Tej krwi nie byłoby tutaj, gdybym wtedy nie skłamała.

*

– Nie wiem gdzie to jest – powiedziałam to tak pewnie, jakbym chciała przekonać do  kłamstwa samą siebie. Stąpałam po kruchym lodzie, a mimo to nie drgnęła mi powieka. Jesteś słaby, udawaj silnego. Patrzyłam prosto i dumnie na niego, starając się kompletnie nie zwracać uwagi na bliznę po zajęczej wardze, która nadawała twarzy demoniczny wygląd.

Nie spytał o nic więcej. Ten drugi był niższy i krępy, z grubym, czarnym i wypielęgnowanym  wąsem. Wyglądał jak fryzjer z minionej epoki. Zbliżył się do mnie, zamachnął, ale nie zadał ciosu. Powstrzymał go elegancko ubrany mężczyzna z blizną.

– Zostaw  – powiedział spokojnie.  – Zostaw. Ona nie kłamie.

I wyszli.

Nie wiem, dlaczego mi uwierzył. A może to była tylko taka gra. Może po prostu zamierzał mnie sprawdzić. Wrócić po jakimś czasie i ukarać. Wtedy, niewykluczone, sam uderzyłby mnie w twarz.

Musiałam mieć się na baczności. Mogłam być śledzona. Każdy mój ruch mógł być od teraz na podglądzie. Albo był już od dawna. Oczywiście starałam się uspokoić, a jednocześnie panika czaiła się do skoku na wszystkie moje myśli i każdy ruch. „Rób swoje” powtarzałam, chociaż miałam ochotę wygrzebać ukryty pakunek i spieprzać daleko stąd. Jedno tylko mnie powstrzymywało. Za progiem pewnie wpadłabym na gościa z blizną.

Do wieczora nie mam prawa się stąd ruszyć. Nie mam prawa do żadnego nieprzemyślanego ruchu.

Zachowaj spokój. Tylko zachowaj spokój.

Wiem, to brzmi jak porady psychologa z gminnej przychodni.

I tak samo działa.

 

*

 

– Przecież nie jesteś sama – stwierdził Jacek. – Nie bój się. Pomożemy ci. Zawsze trzymamy się razem, nie?

Mirek milcząco potakiwał głową.

– Gdzie to jest? – spytałam pełna obaw. Ich prośby, zamiast mnie uspokoić, potęgowały lęk. Miałam dziecko. Co z tego, że nastoletnie. To jednak wciąż dziecko. Michał spał teraz cicho w pokoju obok. Księżyc zaglądał i do niego, i do kuchni, w której siedzieliśmy.

Jacek wyjął z torby niewielki pakunek i położył go przede mną na stole.  Paczka jak magnes ściągnęła nasz wzrok.

– Siostra, pomóż nam – Mirek, mój młodszy brat, wreszcie przemówił. Drżał mu głos. – Wkrótce się od tego uwolnimy. Wszyscy.

– Jak długo? – spytałam.

– Co, jak długo?

– Jak długo mam to przechować?

Cisza.

Mirek spojrzał na starszego brata.

– Jacek, jak długo?

– Depczą nam po piętach. Dasz radę do jutra? – najstarszy z naszej trójki przygryzł dolną wargę. – Wpadnę po to najdalej jutro wieczorem. Będę sam. Nie bój się.  – dodał. – Nikt nas nie śledził. Jesteś czysta.

Pokiwałam przecząco głową.

– Po co nam te pieniądze? – spytałam. – Nie kupimy za nie spokoju i nie wymażemy z pamięci tego, co się stało.

Cisza nieznośnie zaczęła brzęczeć w uszach.

– Wpadnę jutro – Jacek dał znać Mirkowi i obaj zniknęli za drzwiami. – Do zobaczenia.

Niestety, następnego dnia wieczorem nie było ani Jacka, ani Mirka. Martwiłam się. Przeczuwając kłopoty, wysłałam Michała do babci na Psie Pole. Uznałam, że tam będzie bezpieczny.

Wyjęłam pakunek zza meblościanki, ale bałam się go otworzyć. Nie był duży, ale teraz ciążył mi w dłoni. Palcami wyczuwałam to, co się w nim znajdowało. Niby zwyczajny papier. Równo docięty plik kilku, może kilkunastu kartoników, które jednak budziły lęk i na nowo otwierały drzwi do świata, o którym nigdy nie będę mogła zapomnieć. Sięgając do pętelki z szarego sznurka zauważyłam, że drżały mi ręce. Wiedziałam, że to, co tam zobaczę, dobije mnie. Nie chciałam znowu przez to przechodzić, a jednocześnie coś kazało mi rozszarpać brązowy, śliski papier.

