Swietłana Pietrowna energicznie stukała w blat stołu. Na jej idealnie gładkiej twarzy nie pojawiła się żadna zmarszczka, która mogłaby świadczyć o zdenerwowaniu czy podnieceniu. Przyleciała z Moskwy do Warszawy prywatnym samolotem. Otrzymała go od ojca w dniu swoich dwudziestych urodzin.
Apartament w Marriocie na trzydziestym szóstym piętrze, jak zwykle, był do jej dyspozycji. Sekretarz i dwaj ochroniarze zajmowali sąsiednie pokoje. Przenośne kamery zamontowane w apartamencie pozwalały zapewnić szefowej pełne bezpieczeństwo. Sekretarz wpatrzony w monitor komputera przysłuchiwał się rozmowie pomiędzy Pietrowną a włocławskim biznesmenem.
– Ja znaju… – kobieta przerwała i przeszła na płynny polski – …że w waszej cerkwi na cmentarzu jest Pieta. To ikona z siedemnastego wieku – wyjaśniła, widząc zaskoczenie na twarzy mężczyzny. – Na stałe znajduje się w świątyni świętego Jakuba, w takiej malienkiej wsi na Sądecczyźnie, w Powroźniku. Swego czasu moj papa chciał wykupić dzieło, ale okazało się, że nie jest na sprzedaż. – Zwinęła palce w pięść. – Po mojemu wszystko ma swoją cenę! – Zmrużyła oczy. Sztuczne rzęsy rzucały cień na jej policzki. – Mogę panu coś zaproponować. Pan chce kupić plac w Rublowce pod swój interes. Odstąpię kawałek ziemi w zamian za tę ikonę.
– Mam ją wykraść? – Mężczyzna zapytał z niepokojem.
– Nie interesuje mnie, w jaki sposób pan ją zdobędzie. – Uśmiechnęła się drwiąco i spojrzała na zegarek. – Daję panu dobę na podjęcie decyzji. Jutro, dokładnie o tej samej godzinie, będę czekała na pańską odpowiedź. Oto wizytówka mojego sekretarza. – Rzuciła karnecik na stół. Diamenty na złotych bransoletkach zdobiących jej nadgarstek rozbłysły jasnym blaskiem. – Po upływie terminu numer telefonu zapisany na wizytówce będzie nieaktualny.
– Rozumiem – odparł zażenowany. Czuł, że audiencja, jak w myślach określał spotkanie, dobiegła końca. Wstał, wytarł w spodnie spoconą dłoń i podał Pietrownej na pożegnanie. – Dziękuję.
– Da swidania. – Nie odwzajemniła gestu, skinęła jedynie głową jak carska księżniczka. – I jeszcze jedno – zawiesiła głos. – Gdybyś próbował mnie oszukać, moi ludzie cię znajdą.

