Opowiadanie opublikowane premierowo w antologii Obiecaj, wydanej w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu (Wydawnictwo Igloo, 2015). 

 *

Tego dnia umarł nasz kot.

Zupełnie bez zapowiedzi.

Jeszcze rano kręcił się pod nogami, bawił się kulką z wełny, a potem drzemał w słońcu na ścieżce przed domem. Ale gdy Jaime, Edmundo i ja wróciliśmy ze szkoły, kot leżał już zupełnie nieżywy w bujanym fotelu w saloniku. W tym samym fotelu, w którym przesiadywała codziennie jego przyjaciółka, ciotka Felicita – zanim zachorowała i musieli ją zabrać do szpitala, aż do Trujillo. W jednej chwili calutkie życie uszło z naszego kota i poszybowało gdzieś wysoko, zostawiając za sobą martwe futro, sztywne łapy i wielkie oczy, w których zastygł świat pozbawiony blasku i koloru.

Jaime od razu się popłakał.

– Przestań beczeć! – Edmundo palnął go w ramię, a potem sam zaczął majstrować paluchami przy oczach.

Mnie się nie chciało płakać. Byłem zły na kota za to, co zrobił. Oszukał mnie.

Każdy inny kot włóczący się po zakurzonych ulicach Santiago de Chuco znalazłby co najmniej sto powodów do umierania. Ale nie nasz Michi. On miał dom i nas, i własną blaszaną miskę, codziennie dostawał coś na kolację, a kiedy ojciec nie widział, pozwalaliśmy mu spać w naszym łóżku. O nic nie musiał się martwić. Niczego bać.  Po co więc umarł? Jaki miał cel? Bo przecież nie umiera się tak po prostu, bez celu.

Dopiero po chwili zaczęła do mnie docierać prawda. Nasz Michi umarł, bo umarł, i już. Taki kaprys. Jeden z wielu jego kaprysów. Pamiętam, że kiedyś przepadł i przez pięć dni szukaliśmy go wszędzie, bez skutku. Nawet ojciec go szukał. Szóstego dnia rano otworzyłem oczy i tuż obok swojej głowy zobaczyłem martwego ptaka. Wyskoczyłem z wrzaskiem z łóżka. Tymczasem Michi  obserwował mnie z uradowaną miną ze swojego posłania…

Teraz wpatrujemy się w nieruchomy fotel ciotki Felicity, Jaime ryczy, a Edmundo kopie nogą w ścianę, a ja mam wrażenie, że nasz najukochańszy kot spogląda na nas z obłoków – czy gdziekolwiek teraz przebywał – i śmieje się, bezczelnie mrużąc oczy.

Nabijał się z nas także wtedy, gdy z wysiłkiem próbowaliśmy wyprawić mu pogrzeb na dzikim poletku po drugiej stronie szosy. Bo przecież nie mogliśmy go tak zostawić, chociaż matka kazała nam od razu po szkole pędzić do kaplicy, broń Boże się nie spóźnić i nie wybrudzić tych okropnych niedzielnych spodni, które musieliśmy włożyć.

Już byliśmy spóźnieni. Jaime łaził za mną, pociągając nosem, a ja nie mogłem znaleźć żadnego szpadla ani motyki.

– Chico, patrz! – Edmundo biegł do mnie, wymachując nad głową grabiami.

Grabie jednak na niewiele się zdały. Grunt był suchy, twardy i pełen kamieni. Dopiero gdy wyrwaliśmy z korzeniami kilka badyli, a Edmundo zaczął pogłębiać otwór puszką po fasoli, ziemia postanowiła, że jednak lekką będzie… Złożyliśmy w niej ciało naszego kota, owinięte w mój ulubiony kolorowy szalik z alpaki, który dostałem na dziewiąte urodziny.

Nie zapomnieliśmy też o blaszanej misce, sznurku z pętelką i mleku w plastikowej butelce ze smoczkiem, z której jeszcze nie tak dawno pił Jaime.

Przykryłem grób kamieniami, a Edmundo z dwóch badyli ułożył krzyż.

– Musimy lecieć do kaplicy. Później zrobimy prawdziwy – powiedział.

Przytaknąłem.

To był pierwszy pogrzeb tego dnia. Wieczorem miał odbyć się drugi. Siostra naszej mamy, ciotka Felicita, w której fotelu umarł dzisiaj Michi, umarła kilka dni wcześniej. Mama mówiła, że lekarze już nic nie mogli dla niej zrobić i kazali tylko modlić się o cud. Nie potrafili nawet powiedzieć, z jakiego powodu umarła. I dlaczego tak nagle. Ja też nie mogłem tego zrozumieć.

