Opowiadanie opublikowane premierowo w antologii Obiecaj, wydanej w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu (Wydawnictwo Igloo, 2015).


Otworzyłam drzwi i zamarłam. Stała tam. Nie wiem, jak długo, nie zapukała. Mogłam sobie pogratulować słuchu, bo mimo grającej muzyki usłyszałam to coś za drzwiami. Trochę świst, trochę szelest, a właściwie ani jedno, ani drugie. Taki dźwięk, jakby ktoś otworzył usta, a struny głosowe zapomniały, że powinny wpaść w drgania i produkowały coś matowego w brzmieniu. Przyćmione, tekturowe nuty. Tom Waits śpiewał bloody fingers on a purple knife (teraz wiem, że to było ostrzeżenie), a ja usłyszałam za drzwiami ten nieokreślony dźwięk i otworzyłam.

A ona tam stała. Ona, z tą swoją sławetną dychawicą-celebrytką. Astmą, która nie pozwalała jej kiwnąć palcem przy domowych pracach (bo kurz, bo pyłki, bo alergeny), ale nie przeszkadzała każdego dnia wypalać dwudziestu „Gauloises Blondes”. Albo „West Blue”, jeśli przywiozła sobie karton zza granicy.

Słuchu mogłam sobie pogratulować, rozumu już nie. Czemu (czemu!!!) nie spojrzałam przez wizjer? Po co w ogóle ten remont i przez trzy tygodnie wybieranie drzwi, żeby miały i wizjer, i łańcuch, i zasuwę, skoro prowadziłam dom otwarty? Przecież ona stal na wprost judasza, nie chowała się po kątach. Zobaczyłabym ją w pełnej krasie. I w życiu bym nie otworzyła; niechby stała aż do śmierci.

Ale nie spojrzałam i otworzyłam. Mijały kolejne sekundy, a jej urywany oddech roznosił się po klatce schodowej. Może stała tu od zawsze i od zawsze tak oddychała, będąc integralną częścią krajobrazu przed moimi drzwiami? A może to mój oddech rwał się i roznosił się w powietrzu, bo już dawno wpadłam w panikę?

Stałyśmy po dwóch stronach progu jak po dwóch stronach minibarykady. W końcu podniosła głowę. Wciąż przygarbiona, z opuszczonymi ramionami, popatrzyła na mnie. „Płakałam całą noc”, mówiły jej zapuchnięte powieki. „To wszystko przez ciebie”, dodawały zaczerwienione oczy. Na twarzy miała mniej pudru niż zwykle, może po to właśnie, by cienie pod oczami wydawały się ciemniejsze.

„Stojące w progu nieszczęście”, powiedziałaby pani Danka, sąsiadka z naprzeciwka, gdyby w tej chwili nie leczyła kręgosłupa w Busku Zdroju. Pani Danka dobrze wiedziała, do czego służy judasz, i żałowałam jak diabli, że ona tam teraz nie kuka. Wyczułaby, że coś się święci i wyszłaby na klatkę zamiatać schody.

Szlag by trafił pieprzone sanatoria. Byłby świadek w sprawie, przyszło mi do głowy całkiem trzeźwo. A tak jestem ja i jest ona. Teraz lustrowała moje oczy, moje cienie pod oczami, moje cienie na powiekach.

Zamknąć drzwi – znów przytomnie zaświtało w mojej głowie. Popchnęłam je, ale nie dała się zaskoczyć. Złapała klamkę i pchała w drugą stronę. Była niższa i szczuplejsza, i do tego znacznie starsza, a mimo to czułam, jak moje stopy przesuwają się w tył. Nic by tu nie pomogły skarpety antypoślizgowe. Wygrywała w cuglach te próbę sił. Może lepiej, że nikt tego nie oglądał.

Dalszy opór nie miał sensu. Teraz nie miałam wątpliwości, że nie tylko jej, ale i mój przyspieszony oddech roznosił się w powietrzu. Odsunęłam się od drzwi. Jej spojrzenie powiedziało „wreszcie” i wmaszerowała jak do siebie.