***
Antoni Złocisz miał trzydzieści pięć lat i od jakiegoś czasu obracał się w gronie włocławskich biznesmenów. Oficjalnie był właścicielem drukarni wielkoformatowej, ale fortunę zbił już wcześniej na transakcjach, o których nie miała pojęcia nawet jego młodziutka żona.
Byłą miss mokrego podkoszulka ziemi włocławskiej interesowały tylko salony kosmetyczne. Pierwszy otrzymała od męża w prezencie ślubnym, drugiego zażądała na dwudzieste trzecie urodziny, i to w nie byle jakim miejscu. Punkt przy Księżycowej był strzałem w dziesiątkę i idealnym miejscem spotkań dla włocławskiej elity. To tu, w salonie „Eve”, rodziły się wszystkie plotki oraz… nieformalne związki.
Jednak marzeniem właścicielki, według jej męża całkiem nierealnym, stała się podmoskiewska Rublowka. W jaki sposób dowiedziała się o tej dzielnicy, Złocisz nie miał pojęcia. Zastanawiał się, czy śliczna Ewelinka w ogóle wie, gdzie leży Moskwa. Nie bez powodu wybrał sobie taką żonę. Inteligentna kobieta z miejsca przejrzałaby na wylot jego lewe interesy i szemrane towarzystwo, w jakim się obracał. Kiedy więc Ewelina Złocisz po raz pierwszy wspomniała o salonie kosmetycznym w najdroższej dzielnicy Moskwy, szczerze zwątpił. Wpierw wyjechał na tydzień, niby w delegację, z nadzieją, że małżonka zapomni o swoim idiotycznym pomyśle. Na próżno. Po powrocie zrobiła mu awanturę i wyrzuciła z sypialni. Nie miał wyjścia, wdzięki seksownej Eweliny przedkładał ponad te, które oferowały najlepsze prostytutki w mieście. Uruchomił stare kontakty – nie tylko handlowe – z możnymi zza wschodniej granicy i czekał. Jednak nic nie wskazywało na to, że włocławskiemu biznesmenowi ktokolwiek da zielone światło na wjazd do Rublowki.
Dopiero tydzień temu zdarzył się najprawdziwszy cud.
Antoni Złocisz siedział akurat w swoim gabinecie, oglądając z nudów kolejny, znaleziony w sieci film porno z udziałem niepełnoletniej Eweliny. Całkiem niedawno wyznała mu, że po ukończeniu podstawówki uciekła do Niemiec, gdzie z miejsca znalazła zatrudnienie w… branży pornograficznej. Pięć lat sumiennej pracy w tym zawodzie pozwoliło jej wrócić do kraju czarnym bmw, z walizką pełną modnych ciuchów i przyzwoitym kontem w Deutsche Banku. Poznał ją rok później, w trakcie wyborów Miss Mokrego Podkoszulka…
Wspomnienia przerwał dźwięk dzwonka w telefonie. Na wyświetlaczu najnowszego iPhone’a pojawił się zastrzeżony numer.
– Słucham? – Antoni odebrał połączenie.
– Pan Złocisz? – W słuchawce wyraźnie dało się słyszeć wschodni akcent.
– A jeśli tak? – zapytał podejrzliwie.
– Haraszo – obcy, męski głos brzmiał stanowczo. – Ja skażu krótko. Jest u nas ziemia na sprzedaż. Domyśla się pan, gdzie. Mogę zaproponować spotkanie. Porozmawiamy.
Złocisz wyjął chusteczkę z kieszeni i przetarł spoconą z wrażenia twarz. Nie wierzył własnym uszom. W wyobraźni widział już siebie wjeżdżającego do Rublowki białym bentleyem. Tam na pewno zbiłby fortunę, o której jego włocławskim znajomym nawet się nie śniło. Cieniasy, pomyślał o nich, dumny ze swoich zagranicznych kontaktów.
– Oczywiście – odparł pośpiesznie w obawie, że tajemniczy rozmówca się rozłączy. Ręce drżały mu z podniecenia. – Kiedy i gdzie?
– Powiedzmy, że w poniedziałek o dziewiątej rano – mężczyzna zawiesił głos, jakby sprawdzał notatki w terminarzu spotkań. – W warszawskim Marriocie. Będę czekał przy recepcji.
– Ale jak pana poznam? – Złocisz spytał zdenerwowany. – Może zapiszę sobie pańskie nazwisko…
– Nie ma takiej potrzeby – przerwał mu szybko. – Wystarczy, że my pana znamy. Da swidania.
– Da swidania – odpowiedział automatycznie, jeszcze przez chwilę trzymając telefon przy uchu. Potem wybiegł do toalety. Włożył głowę pod kran i odkręcił zimną wodę. Czuł się tak, jakby był na wielkim kacu.
Kwadrans później pożegnał sekretarkę, informując ją o nagłym wyjeździe służbowym. O tak, miał ochotę zaszaleć. Odcinek z Wiejskiej na Księżycową pokonał w kilka minut, wpadł do salonu kosmetycznego, wołając żonę od samego progu.
– Żabciu, gdzie jesteś? – Rozejrzał się po nowocześnie urządzonym holu, w którym dominowały metal i szkło.
Ewelina leżała na skórzanej kanapie, przeglądając czasopismo dla kobiet.
– Mam przerwę. – Obrzuciła go niechętnym spojrzeniem obrażonego dziecka. Wciąż czekała na upragniony prezent. – Czego chcesz?
– Co powiesz na niespodziankę? – Zamknął drzwi od wewnątrz i schował klucz do kieszeni.
– Co ty robisz? – warknęła, wstając. – Jaka niespodzianka? – Ruszyła w jego stronę, z impertynencją trzaskając obcasami o kamienną posadzkę. – Nie interesuje mnie futro z szynszyli ani kolejna diamentowa kolia! Rozumiesz?
– Lubię, jak się wściekasz. – Roześmiał się, unikając uderzenia w twarz. Błyskawicznie się obrócił i nim Ewelina przejrzała jego zamiary, zamknął ją w swoich ramionach.
– Puść… Puszczaj! – Próbowała się wyrwać.
– Posłuchaj – szepnął jej do ucha. – W poniedziałek mam spotkanie w sprawie kupna ziemi w Rublowce – powiedział wolno, rozkoszując się każdym słowem.
– Żartujesz… – Nagle opadła z sił i spojrzała na niego pokornym wzrokiem.
– Nie – odparł dumnie. – Ale pojadę pod jednym warunkiem. – Zacisnął dłoń na pupie Eweliny. – Zabawimy się, jak w takim jednym filmie…