Zdjęcia rozsypały się na dywanie.

Minęło tyle lat, a ja wciąż nie byłam przygotowana na to, co prezentowały. Rozpadłam się na tysiąc drobnych kawałków.

Wybiegłam do łazienki i zwymiotowałam.

Dorośli nie mogą być tak okrutni dla dzieci. Ta trywialna myśl przemknęła mi przez głowę, jakbym chciała wyprzeć to, co nas spotkało w bidulu.

Trafiliśmy tam po śmiertelnym wypadku obojga rodziców. Ich samochód rozbił się o przydrożne drzewo na  trasie dojazdowej z Oleśnicy. Nienawidziłam tego drzewa. Nienawidziłam rodziców za to, że wsiedli tamtego dnia do samochodu. Zupełnie jakby to oni byli temu winni, a nie dziecko, które wybiegło na drogę. Nienawidziłam świata, który swobodnie kręcił się wokół słońca, kiedy mnie i moich braci ksiądz Marek zabierał na wycieczki do pokrytego eternitem małego domku na wsi. A tam po kolei ściągał nam wszystkie ciuchy. Potem rozbierał się sam.

Chciałabym mieć w pamięci czarną dziurę, ale zamiast niej obrazy zła wracały. Były wyraziste, ale nie jak koszmarny sen. Złe sny, mają to do siebie, że kończą się nad ranem. Z tego koszmaru, zapachu wilgoci w wiejskim domku, Chrystusa wiszącego w złotych ramach na ścianie i dotyku zimnych rąk księdza nigdy się nie wybudziłam. Obraz palca złożonego na jego wąskich, sinawych ustach i szeptana prośba o milczenie, kiedy zapinał spodnie, już na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Nie mogłam patrzeć na zdjęcia, które przedstawiały nagiego księdza i trójkę dzieci. Złożyłam je, owinęłam papierem i położyłam na stole.

Kiedy usłyszałam pukanie, odruchowo schowałam pakunek pod poduszką leżącą na sofie. To pewnie Jacek, pomyślałam ocierając łzy.

Przekręciłam zamek i uchyliłam drzwi.

Zamiast brata zobaczyłam mężczyznę z blizną po zajęczej wardze i jego krępego  kompana z wąsem. Bałam się, a jednocześnie coś, sama nie wiem co, dawało mi siłę. Weszli do mieszkania. Elegant zapytał o paczkę. Skłamałam, że nie wiem, gdzie ona jest. A wtedy stał się cud.

Wyszli.

Tak zwyczajnie, jakby trafili tu przez pomyłkę.

Czułam, że coś tu nie gra. Odczekałam do wieczora, zabijając czas i obrazy z przeszłości porządkami w mieszkaniu. Musiałam się czymś zająć. Ze starego radia dochodziła piosenka Jacka Kaczmarskiego, który właśnie dziś zmarł. Mury runą, pomyślałam wsłuchując się w refren. Może kiedyś runą. Ale jeszcze nie teraz.

Kiedy nie pojawił się ani Jacek, ani Mirek, wyszłam z domu. Z zawiniątkiem umieszczonym za paskiem spodni na plecach szłam w kierunku przystanku tramwajowego. Musiałam dostać się na dworzec PKP. Po drodze przystawałam przy witrynach sklepowych i plakatach zachęcających do głosowania w pierwszych polskich wyborach do europarlamentu. Próbowałam się zorientować, czy nikt mnie nie śledzi. Dojechałam na miejsce z przekonaniem, że jeśli nawet miałam ogon, to udało mi się go zgubić lawirując po starówce.

Mały domek Jacka w Długołęce przypominał tamten dom na wsi. Jacek mieszkał w nim sam. Okna były ciemne, żadnego światła.

Zapukałam lekko. Odczekałam chwilę, ale nikt nie otwierał. Wreszcie nacisnęłam klamkę a drzwi ustąpiły z lekkim skrzypieniem. Pomyślałam, że to powinien być dla mnie sygnał ostrzegawczy.

W pomieszczeniu było ciemno. Zrobiłam krok do przodu i chciałam włączyć światło, ale niemal natychmiast porwały mnie silne ręce. Nie mogłam nic zrobić. Szamotałam się i krzyczałam, ale mężczyzna trzymał mnie w stalowym uścisku. Nagle rzucił mną o podłogę. Kiedy zwijałam się z bólu, szybko mnie podniósł i uderzył dwukrotnie. Raz w twarz, raz w brzuch. Powietrze uszło ze świstem z moich płuc. Próbowałam oddychać, ale  jak ryba wyciągnięta z wody poruszałam jedynie ustami. Świat zachodził mgłą. Kątem oka widziałam drugą postać. W płaszczu i garniturze. To musiał być ten z blizną.