To był dobry moment, żeby uciec. Instynkt walił pięściami w moje serce. Złapać jakieś buty i kurtkę (w wewnętrznej kieszeni powinno być pięćdziesiąt złotych), zbiec na dół, złapać taksówkę i pojechać do Moniki. Bez butów i kurtki wbiec do góry, piętro wyżej, i zapukać do Adama. Może już wrócił z pracy, a jak nie, to przynajmniej jego bokserka, Dora, narobi hałasu. O tym powinnam teraz myśleć. A w mojej głowie tłukł się dalej ten nieszczęsny judasz, choć minęły wieki, odkąd w niego nie spojrzałam.

Zostałam w mieszkaniu nie dlatego, że chciałam wziąć byka za rogi. Nie mogłam się ruszyć. Te same stopy, które przed chwilą ślizgały się po płytkach, teraz przywarły do podłoża. Jakbym stała w smole. A może stopy wcześniej niż głowa zrozumiały, że ucieczka nie ma sensu? Przecież spotkam się z nią w poniedziałek na uczelni.

Zostawiłam drzwi uchylone. Może trzeba będzie uciekać później, kiedy rzuci się na mnie z nożem albo obleje mnie kwasem solnym. Bo może przyszła tu z nożem albo kwasem.

„Tylko nie zabłądź”, powiedziałabym do każdej innej osoby, która po raz pierwszy odwiedza moje lokum. Och, taki żart, rozumiało się go już w progu. Przedpokój, kuchnia, salon i sypialnia tworzyły jedno pomieszczenie.

Ona stała na jego środku, a na jej twarzy pojawiło się niedowierzanie. Albo przerażenie. Albo jedno i drugie. W każdym razie nie kryła się z tym jakoś szczególnie. Nie dziwię się. Byłam u niej w domu. Jeden z pokoi łazienkowych miał większy metraż niż całe moje mieszkanie.

Centymetr po centymetrze skanowała wystrój wnętrza. Chyba spodziewała się Ikei, bo jej twarz miała coraz dziwniejszy wyraz. Od razu zwróciła uwagę na fotel. Podeszła do niego i oglądała tak, jakby zamierzała go zaraz zlicytować. Usłyszałam jadącą w dół windę. Tymczasem ona nachyliła się, żeby odczytać nazwę na metalowej tabliczce z boku fotela. Chyba nie uwierzyła, bo z torebki wyciągnęła okulary.

Dokładnie wiem, kiedy zaczęła je nosić. Była na w jednym ze sztokholmskich kin na Czarnym łabędziu i zaczęły jej się rozmywać napisy na ekranie. Powiedziała wtedy do swojej przyjaciółki Eryki „I am officially old” i zaśmiała się tak, jak można zaśmiać się w kinie, i jakby to nie była prawda.

Wiem, bo siedziałam tuż obok.

Następnego dnia poszła do okulisty (minus pół na każdym oku, lekki astygmatyzm) i świat znów stał się ostry, jak jej dowcip, język i sposób bycia. Jak ona sama.

To było dwa lata temu. Wtedy patrzyłam na nią jak na bożyszcze i chciałam być taka jak ona.

No więc założyła okulary, odczytała nazwisko na tabliczce i popatrzyła na mnie. „Skąd miałaś na to pieniądze?”, wyczytałam w jej oczach, ale nawet nie otwierając ust, można zadać pytanie retoryczne. Dobrze wiedziała skąd. I nie o pieniądze tu chodziło, choć te były niemałe, ale o wysiłek potrzebny, żeby ten fotel zdobyć. Nie rozumiała, dlaczego ten fotel stoi tutaj, przecież powinien stać u niej.