***
Zosia Jańczuk od wczesnych lat lubiła malować. Pierwszy konkurs plastyczny zorganizowany przez osiedlowy dom kultury w rodzinnym Wrocławiu wygrała w wieku siedmiu lat. Już wtedy wiedziała, że w przyszłości zostanie artystką. Do wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych dostała się za pierwszym razem. Pięć lat twórczych studiów należało do najwspanialszych w jej dotychczasowym życiu. Dwa tygodnie temu odebrała dyplom z malarstwa i rzeźby, i jako świeża pani magister otrzymała propozycję pracy na uczelni. Przyjęła ją ze łzami wzruszenia. Po wakacjach spodziewała się całkiem nowych wyzwań…
Do Włocławka przyjechała z początkiem sierpnia. Ciotka Basia, siostra jej ojca, jak zwykle z utęsknieniem wyczekiwała bratanicy. Po śmierci męża została zupełnie sama w dużym, wyremontowanym domu przy Leśnej, dlatego każdy przyjazd Zosi był dla niej jak święto. Od rana piekła ciasta, gotowała dwudaniowy obiad, przygotowywała wykwintną kolację. I modliła się, by dziewczyna została u niej jak najdłużej.
– Ciociu kochana! – Zosia zostawiła plecak w drzwiach i podbiegła do Basi. – Rodzice prosili cię uściskać.
– A nie mogli z tobą przyjechać? – zagderała wzruszona.
– Znasz ich przecież. – Machnęła ręką. – Z Wrocławia nosa nie wystawią. Tylko ja wciąż latam po świecie, to tu, to tam…
– Boś we mnie się wdała, moje dziecko, we mnie! – Otarła chusteczką łzę. – Ale nie stójmy tak, obiad już na stole czeka. W salonie – dodała tajemniczo. – Umyj ręce i przyjdź, kochanieńka. Ja jeszcze tylko kompot doniosę. Z moich wiśni robiłam. – Uśmiechnęła się i podreptała do kuchni.
Zosia skorzystała z łazienki, przebrała się w sukienkę i weszła do salonu. Przy stole siedział młody mężczyzna w okularach.
– Dzień dobry – bąknęła zaskoczona. Nie spodziewała się gości u ciotki. Otaksowała go szybkim spojrzeniem. Sympatyczny, zanotowała w myślach. – Jestem bratanicą pani Basi – przedstawiła się.
– Ach tak. – Skinął głową. – Od kilku dni słyszę tylko o pani. – Poprawił na nosie okulary, jakby chciał się jej lepiej przyjrzeć. – A jak minęła podróż? Z Wrocławia do Włocławka to w końcu szmat drogi.
– Nawet pan wie, skąd pochodzę – odparła zażenowana. – A ja…
– Pomóż mi, Zosiu! – Ciotka przerwała jej, z impetem wchodząc do salonu. W lewej ręce niosła dzban z kompotem, a w prawej półmisek z gotowaną kapustą. – Widzę, że już poznałaś naszego nowego diakona. Od czerwca mieszka u mnie, w tym pokoju z balkonem – rozanieliła się. – Pomaga proboszczowi w naszej cerkwi. Jutro będzie odprawiać nabożeństwo.
Mężczyzna chrząknął znacząco i zerknął na Zosię.
– Zapraszam z całego serca – wtrącił pośpiesznie. – Pani Barbara mnie ubiegła w wyjaśnieniach, więc pozostaje mi tylko się przedstawić. – Wstał i podał jej rękę. – Nikodem.