Mama nie pozwoliła nam pojechać do szpitala. Nawet mnie, chociaż jestem najstarszy. W południe wsiadła z ojcem do furgonetki pożyczonej od Doktora i bardzo długo nie wracała.

Było ciemno, kiedy usłyszeliśmy chrzęst opon na ścieżce i warkot silnika. Potem wszystko ucichło.

Jaime już spał. Ja i Edmundo leżeliśmy bez ruchu w łóżku.

Mama weszła do domu i zawołała nas. Kiedy nas objęła, poczułem zapach leków i czegoś wstrętnie słodkiego. Powiedziała, że ciotka nie będzie już nas odwiedzać, siadać w swoim fotelu i opowiadać historii, ponieważ odeszła. Odeszła daleko. Potem dodała, że to może lepiej, bo nie będzie dłużej cierpieć. Wcale nie płakała. Tylko jej brązowe oczy patrzyły tak, jakby nic nie widziały.

– Nie ma co rozpaczać, Chico. Bóg tak chciał – mówiła i głaskała mnie po głowie, chociaż ja wcale nie rozpaczałem, tylko chciałem spać. – Ciała odchodzą, ale dusze wciąż wędrują po świecie, czasem nawet odwiedzają swoich bliskich. Są wszędzie, chociaż ich nie widać. Biedna Felicita. Niech odpoczywa w pokoju. Amen.

Zacząłem się zastanawiać, dlaczego właściwie Bóg tak chciał. Dlaczego zależało mu, żeby lekarze zabrali ciotkę Felicitę tak daleko, do szpitala w Trujillo, a potem żeby stamtąd odeszła… Przecież była dobra. Nigdy nie krzyczała, nie prała nas po tyłkach, robiła najlepsze na świecie picarones z miodem i znała mnóstwo opowieści. O pierzastym wężu, o okrutnym białym pishtaco i nieszczęśliwym chłopcu, który płakał krwawymi łzami. Ja najbardziej lubiłem o wężu. Tylko ojciec powtarzał, że ciotka zbyt często przesiaduje w naszym domu i zawraca nam głowę indiańskimi bredniami. „Wzięłaby się za rodzenie dzieci” – mówił. Bo ciotka nie miała swoich dzieci. Ale miała nas. I miała też Michi, o którym zawsze pamiętała. Przynosiła mu przysmaki i kulki z wełny do zabawy, a on mruczał rozłożony na jej kolanach albo krążył wokół niej z uniesionym ogonem. To ona dała mu to imię.

Wiedziałem, że ktoś musi powiedzieć kotu o tym, co się stało. Wróciłem do łóżka, ale tej nocy Michi długo nie przychodził. Czekałem na niego i nie mogłem zasnąć.

W ciemności docierał do mnie oddech Edmundo. Liczyłem po kolei każdy wdech, wydech i westchnięcie i próbowałem sobie wyobrazić, jak właściwie odeszła ciotka Felicita. Czy jej dusza poszybowała prosto do nieba wraz z ostatnim wydechem? A może przyfrunął do niej anioł i nakrył ją białym skrzydłem? Ciekawe, jak wyglądał… Czy był tak samo piękny jak aniołowie na obrazkach, które pokazywał nam ojciec Miguel? Miał złote włosy i długą suknię? Chciałem wiedzieć, co dokładnie powiedział i czy mówił w keczua, czy po hiszpańsku. Byłoby miło z jego strony, gdyby jednak w keczua, ponieważ ciotka nie cierpiała hiszpańskiego…

„Jutro wypytam ją o tego anioła” – pomyślałem. I dopiero wtedy dotarło do mnie, co powiedziała mama. Ciotka Felicita już nigdy nie przyjdzie…  W tej samej chwili poczułem na brzuchu miękkie łapy, a w oczach gorące krople. Spłynęły z obu stron po policzkach. Po nich były następne. Nie potrafiłem powiedzieć, czy były to moje łzy, czy kota. Połykałem je w ciszy, chociaż gardło miałem obolałe i ściśnięte. A one wciąż płynęły i płynęły.

Michi zaczął kręcić się w jedną i drugą stronę, a potem opadł ciężko tuż przy mojej twarzy. Czułem w nosie jego futro i zapach kurzu ze ścieżki. Głaskałem go, a on mruczał w ciemności. Słyszałem, jak wylizuje sobie łapy. Zawsze tak robił przed snem. Moje serce łomotało, a łzy stawały się jeszcze większe i bardziej gorące. Tak, to na pewno były moje łzy. Bo co będzie, jeśli Michi zechce szukać ciotki Felicity i także odejdzie?… Opuści nas a jego dusza powędruje nie wiadomo gdzie razem z aniołem w długiej sukni? Przytuliłem kota z całych sił. Nie uciekał.