Zaczęła oglądać rzeźby. „Dewocjonalia wśród współczesnego designu”, pokiwała głową z aprobatą i podniosła z podłogi figurę Matki Boskiej. U niej w domu były dwie figury kupione na targach staroci, Matka Boska i święty Roch. Przesuwając palcem po pęknięciu na gipsowej sukience Maryi, wyrecytowała:

– Śpiewajcie wespół głosami swymi, anieli w niebie, a my na ziemi…

Hosanna – dopowiedziałam w myślach i zakręciło mi się w głowie. Nagle poczułam zapach piwonii, łubinu, płatków maku i bławatków sypanych za kościelną procesją. Wonny dym kadzidła. Usłyszałam dzwonienie dzwonków tak wyraźnie, jakbym sama szła w procesji. I to wszystko wydawało mi się bardziej realne niż ten pokój przypominający teraz scenę.

Zdjęła okulary. Oczywiście chwytając boczne części oprawki dwoma rękami, żeby się nie zdeformowały i potem nie zsuwały z nosa, bo tak uczą optycy. Oczywiście to nie przypadek, że oprawki były granatowe, tak jak torebka i grochy na apaszce. Miała więcej par okularów niż ja skarpet liczonych pojedynczo.

Zanim schowała je do skórzanego etui, wyglądała tak, jakby zamierzała jeszcze zrobić inspekcję, czy kurz jest dokładnie starty i w ogóle czy jest wystarczająco czysto. Różowawy lakier na paznokciach miał odcień apaszki i pasków przy butach (mieszała lakiery jak farby, żeby uzyskać nietypowe kolory). Ta kobieta nauczyła mnie zwracać uwagę na szczegóły. U niej były tak dopracowane, że od patrzenia robiło się niedobrze. „Kak z żurnała”, powiedziała moja koleżanka z Petersburga w tym samym sztokholmskim kinie. Można by ją umieścić w Sèvres pod Paryżem jako wzorzec perfekcji. Perfekcji doprowadzonej do ostateczności. Psychoperfekcji.

A ja nawet oczy mam w różnych kolorach.

– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytała. Kobieta, która nigdy w życiu nie założyła dżinsów. Nie, przepraszam, raz. „Raz miałam na sobie dżinsy”, opowiadała podczas naszych cotygodniowych spotkań, które ktoś nazwał obiadami czwartkowymi. Była na ognisku integracyjnym ze studentami jako opiekunka pierwszego roku i musiała się przebrać (dżinsy nazywała przebraniem).

Ognisko było grubo przed Sztokholmem, kiedy znałam ją tylko z widzenia. Czerwone podeszwy jej szpilek nic mi wtedy nie mówiły, a frędzelki przy strasznie wysokim obcasie wydawały mi się formą obciachu, a nie transparentem ogłaszającym „mnie stać, ciebie nie”. Nosiłam welury do sukienek i nie rozumiałam, co to znaczy „kupić szminkę na strefie”, bo nigdy nie leciałam samolotem i nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak strefa wolnocłowa na lotnisku.

Teraz mam kartę Frequent Flyer i nie czuję się z tego powodu ani trochę szczęśliwsza.

– Dlaczego to zrobiłaś? – powiedziała, a ja stałam na środku własnego mieszkania, wiedząc, że nie ma sensu nic mówić.

Ona często zadawała pytania. Z rozmysłem wypowiadała każde słowo. „Jak znajduje pani Czarnego łabędzia ?” Albo: „Czy według pani rodzeństwo Wachowscy skurwili się ostatnim filmem?” Dokładnie tak.
Wkrótce po tym przeszłyśmy na „ty”. Nalegała, by mówić do niej po imieniu. Długo nie mogłam się na to zdobyć, a z moich ust automatycznie wypływały wszystkie jej tytuły naukowe. Ale w końcu się przełamałam.

Poznałam ją na kursie immunologii, prowadziła wykłady i była koordynatorką ćwiczeń. Wiele osób na tym kursie kończyło studia, oblewając u niej komis.
Ja dostałam z egzaminu cztery i pół (najwyższa ocena wśród studentów biotechnologii, biologii i biofizyki medycznej) i kiedy podpisywała mi indeks, zaproponowała pracę magisterską w swojej grupie.
Zaraz po tym załatwiła mi wyjazd do zaprzyjaźnionego laboratorium w Szwecji, gdzie była visiting professor, prowadziła gościnne wykłady i szkolenia. Złota ręka cytometrii przepływowej. Gwiazda.

