe krople szturmujące jej kurtkę.

Ile razy chodzili tutaj za rękę? Podniosła głowę i, połykając łzy, usiłowała wypatrzeć jakiś podnoszący na duchu widok w mlecznej aurze parku. Poskręcane gałęzie wyglądały jakby odgrażały jej się zmarzniętymi pięściami, z ławek ściekały strugi szarej papki, która jeszcze wczoraj była białym puchem.

To były jej pierwsze, samotne walentynki.

Na śniegu nieopodal grupa wron i kruków pastwiła się nad resztkami wybebeszonego gołębia, podnosząc przy tym okropną wrzawę. Ich krakanie niosło się echem po parku i osiadało na konarach drzew.

„Moje serce jest jak ten gołąb” – pomyślała Zala, w złości ciskając w grupę ptaszysk sporą śnieżkę.

Dopiero przy czwartej ptaki w końcu poderwały się do lotu, opadając chwilę później na pobliskie gałęzie. Czekały aż sobie pójdzie.

Zala wstała, wyjęła z torebki worek śniadaniowy i pod czujnym spojrzeniem kruczej gawiedzi zgarnęła do niego resztki gołębia.

            – Parszywce! – wrzasnęła do ptaków. Rzuciła kolejną śnieżkę w stronę drzew i, wrzuciwszy zwłoki do pobliskiego śmietnika, ruszyła niemrawo przed siebie.

Podbródek drżał tak, że musiała zacisnąć szczęki. Krążyła bez celu zawiłymi alejkami tak długo, aż zaczęły boleć ją nogi, a kurtka i buty przemokły.

Nie zauważyła, kiedy zapaliły się latarnie, nadając śniegowi nieprzyjemny, żółty odcień.

Co chwilę potykała się o kolejną, rozmoczoną hałdę. Przesiąkła wilgocią i deszczem, który zdawała się mieć także w oczach i który zasłaniał pole widzenia. Roztapiał śnieg i Zala miała wrażenie, że wraz ze śniegiem topnieje cały park.

„Zaraz deszcz zmyje park Tivoli z mapy Lublany” – pomyślała i poczuła ulgę.

„Skoro zniknie park, zniknę może też ja i ten cholerny ból?”

Mijała właśnie plac zabaw, kiedy go usłyszała. Odgłos podobny do tego, który wydobywał się z jej piersi na pogrzebie. Uniwersalny krzyk rozpaczy. Przystanęła, otarła łzy i zasłoniła twarz przed deszczem. Zrobiła z dłoni daszek i próbowała odnaleźć wzrokiem  źródło dźwięku za żółto mleczną mgłą.

Znowu to usłyszała. Graniczące z jękiem wycie dochodzące z drewnianego domku koło drabinek. Zrobiła kilka kroków, brodząc w sięgającej do kolan brei.

– Halo! – zawołała. – Jest tu ktoś? – Podeszła do drabinek.

Głos na chwilę ucichł. Zala zamarła i na moment przestała oddychać. Powrócił do niej obraz skurczonej bólem twarzy Luki, leżącego na szpitalnym łóżku.

Przez jedną, bardzo krótką chwilę wydało jej się, że wcale nie umarł i że zaraz go znajdzie w małym, drewnianym domku na placu zabaw. Zacisnęła powieki, a potem je otworzyła i zajrzała do środka.

Przywitały ją przerażone oczy. Chudy kundel, przywiązany do jednej z belek domku, zaskomlał na jej widok.

– Piesku! – przykucnęła. Lepiąca się od deszczu sierść uwydatniała wystające żebra. – Piesku! – Przysunęła do niego dłoń, ale zwierzak skulił się w sobie i przywarł do tylnej ścianki domku.

– Pieseczku – Zala zaczęła płakać. – Kto ci to zrobił? Co za ohydny, parszywy świat! – Wczołgała się do środka i odwiązała smycz.

Kundelek nie poruszył się.

– Nie bój się – Dziewczyna ponownie wyciągnęła dłoń i pogłaskała psa. Miał śliczny, podłużny pyszczek i wzrok nieprzytomny ze strachu. – Nie bój się – zaczęła szeptać – nie zrobię ci krzywdy. – Ciepły nos musnął  w końcu jej dłoń.

– Ciebie też ktoś zostawił? –  Objęła wychudzone psisko i przyciągnęła do siebie. – Co za drań cię tak urządził? – Wzięła go na ręce. Miała wrażenie, że nie waży więcej niż tamten rozdziobany gołąb. Ciepłe, mokre ciałko trzęsło się jej na rękach, kiedy wyciągała psa z dziecięcego domku.

– Co za okropny, parszywy świat – zawołała, wstając. – Pierdolony, niesprawiedliwy świat! – Wróciła na ścieżkę, minęła ławkę, na której chwilę wcześniej siedziała, minęła stado pastwiących się nad czymś innym kruków. Biegła przez mokry park Tivoli i czuła pod sercem garnące się do niej ciepło. Ciepło, jakiego nie czuła już od bardzo dawna. Znowu zaczęła płakać. Mgła z każdym krokiem była jakby lżejsza, światło latarni mniej żółte i chyba nawet przestało padać.

Zala wybiegła z parku i otworzyła drzwi pierwszej z brzegu taksówki.

– Do najbliższego weterynarza – poinformowała kierowcę.

– Gdzie mi pani tutaj z tym psem! – zaprotestował.

– Do weterynarza! – Determinacja w głosie zdziwiła ją samą. Taksówkarz uniósł brwi, obejrzał wtulone w nią zwierzę i odpalił silnik.

– Będzie żył? – zapytał po chwili.

– Jemu nie pozwolę umrzeć – wyszeptała i po raz pierwszy od śmierci Luki uśmiechnęła się.

– Znowu mam kogo kochać – powiedziała do oklapniętego uszka.

– Słucham? – Kierowca spojrzał na nią przez ramię.

 – Wszystko będzie dobrze. – Pogłaskała mokre futro, czując na dłoni ciepło psiego języka.

Reklamy