***
Podczas nabożeństwa Zosia wpatrywała się tylko w jeden punkt, i wcale to nie była twarz Nikodema. W nawie na stoliku, tutaj zwanym anałojczykiem, znajdowała się ikona. Szybko oszacowała, że artysta, który ją namalował, żył na przełomie XVI i XVII wieku. Centralną część dzieła zajmowała postać Marii pochylonej nad ciałem Chrystusa.
Zosia już wcześniej widziała ikonę z Powroźnika, w albumie sztuki cerkiewnej, jednak teraz mogła podziwiać ją na żywo. Po nabożeństwie została w kościele. Odmówiła modlitwę, po czym przeżegnała się, schylając głowę przed krzyżem umieszczonym w centralnej części ikonostasu.
– Myślałem, że pani wyszła ze wszystkimi – usłyszała szept za sobą i odwróciła się. Tuż za nią stał Nikodem. – Podziwia pani naszą ikonę?
– To arcydzieło – pochwaliła. – Jakim cudem znalazła się w waszej cerkwi?
– Starszy brat jest prezbiterem w powroźnickiej cerkwi. – Gestem ręki zaprosił ją do anałojczyka. – W moim imieniu poprosił swojego proboszcza o użyczenie nam ikony. I oto jest. – Spojrzał z czcią na obraz. – Aż do końca września.
– Można dotknąć?
– W drodze wyjątku, owszem – Uśmiechnął się. – Gospodyni wspominała, że pani jest artystką.
– Cioteczka przesadziła. – Twarz Zosi oblała się rumieńcem. – Dopiero zrobiłam dyplom. Magisterkę pisałam ze sztuki sakralnej kościołów prawosławnych w Polsce, stąd moje zainteresowanie. – Delikatnie przesunęła opuszkami palców po malowanej desce. – 1646 rok – szepnęła z szacunkiem. Nagle wpadł jej do głowy szalony pomysł. – Ojcze Nikodemie – zwróciła się do diakona. – Czy mogłabym zrobić kopię ikony?
– Musiałbym spytać proboszcza. – Zamyślił się. – Podejrzewam, że powinien się zgodzić.
– Proszę powiedzieć proboszczowi, że podaruję ją kościołowi – zaznaczyła.

***
Za oknem małego pokoju na piętrze wstawał świt. Zosia spakowała do drewnianej skrzynki farby i pędzle, wypiła szklankę mleka i cicho wyszła z domu. Do cerkwi, znajdującej się na cmentarzu komunalnym, nie miała aż tak daleko. Przeskakiwała kałuże pozostałe po nocnej ulewie, a w jej kieszeni podzwaniał pęk kluczy. Dostała go od proboszcza, który – jak się okazało – też był wielbicielem sztuki. Perspektywa posiadania w swojej cerkwi kopii ikony z Powroźnika niezmiernie go podekscytowała. Z wielką chęcią przystał na pomysł Zosi i zaproponował, by malowała wewnątrz świątyni. Od wczoraj skrzętnie wykorzystywała czas pomiędzy nabożeństwami. Nie śpieszyła się, a mimo to praca szła sprawnie i szybko. Głęboka cisza, która panowała w cerkwi, niosła spokój i odprężenie. Zosia czuła w sobie boskie natchnienie. Tydzień wcześniej zamówiła u stolarza deskę o wymiarach Piety, a następnie zadbała o jej wygląd. Zarówno drewno, jak i nałożony grunt musiały wyglądać staro. Dopiero przedwczoraj mogła przystąpić do dalszej pracy. Z oryginału przeniosła ołówkiem wzór malowidła na kalkę, a następnie z kalki na swoją deskę.
– I jak pani idzie? – Nikodem zjawił się w świątyni jak dobry duch.
– Dobrze, dziękuję – odpowiedziała skromnie. – Proszę mi mówić po imieniu. Tak będzie prościej – dodała ciszej.
Diakon nic nie odpowiedział. Wyszedł, aby przygotować się do porannego nabożeństwa. Pierwszy raz nie mógł się skupić na modlitwie. Aż do wieczora zastanawiał się, czy powinien zaproponować Zosi to samo.