Gwiazda i jej mąż. Dowcipny, uśmiechnięty, niebywale przystojny. I straszliwie roztrzepany. Nie ogarniał kalendarza, mylił daty, umawiał się na niewłaściwe dni. Zawsze mnie to dziwiło. Wydawało mi się, że ktoś, kto jest dyrektorem generalnym w wielkiej firmie i bez przerwy podróżuje, nie może mylić poniedziałku z czwartkiem. A on mylił.
Dlatego obkładał się kalendarzami, od papierowych (wszelkiego rodzaju moleskiny, organizery, notesy) po najnowsze wersje elektronicznych (outlook, google, jorte). Ciągle dostawał esemesy z przypomnieniami, ciągle włączał mu się alarm.

Przez ich sztokholmskie mieszkanie i warszawski dom przewijała się masa ludzi. Pani profesor flambirowała owoce morza, pan dyrektor tłumaczył, jak je jeść („krewetkę najlepiej złapać za ogon”), i dolewał wszystkim wina. Temperamentem przypominał bardziej Włocha niż Skandynawa.

Rozumieli się w pół słowa. Idealne małżeństwo.

Podczas drugiej albo trzeciej kolacji ten przystojny drań zaczął się do mnie mizdrzyć. Ale nie mogłam jej tego zrobić. To jakby oszukiwać własną matkę – myślałam, odmawiając przy kolejnych zaproszeniach do jej domu.

A z niej zaczęła złazić farba. Odpadały kolejne warstwy i okoliczności diametralnie się zmieniły.

Najpierw seminarium, na którym przeczołgała mnie pytaniami tak, że odpowiadałam cicho „nie wiem, nie wiem, nie wiem”, a cała grupa wytrzeszczała oczy, bo nie wiedziała, co się dzieje.

Potem oddała mi pracę z kosmetycznymi poprawkami, jak to sama określiła. Czarny tusz wydrukowanego tekstu ledwo przebijał pod jej czerwonymi komentarzami. Niektóre zdania przekreślone, inne zamazane, większość opatrzona pytajnikami. Mój angielski był naprawdę niezły, ale ona zabawiła się w purystkę.

I wreszcie wisienka na torcie. Wezwała mnie do siebie do pokoju. Rozmawiała przez telefon, ale skinęła, żebym weszła. Rzuciła do słuchawki „poczekaj chwilę”, po czym oświadczyła, że chciałaby, żeby moja praca magisterska była napisana również po polsku. „Nie, nie chodzi o streszczenie. Mówię o całej pracy. Nie, nie chodzi o twój angielski. Nie, nie ma dyskusji”.

Powiedziała to, przekładając na biurku jakieś papiery, z przekrzywioną głową, bo do ramienia wciąż przyciskała słuchawkę.

Sto dziewięćdziesiąt stron. Czternaście dni do wysłania pracy recenzentom. Gdyby dała mi z liścia po pysku, byłabym w mniejszym szoku.

Nie rozpłakałam się tylko dlatego, że ja nigdy nie płakałam. Nie umiałam. Umiałam zoperować szczura, umiałam pić bez przepitki, umiałam rzeźbić w drewnie. Umiałam setki różnych rzeczy. Ale nie umiałam płakać.

Nie obroniłam się w terminie i przepadł mi doktorat w Szwecji. Ale to później. Bo wcześniej zadzwoniłam do Kristjana.
Tak miał na imię jej mąż. Ten sam, który podczas jednej kolacji pogładził moje ramię, nachylił się do ucha i bez skrępowania wyszeptał „any time, Asza – mam na imię Aśka – any time”.