– Ty nie odejdziesz, Michi, prawda? Nie odejdziesz od nas? – wyszeptałem. – Powiedz, Michi. Powiedz. Simiwañuy

Kot zamruczał głośniej i przekręcił się na posłaniu. Edmundo też się przewalał z boku na bok. Wymamrotał nawet coś przez sen w tej samej chwili, w której kot wcisnął mokry nos w moje ucho. Nie usłyszałem dokładnie… Ale łzy od razu przestały wypływać. Zrozumiałem. Zrozumiałem, że w ten sposób Michi obiecał.

I złamał obietnicę zaledwie kilka dni później…

– Chico, no chodź, spieszymy się. – Głos Edmundo wyrwał mnie z zamyślenia.

Rozejrzałem się. Nie było kota i jego mokrego nosa w moim uchu. Tylko zakurzona ulica, rzędy kolorowych domków, pole z badylami. I my wystrojeni jak na wesele. To znaczy na pogrzeb. Biegliśmy do kaplicy, a to nie było blisko i należało się spieszyć. Przynajmniej tyle mogliśmy zrobić dla ciotki za picarones i pierzastego węża.

Przeszliśmy szybko obok placu budowy, gdzie Carlos i jego siostra bawili się w polowanie, a potem, na rogu Trilce i Pumacahua, pomachaliśmy braciom Juan, którzy oparci o ścianę palili papierosy.

– Dokąd tak lecicie? – zawołał do nas starszy, Daniel, i zaciągnął się.

– Na czuwanie – odpowiedzieliśmy chórem, nie zwalniając kroku.

– Do Felicity? A to już dzisiaj?

– Już się dawno zaczęło.

– To my też zaraz przyjdziemy.

Byłem pewien, że ich matka siedziała w kaplicy od samego rana. Razem ze wszystkimi sąsiadkami, które czuwają przy każdym i zawsze.

Ja czuwałem dotąd tylko raz, kiedy umarł dziadek z Cachicadán. Babcia zaprosiła wszystkich, żeby mogli po raz ostatni napić się z dziadkiem i na niego popatrzeć. Leżał na środku pokoju w udekorowanej kwiatami drewnianej skrzyni. Był ubrany w piękne czarne poncho, na nogach miał błyszczące buty. Zjechały się wszystkie dzieci z naszej rodziny i mogliśmy się bawić nawet po ciemku i jeść tyle ciastek, ile tylko chcieliśmy. Mama mówiła, że w Santiago de Chuco też kiedyś czuwało się w domach, ale od kiedy parafię objął ojciec Miguel, czuwanie trzeba urządzać w kaplicy.

Czy u ciotki Felicity też będą ciastka i śpiewy?

Cmentarz leżał  na obrzeżach miasta, od strony dzielnicy San Jose. Szliśmy moim specjalnym skrótem, obok warsztatu samochodowego „Victor y Cesar” i sklepu ze słodyczami, a potem przeskoczyliśmy przez kamienne ogrodzenie, żeby przebiec przez pole pana Gustavo. Trzeba było jeszcze skręcić koło domu Doktora i dalej pobiec przed siebie, wzdłuż Miguel Grau, a potem Manuel Porturas, i zaraz za placem Taurina rozejrzeć się za wielkim żółtym krzyżem nad bramą cmentarza.

Byliśmy już dalej niż w połowie drogi, kiedy nagle Jaime stanął na środku i zaczął ryczeć. Pociągnąłem go za rękę, ale nie ruszył się nawet o krok.

– Jaime, co ty wyrabiasz?! Musimy biec! Przecież matka nas pozabija. – Edmundo szarpał go za łokieć.

Ale on stał i płakał coraz głośniej.

– Dlaczego beczysz, Jaime? Chodź! – Pochyliłem się nad nim i położyłem mu rękę na ramieniu. Cały drżał. – Zaraz będziemy na miejscu. Bolą cię nogi?

– Michi – wyszlochał.

– Co, Michi?! – Edmundo przestał go szarpać.

– Butelka…

-Jaka znowu butelka?! Jaime, o co ci chodzi?!

– Michi nie umie pić z butelki.

No tak. Dlaczego od razu nie pomyśleliśmy, że kot nie umie pić z butelki?…

– To był twój pomysł, Chico – ryknął na mnie Edmundo.

– Mój? Zwariowałeś chyba! Ja tylko powiedziałem, że on nie może tak leżeć w ziemi bez niczego. I że trzeba go owinąć w szalik z alpaki.

– No i jeszcze to! Jak on ma się napić cały pozawijany w jakiś szalik?