***
Dziesięć dni później Zosia nakładała złocenia i dopieszczała ostatnie elementy swojej Piety. Splecione dłonie Chrystusa, świeże rany na Jego stopach i wzrok Matki wyrażający głęboki ból… Ilekroć zbliżały się święta Wielkiej Nocy, Zosia próbowała wyobrazić sobie tamte wydarzenia. I nie tylko. Wiele razy zadawała sobie pytanie, jak silna psychicznie musi być kobieta, której umiera dziecko. Może dlatego nie miała jeszcze narzeczonego i nie spotykała się z żadnym mężczyzną. Bała się konsekwencji, które niósł każdy związek, a jeszcze bardziej bała się macierzyństwa.
Było już późno, ale chciała się upewnić, że wszystko dopięła na ostatni guzik.
– Tylko jedno muśnięcie – mruknęła pod nosem i pędzlem do retuszu poprawiła złotą lamówkę wokół szaty Maryi. – I gotowe! – powiedziała triumfalnie.
Ostrożnie wyjęła oryginalną ikonę z ram i postawiła na podłodze obok kopii. Obrzuciła swoje dzieło krytycznym wzrokiem, ale prócz świeżych, bardziej intensywnych kolorów, niczym nie różniło się od autentyku. Postanowiła, że jutro z samego rana pokaże obraz Nikodemowi.
Zerknęła na wyświetlacz telefonu. Dochodziła dwudziesta druga. Musiała jeszcze posprzątać po sobie, warsztat pracy zamknąć w drewnianej skrzynce. Zgasiła małą lampkę, którą oświetlała ikony i kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności, skierowała się w stronę drzwi. Zanim nacisnęła klamkę, usłyszała metaliczny zgrzyt zamka. Ktoś po drugiej stronie próbował go odblokować.
– Ojciec Nikodem? – zapytała niepewnie. – Już skończyłam. Wychodzę.
Drzwi otworzyły się z rozmachem. Zamiast sympatycznego diakona, Zosia ujrzała zamaskowaną twarz. Krzyknęła przerażona, jednak po chwili zdała sobie sprawę, że o tej porze na cmentarzu nikt jej nie usłyszy. Jedyne, co mogła zrobić, to ratować się ucieczką. Rzuciła się biegiem w stronę ikonostasu, ale dogonił ją snop światła z latarki zbira. Do cerkwi wtargnął jeszcze jeden bandyta i pognał za uciekającą dziewczyną. Zosia czuła się jak zaszczute zwierzę. Zaszyła się w najciemniejszym kącie świątyni, wstrzymując oddech. Pieta, pomyślała przerażona w tym samym momencie, gdy pojawił się nad nią wielki, czarny cień.
– Chryste, pomóż – szepnęła, zanim dostała pięścią w głowę.

***
Pani Barbara nie mogła zasnąć. Przekręcała się z boku na bok, aż skrzypiało pod nią stare, małżeńskie łóżko. Zapaliła lampkę i spojrzała na budzik. Było już po północy, a ona nie słyszała, aby Zosia wróciła z cerkwi.
– Niemożliwe – zaniepokoiła się. Po śmierci męża często mówiła sama do siebie. – Może przysnęłam? – Wzruszyła ramionami. Nałożyła jednak kapcie na nogi i wyszła na korytarz. Bez pukania zajrzała do pokoiku Zosi. Dziewczyny nie było. Na pościelonym łóżku leżał tylko pluszowy miś.
Kobieta zdenerwowała się na dobre. Stanęła przed drzwiami do pokoju Nikodema i zawołała go. Odpowiedziało jej przerywane chrapanie.
– Ojcze Nikodemie! – powtórzyła znacznie głośniej, czując, że teraz to nawet umarłego wypędziłaby z grobu. – Proszę się obudzić!
Czekała w napięciu, nasłuchując uważnie. Nigdy tego nie robiła, ale w tym momencie przyłożyła nawet ucho do drzwi. Omal nie wpadła do pokoju, kiedy Nikodem je otworzył.
– Co się stało, pani Basiu? – zapytał zaspanym głosem.
– Zosia nie wróciła do domu! – odparła przerażona. – Dochodzi pierwsza w nocy!
– Rzeczywiście, to do niej niepodobne. – Przetarł okulary i włożył je na nos.
– Jeśli Zosieńkę spotkało coś złego… – załkała. – Co ja powiem jej rodzicom?
– Spokojnie, droga pani Basiu. – Poklepał ją po ramieniu. – Już się ubieram i idę do cerkwi. Może po prostu tam zasnęła – próbował ją pocieszyć.
Pani Basia pokręciła głową z dezaprobatą.
– Pojedziemy autem mojego męża – odezwała się, schodząc na parter. – Ojciec ma prawo jazdy?
– Tak – odpowiedział zaskoczony. – Tak, oczywiście.

***
Cmentarz tonął w mroku. Pani Barbara przeżegnała się bogobojnie, rozglądając się ze strachem. Kiedyś sąsiadka mówiła jej, że po północy duchy zmarłych spacerują tutejszymi alejkami. Żadnego z nich nie dostrzegła, ale na wszelki wypadek trzymała się blisko Nikodema.
– Dziwne. – Mężczyzna zmarszczył czoło, wkładając klucz do zamka. – Są otwarte…
– O, Boże – jęknęła pani Basia i wyciągnęła spod swetra młotek. Zacisnęła mocniej palce na trzonku. – To mojego świętej pamięci męża – wyjaśniła, widząc zdumienie w oczach diakona.
Nikodem włączył światło i świątynia nabrała barw. Już na pierwszy rzut oka coś mu nie pasowało. Wyglądało tak, jakby ktoś włamał się do cerkwi.
– Ikona! – krzyknął, podbiegając do anałojczyka. Przewrócony tyłem obraz leżał na podłodze. Na jego powierzchni widniały ślady butów.
– No, przecież jest. – Pani Basia stanęła za nim, ciężko dysząc. Schyliła się i podniosła zdewastowaną ramę. – A gdzie moja Zosia?
– Szukamy, pani Basieńko – odparł pośpiesznie, z czcią kładąc ikonę na stoliku. – Nie ma jej skrzynki z farbami. Może jednak wyszła stąd, zanim…
Ale Barbara nie słuchała go. Z uniesionym wysoko nad głową młotkiem zakradała się do ikonostasu. Przypomniała sobie film, w którym leciwa staruszka w ten sposób przegoniła złodzieja.
– Chryste Panie – wyszeptała nagle. Pod ścianą, za ikonostasem leżała Zosia. – Nikodemie, tutaj! – Zawołała, nie zwracając uwagi na konwenanse. – Ona nie żyje!