I kiedy ona znów przyłożyła słuchawkę do ucha i machnęła, żebym sobie poszła (królowa odprawiła dwórkę), uznałam, że „any time” właśnie nadszedł.

Teraz zauważyłam, że na palcu miała ten sam pierścionek co wtedy. Z olbrzymim szklanym oczkiem, jakby przeciętą na pół piłeczką pingpongową. Wewnątrz znajdowały się złote kuleczki, które przy każdym jej geście zmieniały położenie. Jak ławica złotych rybek. Nie wydawały przy tym żadnego dźwięku, może szklana klatka, która je więziła, była dźwiękoszczelna.

Kulki w ciszy przesypały się w oczku, ja w ciszy wyszłam i spotkałam się z Kristjanem.

„Czy mógłbyś porozmawiać ze swoją żoną?”, zapytałam, a wtedy on zapalił papierosa i zaciągnął się tak głęboko, że na sam widok zrobiło mi się duszno. Potem poluzował krawat, jakby to jemu brakowało powietrza. Nie pamiętam, czy zgasił papierosa, czy wciąż trzymał go w lewej dłoni, kiedy podszedł do mnie i wskazującym palcem obrysował moje usta.

„Nie”, powiedział, a mnie serce dudniło bardziej niż teraz, bo tak naprawdę nie poszłam tam prosić, żeby się za mną wstawiał. Ale coś trzeba było powiedzieć, jakieś „dzień dobry” albo „ładna dziś pogoda”. On też rozegrał to po mistrzowsku. Papieros, poluzowanie krawata, wskazujący palec, który sunął wzdłuż moich coraz szerzej rozchylonych ust.

Czułam się jak królowa w partii szachów. Dużo, dużo później dotarło do mnie, że byłam co najwyżej gońcem. Blisko królewskiej pary, ale jednak królową była ciągle ona.

„Dobrze jest czasem poudawać brak orgazmu”, rzuciła na jakimś babskim wieczorze po pracy, a ja jako jedyna się nie śmiałam. Nie wiem, jak miałabym to skomentować, skoro wtedy już spałam z jej mężem.

Czasem jeździłam z nim po Europie, kiedy kontrolował swoje biura projektowe, deweloperów i zespoły wdrożeniowe. Może trochę za dużo o niej opowiadał, o jej fobiach, alergiach, psychologach (bo nieustannie nad sobą pracowała), Ale dzięki temu przestawałam się dziwić, że on nie ogarnia czasu. Szef wszystkich szefów, który co chwilę zagląda w kajet.

Sama też kupowałam mu kalendarze. Kalendarze i budziki, które wyświetlały daty, dni, a nawet pory roku. Nie zabierał ich do domu (z oczywistych względów) i dlatego stały u mnie na komodzie. Zdziwiłam się, kiedy z tej kolekcji zniknął czarny zegarek Olivera Hemminga, kupiony na wycieczce w Londynie.

Teraz wiem, że on zabrał ten budzik, bo pasował do wystroju i c h domu. Zabrał ze sobą coś, bo uznał, że spodoba się jego Renacie.

A Renata stała przede mną i szukała czegoś w torebce (kwasu?). I kiedy znów zastanawiałam się, czy wyjdę z tego cało, przypomniało mi się, że dziś mam podlać kwiaty u pani Danki i to będzie strasznie smutne, jeśli ona wróci z sanatorium i zastanie uschnięte paprotki.

– Nie rozumiem – powiedziała wreszcie – czemu tak bystra młoda kobieta podejmuje pochopne decyzje wynikające jedynie z faktu, że nie wie zbyt wiele o prawdziwym życiu i nie uważa, że każdy ma prawo do błędu, tylko ocenia rzeczywistość zero-jedynkowo. Tak jakby żyła na świecie sama.

Kiedyś te jej przemowy, tak spokojne, z tak wielokrotnie złożonymi zdaniami sztywnymi od przymiotników, robiły na mnie wrażenie. Szczególnie gdy wyrażała się w ten barokowy sposób po angielsku lub szwedzku.