– Szkoda, że dopiero teraz jesteś taki mądry! – Miałem ochotę go palnąć, ale powstrzymałem się. – To był mój ulubiony szalik. I zostaje z Michim!

Edmundo podrapał się po głowie, zmarszczył brwi, po czym oznajmił z uroczystą powagą:

– Nie ma rady. Trzeba wrócić. Proponuję przelać mleko do miski. A szalik rozwiniemy i położymy kotu pod głowę.

– Wrócić?! Czy ty oszalałeś? Już od dawna powinniśmy siedzieć na czuwaniu! Ojciec przetrzepie nam tyłek jak nic. Tydzień nie usiądziesz.

– Ale po pogrzebie wszyscy zwalą się do domu. Matka nas nie puści. Zresztą ja nie będę przekopywał grobu w środku nocy, zapomnij!

– To jutro?

– Jutro jedziemy do babci. Na dwa dni!

– A po powrocie?

– Tyle czasu bez mleka?!

Jaime przestał płakać i zerkał raz na mnie, raz na Edmundo.

Jak zwykle to ja musiałem coś wymyślić.

Spojrzałem w kierunku cmentarza. Byłem pewien, że ciotka Felicita zrozumie nasze spóźnienie. Czy ona pozwoliłaby, żeby Michi tak leżał bez mleka? Od ojca i tak dostaniemy w skórę, wcześniej czy później, co za różnica. Edmundo wodził za mną wzrokiem. Skinąłem głową. Pobiegliśmy z powrotem.

Tym razem za warsztatem skręciliśmy w Poemas Humanos i weszliśmy na czyjeś podwórko, żeby jeszcze bardziej skrócić drogę. Jaime szybko się zmęczył i musiałem go wziąć na plecy. Już nie biegliśmy tak szybko. Niedzielne spodnie miałem do kolan pokryte kurzem, a w butach mnóstwo piachu, ale nie zatrzymywałem się. Myślałem, jak to wszystko Michiemu urządzić. Będzie potrzebna skrzynka albo przynajmniej sztywne pudełko, no i trzeba wykopać obszerniejszy dół. Próbowałem sobie przypomnieć, gdzie ojciec trzyma skrzynkę z narzędziami, i w tym momencie wpadliśmy zdyszani na naszą ulicę.

Zatrzymałem się. Jaime zeskoczył z moich pleców.

Przed domem stała czarna furgonetka, a przed naszymi drzwiami kłębiło się chyba pół miasteczka. Przełknąłem ślinę. Czyżby pogrzeb odbył się wcześniej? Bez nas…

Widząc to, Edmundo złapał Jaimego za rękę, zrobił trzy kroki do tyłu i znacząco kiwnął głową. Nie miałem pojęcia, co robić. Ucieczka nie miała sensu. Bo i gdzie tu uciec? Przywołałem obu ręką. Edmundo ani drgnął. Jaime też nie.

Spojrzałem jeszcze raz w stronę domu. Ludzi przybywało. Jeden za drugim wyłaniali się z uliczki za domem. Ktoś podjechał czerwonym samochodem z dużymi kołami. Byli różni wujkowie, jakieś stare kobiety i dzieciaki z naszej szkoły. Do głowy by mi nie przyszło, że tyle osób przyjdzie pożegnać ciotkę Felicitę. I wtedy mnie olśniło! Przecież ojciec nie będzie nas lał w takim tłumie. Nawet by się nie mógł porządnie zamachnąć.

– Edmundo, chodź – zawołałem. – Powiem, że musieliśmy dłużej zostać w szkole.

– My nie idziemy, zapomnij.

– Nawet nas nie zauważą. Zobacz, ile ludzi.

– Nie!

– Głupi tchórz! – rzuciłem i sam pobiegłem do domu. Chciałem już mieć to za sobą.

Na szczęście nie natknąłem się od razu na rodziców. Pewnie stali w środku. Wcisnąłem się pomiędzy ludzi, którzy wspinając się na palce i wychylając głowy, coś sobie pokazywali. Poznałem czerwone buty Doktora. Zdawało mi się, że zobaczyłem też ojca i matkę Carlosa. I właściciela warsztatu samochodowego. Po co oni tu przyszli?

Zaczynało brakować mi tchu. Tłum był gesty i napierał na mnie coraz mocniej Zrobiło mi się duszno, więc zacząłem się  rozpychać łokciami i przedzierać do przodu. Sam nie wiem kiedy, wypadłem na środek saloniku.

I wtedy zobaczyłem.

W pokoju, w wiklinowym fotelu odpoczywała ciotka Felicita, owinięta w kolorowy szalik z alpaki. Odwróciła głowę w moją stronę i uśmiechnęła się kocimi oczami.

Reklamy