***
Zamaskowana postać w czarnym stroju goniła ją we wnętrzu ogromnej świątyni. Gdziekolwiek się nie ukryła, słyszała nad sobą szyderczy śmiech. Strach paraliżował jej ruchy. Musiała się stąd wydostać, ale jedyne wyjście było wysoko w suficie.
Obudziła się zlana potem. Jej wzrok zatrzymał się na drzemiącym w fotelu młodym mężczyźnie w okularach. Miała wrażenie, że już go kiedyś widziała.
– Pić – westchnęła słabym głosem. – Pić…
– Zosiu! – Nikodem otrząsnął się z drzemki. Jego twarz rozjaśnił uśmiech. – Jesteś, żyjesz! Poczekaj, zawołam siostrę.
Wybiegł na korytarz i po chwili wrócił z pielęgniarką. Kobieta wpierw sprawdziła zawartość kroplówki, po czym delikatnie zwilżyła gazikiem usta pacjentki.
– Chora musi się przyzwyczaić – wyjaśniła. – Ma wyschnięty przełyk. Trzeba ostrożnie go nawilżać. – Nabrała strzykawką wodę z kubka i powoli wlała ją do gardła dziewczyny. – Proszę spróbować samemu – zwróciła się do mężczyzny. – Wzywa mnie inny pacjent, ale będę tutaj zaglądać. Powiadomię doktora, że chora odzyskała przytomność.
Zostali sami. Dziewczyna przymknęła oczy, ponownie zapadając w sen. Koszmar powrócił.
– Nie! – wrzasnęła. Mężczyzna pochylał się nad nią. – Kim jesteś?
– Nikodem. Nie poznajesz mnie? – Zmartwił się. – Diakon z cerkwi. – Nie mógł zrozumieć, że jej oczy, dawniej lśniące i pełne życia, teraz straciły blask. – Namalowałaś dla nas ikonę, kopię siedemnastowiecznego dzieła. Kiedy wczoraj nie wróciłaś na noc do domu, poszliśmy cię szukać. Leżałaś nieprzytomna za ikonostasem. – Dotknął jej dłoni. – Przypomnij sobie!
– Ktoś… wszedł do środka… – powiedziała bardzo wolno. – A potem… uderzył mnie w głowę – dodała. – Mieli maski…
– Ilu ich było? – zapytał szybko.
Dziewczyna uniosła dwa palce. Czuła, jak znowu ogarnia ją zmęczenie. Zasypiała, śniąc tym razem o Nikodemie.