Nigdy nie wyobrażałam sobie tej chwili. Nie trenowałam odpowiedzi, ale instynkt podpowiadał, że należy wszystkiemu zaprzeczać. I kłamałabym w żywe oczy, gdyby przyszła tu przed tygodniem albo trzy dni temu. Ale dziś nie miało to sensu. Bo dziś był piątek, a ja w środę zerwałam z jej mężem. Bo ten kutas, jej mężulek, podbił mi w środę oko.

A ona nie przestawała mówić. Nie przestawała tłumaczyć. Jak polityk w kampanii wyborczej. Kryształowy kandydat, żadnych ukrytych wad.

Też tak myślałam. Aż do przedwczoraj.
A to, że regularnie ją bił, nie było moim problemem.
Aż do środy.

„Obyś tylko nie poszedł w gorzałę”, powiedział mojemu bratu ojciec, zanim umarł na marskość wątroby. Mnie nie obdarzył żadną złotą myślą. Może to i dobrze, bo pewno zrobiłabym na odwrót. Tak jak mój brat.
Pomyślałam o ojcu, bo termin obrony miałam wyznaczony na dwudziestego trzeciego czerwca, dzień ojca. I psycholog powiedziała, że to z powodu braku ojca rzucam się w ramiona starszym panom. Sama ich sobie wybieram albo – co widać na załączonym obrazku – zostają mi podsunięci.

Podała mi rękę, co w obecnej sytuacji było dziwne. Dobrze znałam uścisk jej dłoni. Ktoś mi kiedyś powiedział (okej, to był mój ojciec), że uścisk dłoni ma być uściskiem. Dużo mówi o człowieku. Ona podawała do potrzymania swoje lodowate palce jak królowa poddanemu.

– Dzień dobry! – na dźwięk zachrypniętego powitania odwróciłyśmy się w stronę wejścia. – Znów nie domykają ci się drzwi?

Adam. Z trzeciego piętra. Adam ratuj. Błagam. Wpatrywałam się w niego najintensywniej, jak potrafiłam, a jednocześnie nie byłam w stanie wymówić ani słowa. Gdybym znała alfabet Morse’a, to wymrugałabym sygnał SOS. Chyba że oczy również odmówiłyby współpracy.

Ale Adam dyskretnie się wycofał. Wszystko jedno. Nawet gdybym mu powiedziała, o co chodzi w tej scenie prawie małżeńskiej scenie, nie uwierzyłby.

Hey little bird, fly away home, Tom Waits śpiewał do niej, żeby wreszcie sobie poszła.

Ale ona tego nie słyszała. Patrzyła na mnie i nie widziała we mnie wroga. Ona widziała we mnie sojuszniczkę.

Żona prosi kochankę o wybaczenie. Dla męża.
Żona prosi kochankę, by wróciła. Do męża.

Popierdolona królewska para.

I kiedy przypomniałam sobie, jak duszno mi było wtedy, gdy on obrysowywał palcem moje usta, przyszło mi do głowy, że może on wszystkim swoim kobietom zabierał swobodę oddychania. W jego obecności oskrzela zaczynały się kurczyć, tlen nie dopływał do płuc w odpowiednim stężeniu i niedotleniony mózg tracił zdolność myślenia.

Zobaczyłam się w lusterku, które stało na biurku. Cienie na powiekach pod kolor siniaka, nos zmarszczony, jakbym zamierzała wymówić jakąś nosową głoskę, spierzchnięte wargi.

Jej usta nie były spierzchnięte. Były zaciśnięte w cienką kreskę, jakby trzymała coś między zębami. Coś, co musiała przytrzymywać z całej siły. Jej usta nie były sine tylko dlatego, że pomalowała je czerwoną szminką. Wreszcie uwolniła to, co z takim zacięciem trzymała.

– Obiecaj – powiedziała, a ton jej głosu nie miał nic wspólnego z prośbą, zresztą nigdy nie miał. – Obiecaj – powtórzyła, klęcząc.

 

Reklamy