Wreszcie wciągnęłam łyk powietrza. Wąsaty znowu podniósł mnie i przytrzymał, bo nogi miałam jak z gumy.

– Gdzie… to… jest…? – słowa wypowiadał wolno i wprost do mojego ucha. Z trudem próbował się opanować.

Gdy zbyt długo milczałam, znowu uderzył mnie w twarz. Obróciło mnie i upadłam. Pakunek, który do tej pory tkwił  za paskiem spodni, wypadł na podłogę.

Walcząc z bólem próbowałam się odwrócić na bok. Krew z rozbitej wargi sączyła się do ust. Instynktownie zasłoniłam głowę i podciągnęłam kolana do brody. Bałam się kolejnych ciosów. Ale nie dostałam już żadnego.

Z trudem dostrzegłam, jak ten krępy podaje paczkę Elegantowi, który trzymając ją oburącz, jak najcenniejszy skarb, zbliżył się do mnie.

– I po co było kłamać? – spytał z jadowitym uśmiechem. Podszedł do kredensu i zapalił stojącą na nim lampkę. Zamrugała żarówka. – Popatrz, oni też kłamali. Do samego końca.

Nie wiedziałam o co mu chodzi. Oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do światła. Usłyszałam kroki i trzaśnięcie drzwi. Chyba zostałam sama.

Byłam oszołomiona. Wciąż nie docierało do mnie to, co się stało. Próbowałam wstać, ale podłoga była wyjątkowo śliska. Podpierałam się rękoma, w końcu dałam za wygraną. Dopiero wtedy zobaczyłam, że moje dłonie są całe we krwi. Włosy zlepiły się w strąki. Podniosłam głowę i rozejrzałam się.

Jacek leżał w kącie. Przy jego stopach znajdowały się odcięte dłonie. Oczy patrzyły gdzieś w sufit. Nagie, ale poranione ciało Mirka kołysało się lekko na krótkim sznurze przytwierdzonym do haka na żyrandol.

Zapłakałam.

Nie wiedziałam nawet kiedy obaj oprawcy znowu znaleźli się przy mnie. Może straciłam słuch, bo nie docierał do mnie żaden dźwięk. Widziałam tylko ich usta wykrzywione krzykiem, ale wciąż tkwiłam w świecie ciszy. Człowiek z blizną wymachiwał mi przed oczami prostokątami wyciętymi z kolorowej gazety. Zdążyłam je przygotować przed wyjściem, a zdjęcia dobrze ukryłam. Pakunek odnajdzie tylko mój syn.

– Gdzie to jest do cholery?! – wreszcie coś usłyszałam.

Splunęłam mu w twarz śliną pomieszaną z krwią. Nigdy mu tego nie powiem.

Nigdy.

 

*

 

Tej krwi nie byłoby tutaj, gdybym wtedy nie skłamała. I gdybym teraz wyznała prawdę. Tylko czy to możliwe, żeby jedno małe kłamstwo przyczyniło się do śmierci trzech niewinnych osób?

Trzymałam rękę na brzuchu nieudolnie próbując tamować wypływającą z prawego boku krew. Była ciemna, niemal czarna. Prosto z wątroby. Plama na bluzce powiększała się z każdą chwilą.

Krępy, w przypływie szału, wbił w moje ciało długie ostrze. Ale mimo to, nie uzyskał odpowiedzi.

Zrobiło mi się zimno.

Nie patrzyłam już na nich. Patrzyłam na ciała Jacka i Mirka.

To głupie, ale lekko się uśmiechnęłam. „Nie jesteś sama”, mówili jeszcze zanim człowiek z blizną dał sygnał, by wyprawić ich na tamten świat. Mieli rację…

Bolało mnie w boku. Jak cholera.

Świat jest zły.

Jęknęłam. Obraz zaczął się rozmazywać.

Nie daj się synku. Boże! Michał, nie daj się! Będę przy… Tobie…

Ból mijał.

Mirek, Jacek… zaraz…

Nie mogłam już nic powiedzieć. Odczuwałam jedynie pełzające ciepło, jakby niewidzialne rozgrzane dłonie masowały lekko każdą część mojego ciała. Jednocześnie stawałam się coraz bardziej zmęczona. Moje powieki opadły wolno.

Tak bardzo nie chciałam być teraz sama.

 

*

 

– I co pan myśli? – spytał kiedy skończył czytać ten fragment powieści.

Redaktor westchnął i przejechał ręką po głębokich zakolach i żółto-siwych włosach.

Za oknem było już szarawo. Śnieg gęsto pokrywał wrocławski rynek.