***
Starszy aspirant Jan Zdun podziękował gospodyni za herbatę i skosztował ciasta z agrestem. Tego typu kobietom wolał nie odmawiać, kiedy częstowały go swoimi wyrobami. Historia o starszej pani z młotkiem obiegła już cały komisariat.
– To może jeszcze naleweczkę? – Pani Barbara podeszła do kredensu. Wyjęła karafkę i dwa kieliszki.
– Dziękuję, nie mogę – odpowiedział zmieszany. – Jestem na służbie.
– A tak, rzeczywiście. – Wzruszyła ramionami i napełniła wiśniówką jeden z kieliszków. – Powiem panu, że naleweczka jest idealna na nerwy. A ja, po tym wypadku w cerkwi, nie mogę spokojnie spać. Biedne dziecko, ta moja Zosieńka. – Otarła łzę rąbkiem fartucha. – Dobrze, że już odzyskała pamięć. Jutro przyjeżdżają jej rodzice i zabierają do domu, do Wrocławia. Mój brat to taki domator, że szkoda gadać. Z dziesięć lat go nie widziałam, ale jutro będę mieć gości, jak na weselu. – Przerwała i posmakowała alkohol. – Samo zdrowie, mówię panu policjantowi.
Zdun zerknął ukradkiem na zegar z kukułką wiszący na ścianie. Dochodziło południe, a on tak niewiele dowiedział się w sprawie.
– Pani Barbaro, czy mógłbym porozmawiać z ofiarą zdarzenia? – zapytał wprost. Przed szesnastą musiał złożyć raport komisarzowi. – To bardzo ważne dla dobra śledztwa.
– Zosia pewnie odpoczywa – odparła z troską w głosie. – Zobaczę.
Zdun został sam. W myślach składał znane mu fakty. Rano przesłuchał tego diakona, Nikodema, i od razu wykluczył z kręgu podejrzanych. Chłopak szczerze się martwił zdrowiem poszkodowanej. Zofia Jańczuk… Miała cholernego pecha, przebywając w cerkwi w niewłaściwym czasie. Gdyby opuściła ją wcześniej, bezpiecznie wróciłaby do domu. Do próby zabójstwa dochodziła kradzież. Sprawcy wynieśli z cerkwi ikonę i rozpłynęli się jak we mgle. Zaangażowane do poszukiwań psy straciły trop przy bramie cmentarza.
– Dzień dobry. – Zosia stała w drzwiach i obserwowała go od jakiegoś czasu. Wyglądał na zamyślonego. – Pan do mnie?
– Tak. – Podszedł bliżej. – Jan Zdun, starszy aspirant. Prowadzę śledztwo w sprawie włamania do kościoła. Czy mogę zadać pani kilka pytań?

***
Droga z Włocławka do Warszawy dłużyła się Złociszowi jak nigdy dotąd, pomimo że na liczniku miał powyżej stu kilometrów na godzinę. Starał się jechać przepisowo, choć kusiło go, by docisnąć gaz. Chciał już mieć za sobą spotkanie z Pietrowną. Spojrzał w lusterko, sprawdzając, czy ikona jest na miejscu. Leżała na tylnym siedzeniu zawinięta w brezentowy worek. Dziwił się, że takie drętwe bohomazy mogą się komuś podobać. W obrazie nie było żadnej finezji tak charakterystycznej dla jego ulubionego baroku. Gdyby chodziło o Rubensa, to co innego. Chętnie zawiesiłby Trzy Gracje w swojej sypialni. Westchnął na samą myśl o rubensowskich kształtach.
Nagle wyprzedził go czarny mercedes na rosyjskich numerach i zaczął powoli zwalniać. Kierowca auta dał znak ręką, by Złocisz zrobił to samo.
– Co jest, kurwa… – Antoni mruknął pod nosem.
Zatrzymał się, nie wyłączając silnika. Z mercedesa wysiadł szpakowaty mężczyzna w garniturze. Dopiero teraz Złocisz rozpoznał go po charakterystycznym sposobie chodzenia. Rosjanin utykał na prawą nogę.
– Zdrastwujtie! – Sekretarz Pietrownej zastukał w szybę.
Złocisz zreflektował się i otworzył drzwi.
– Dzień dobry – odpowiedział. – Jakaś zmiana planów?
– Poniekąd. Moja szefowa wraca z Gdańska, z konferencji ekologicznej – skłamał. – Mieliśmy nadzieję, że będziemy w Warszawie przed panem. A tu niespodzianka, spotkaliśmy się na drodze. – Uśmiechnął się fałszywie. – Pięć kilometrów dalej jest zajazd. Zatrzymamy się tam i ubijemy interes. Mamy przy sobie wszystkie potrzebne dokumenty dotyczące zakupu ziemi w Rublowce – dodał rzeczowo. – Niech pan jedzie za nami.

***
Córka rosyjskiego oligarchy z trudem tłumiła podniecenie. Za chwilę, w maleńkim pokoju nad restauracją, miała wejść w posiadanie cennej, siedemnastowiecznej ikony. Niemym szeptem popędzała Złocisza, kiedy ten rozpakowywał obraz. Przymknęła na moment powieki, by spotęgować efekt euforii.
– Bardzo proszę – usłyszała głos włocławianina.
Po raz pierwszy uśmiechnęła się do niego, po czym przeniosła wzrok na ikonę. Długo czekała na ten moment. Już wyobrażała sobie zdumienie na twarzy ojca podczas wspólnej modlitwy w jej prywatnej kaplicy. Będzie musiał pogodzić się z faktem, że to ona stała się właścicielką dzieła.
– Szto eta? – Pobladła nagle. – Co to jest?
– Ikona. – Wzruszył ramionami Złocisz. – Pieta.
– Ty, durak! – syknęła, podchodząc do obrazu. Wypielęgnowanym, długim paznokciem zaczęła skrobać farbę z deski. – Co ty mi przywiózł? Co to za kolory?
– No, ładne – zgłupiał. – Żywe…
– Idiot! – wrzasnęła mu w twarz. – To nie jest oryginał!

***
Dwa dni później Ewelina Złocisz, jak zwykle, wyjechała z domu swoim bmw. Jak zwykle zaparkowała je na Księżycowej naprzeciw swojego salonu. Przekręciła klucz w zamku, weszła do środka i zmieniła sportowe buty na wysokie szpilki od Armaniego. Włączyła ekspres ciśnieniowy do kawy. Wkrótce kubek w różowe króliczki wypełniło aromatyczne cappuccino. Spojrzała na zegarek. Za kwadrans do pracy powinny przyjść kosmetyczki.
Niepokoiła się trochę milczeniem Antoniego. Co prawda, przed wyjazdem napomknął o Rosjance i zaznaczył, że będzie nieuchwytny przez pewien czas, ale jak na jej gust trwało to zbyt długo. Interesy interesami, jednak Warszawa nie leżała na drugim końcu świata.
– A może uwiodła go ta sowiecka bladź… – zastanawiała się, idąc do swojego gabinetu. Popchnęła drzwi i krzyknęła.
Na parkiecie, tuż przy jej stopach, leżał Antoni. Patrzył na żonę wzrokiem konającego. Był nagi. Z ran postrzałowych na głowie, dłoniach i stopach płynęła krew. Ewelina, szlochając, uklękła przy mężu.
– Kto ci to zrobił? – Pochyliła się nad nim. Próbowała go jeszcze ratować.
– Nie wiem – wycharczał i zamknął oczy.
Pięć minut później młodsza z kosmetyczek, wchodząc do salonu, usłyszała spazmatyczny płacz. Dochodził z gabinetu szefowej. Zaniepokojona, skierowała się w jego stronę. To, co zobaczyła, na trwałe wryło się w jej pamięć.
– Pieta – wyszeptała, przypominając sobie ilustrację ze szkolnego podręcznika do plastyki.

***
Zmierzchało. Na cmentarzu było już pusto. Deszcz zmywał kurz z marmurowych nagrobków. Wieczorne nabożeństwo w cerkwi skończyło się ponad godzinę temu. Nikodem ostatni raz sprawdził wszystkie zabezpieczenia, po czym wyszedł i starannie zamknął drzwi na klucz. Rozłożył czarny parasol i pobiegł do bramy. Lało jak z cebra.
Wtem przystanął zaskoczony. Nie wierzył własnym oczom. Przy starym, ceglanym murze stała ikona. Pieta Zofii Jańczuk. Wziął ją i wrócił do świątyni. Położył obraz na anałojczyku i odmówił modlitwę dziękczynną. W drodze do domu wstąpił do proboszcza, by przekazać mu dobrą wiadomość.

***
W następnym tygodniu Zosia dostała list w ręcznie zaadresowanej, niebieskiej kopercie. Zastanawiała się kogo, w dobie maili i smsów, stać na taki gest. Wyjęła ze środka białą kartkę zapisaną eleganckim, pochyłym pismem.
Sława Isusu Christu – przeczytała pierwsze słowa i uśmiechnęła się do siebie. – Witaj Zosiu! Z wielką radością donoszę Ci, że Twoja ikona trafiła z powrotem do naszej cerkwi. To cud prawdziwy! Wisi teraz w nawie, po prawej stronie. Jan Zdun, ten policjant, który prowadzi śledztwo, ma pełne ręce roboty. Okazało się, że przestępca, który dopuścił się świętokradztwa, nie żyje. Został zamordowany! Wyobraź to sobie! Teraz policja szuka nie tylko jego wspólnika, bo zeznałaś przecież, że było dwóch złodziei, ale także morderców tego człowieka. Był znanym biznesmenem. I jak tu nie wierzyć przysłowiu „Pieniądze szczęścia nie dają”? Nikt by się nie spodziewał, że Włocławek stanie się świadkiem tak sensacyjnych wydarzeń. Pani Basieńka z nerwów czasami spać nie może. – Zosia podniosła głowę, wyobrażając sobie ciotkę łażącą co noc po trzeszczących schodach. Ponownie wczytała się w list. – Życząc Ci dużo zdrowia, pozostaję bezgranicznie wdzięczny w imieniu proboszcza, swoim i naszej świątyni. Nikodem.
P.S. Zapomniałem o najważniejszym – Pani Basia gorąco Cię pozdrawia.

Reklamy