– Cóż… Rzadko to mówię, ale jestem zachwycony. Szczerze.

Student uśmiechnął się, ale widząc zamyślenie redaktora spoważniał.

– Coś nie tak? – spytał.

Starszy mężczyzna pokręcił głową i machnął lekko ręką.

– Nie… Zastanawiam się tylko, skąd pan czerpie takie pomysły? To wprost niewiarygodne.  Ten pakunek i…

    – To rodzinne fatum – przerwał mu.

 – Naprawdę? Może w takim razie znajdzie pan czas dziś wieczorem i uchyli mi nieco rąbka rodzinnej tajemnicy? – redaktor podniósł się zza biurka i podszedł do młodego. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki po chromowany wizytownik i wyjął z niego kartonik –  Dziś po dwudziestej pierwszej, u mnie. Wydaję urodzinowe przyjęcie, ale zapewniam pana, że znajdziemy czas na rozmowę o przyszłości pana debiutanckiej powieści. Prezentem dla mnie niech będzie pana zgoda, dobrze młody człowieku? – zawiesił głos i uśmiechnął się przyjaźnie. – Co pan na to?

Michał zorientował się, że spotkanie dobiegło końca. Szybko spakował kartki do plecaka, po czym spytał z niedowierzaniem  – Czy to znaczy, że byłby pan skłonny opublikować moją powieść?

Starszy mężczyzna uścisnął mu rękę, a potem zrobił dwa kroki do drzwi i szeroko je otworzył. – Jeśli uzyskam od pana trochę więcej informacji o fabule, o postaciach….

– Zgoda – powiedział bez wahania. – Przyjdę i opowiem panu wszystko – student przekroczył próg, odwrócił się i skinął głową na pożegnanie.

– Jeszcze jedno.

– Tak?

Starszy mężczyzna złączył dłonie.

– Skoro to rodzinna historia, to… – wstrzymał oddech jakby zbierał myśli. – Jak dalece jest ona prawdziwa?

– Częściowo zagrała tu moja wyobraźnia. Ale ten pakunek rzeczywiście istnieje.

– Niesamowite!

– Tak. Matka zostawiła mi list. Napisała o tym, co spotkało ją w dzieciństwie. Nie wprost, ale można się domyślić. Zabroniła mi jednak otworzyć paczkę ze zdjęciami. Przynajmniej nie przed jej śmiercią – rzekł smutno. – W przyszłym roku minie dziesięć lat od tajemniczego zaginięcia jej i moich wujków. Wtedy formalnie moja mama będzie mogła być uznana za zmarłą. Oczywiście, nie zdecyduję się na taki krok, bo wierzę, że ona wciąż żyje. Potwierdza to też jasnowidz. Paczka ze zdjęciami pozostanie więc nietknięta do czasu aż ją odnajdę – westchnął, a potem dodał. – A śmierć jej i jej braci umieściłem w powieści, bo wydawało mi się to przekonujące i ważne dla fabuły. Tragiczne, ale jednak przekonujące.

Redaktor pokiwał z uznaniem głową.

– Ma pan talent. Koniecznie muszę usłyszeć tę historię. Opowie mi pan o tym wieczorem – mężczyzna uśmiechnął się, ukłonił się i ponowił zaproszenie.

Kiedy zamknął drzwi gabinetu, podszedł do okna. Wrocławski rynek opierał się grudniowemu zmierzchowi. Miasto mieniło się grą świateł i gwarem rozmów. Niechętnie spojrzał we własne odbicie w szybie.  Dotknął miejsca, gdzie jeszcze niedawno gruba blizna znaczyła miejsce rozcięcia zajęczej wargi. Teraz ślad po niej zaginął. Chirurgia plastyczna potrafi zdziałać cuda. Wąsy też.

Podszedł do biurka, na którym leżała wizytówka młodego pisarza i westchnął. Michał Sośnicki.

Szkoda, pomyślał.

Wziął ją do ręki, ale wybrał inny numer telefonu. Ten, który znał na pamięć.

– Księże biskupie Marku, Ekscelencjo…  Tak… Oczywiście… Ale dziś mam ważniejszą informację. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że po tylu latach udało się wreszcie lokalizować zagubioną przesyłkę – redaktor wysłuchał swojego rozmówcy, po czym bez słowa pożegnania przerwał połączenie i nawiązał nowe.

– Dziś przed dwudziestą u mnie – rzucił krótko, gdy po drugiej stronie podniesiono słuchawkę.

Znowu ktoś musi zginąć, pomyślał. A przecież mogło być inaczej, gdyby nie to kłamstwo.

Gdyby ona wtedy nie skłamała.

Reklamy