walk-932965_960_720Przed kilkunastoma minutami powróciliśmy z nieba. On śpi głęboko, jak zawsze po udanym seksie, naga pierś powoli, miarowo unosi się w spokojnym oddechu. Jego usta przed chwilą pieściły to miejsce na wewnętrznej stronie moich ud, które on kocha najbardziej.

Teraz są lekko rozchylone. Składam na nich pocałunek, muśnięcie zaledwie, by go nie obudzić. Ostrożnie wychodzę z łóżka i skradam się do łazienki. Zabieram stamtąd nóż, który ukradłam z hotelowej restauracji i ukryłam pod stertą kąpielowych ręczników.

Wracam do pokoju. Patrzę na spokojną, odprężoną twarz, na rozrzucone ramiona. Tak bardzo kocham to ciało. Oczami oznaczam punkt, w którym bije serce. Tyle razy słyszałam to bicie. Nie pomylę się.

Podnoszę ręce wysoko. Trzymam w nich nóż. Biorę zamach. Ostrze bez żadnego dźwięku wbija się głęboko niczym w masło.  

Stoję i patrzę. On nie otwiera oczu, jakby nadal spał. Krew ma barwę tulipanów, które wczoraj od niego dostałam.

 

Obudziłam się z krzykiem. R. z pewnością go nie usłyszał. Od dawna śpimy w osobnych pokojach. Zza ściany dobiegało chrapanie.

Spojrzałam na zegarek: piąta piętnaście. Otworzyłam laptop.

 

KOCHANY, JESTEŚ TAM? MIAŁAM OKROPNY SEN. TAK STRASZNY, ŻE SIĘ NAWET BOJĘ CI GO OPOWIEDZIEĆ. ZA OKNEM NIEDŁUGO ŚWIT. JAK DOBRZE, ŻE TO BYŁ TYLKO SEN.

 

KOCHANA, JESTEM. WŁAŚNIE MYŚLAŁEM O TOBIE. JESZCZE SIĘ NIE POŁOŻYŁEM. PRACUJĘ. ZA MOIM OKNEM TAKŻE ŚWIT. PRZESYŁAM CI PIERWSZY, NAJWCZEŚNIEJSZY PROMIEŃ SŁOŃCA. KOCHANIE MOJE. PRZEGOŃ WSZYSTKIE ZŁE SNY. CAŁUJĘ TWOJE RAMIONA I RZĘSY. CIEBIE CAŁĄ. A NAJGORĘCEJ TAM… WIESZ GDZIE.

 

18 września

Na forum „Pięćdziesiąt Plus” od kilku dni śledzę ciekawe dyskusje. Coraz mocniej mnie korci, by też w nich zabrać głos. Moją uwagę zwróciły wypowiedzi kogoś o nicku Orion. Jest w nich nie tylko mądrość i trafność obserwacji, ale też piękny język, zaskakująco dowcipne i lekkie sformułowania, przyprawione delikatną nutą poezji. Zawsze kochałam poezję i byłam wrażliwa na piękno języka.

Tak bardzo mi tego brak w codziennym życiu z R.!

 

23 września

Zalogowałam się tam. Jako Ava. Włączyłam się w rozmowę na temat ostatniego spektaklu w teatrze telewizji. Nie ukrywam, że głównym motorem była chęć wymiany opinii z owym Orionem. Znowu tak ładnie brzmiały jego słowa… Ciekawe, kim jest. A jeśli to kobieta, choć używa męskich form czasownikowych i dla zmyłki przybrała pseudonim sugerujący faceta? W tym netowym oceanie wszystko jest możliwe. Jednak mam nadzieję, że Orion to mężczyzna z krwi i kości.

 

18 października

Powoli uzależniam się od codziennego zaglądania na forum. Od conocnego tym bardziej. R. śpi i nie ma pojęcia, czym się zajmuję. Tak jest wygodniej. Nie muszę kłamać, że odbieram pocztę lub płacę rachunki. Zresztą! Gdybym się przyznała, że nocami jestem w takiej ekscytującej, magicznej krainie, tak daleko od domu, pewnie nawet by nie dosłyszał. Co najwyżej zza gazety wydałby pomruk w rodzaju: „mhm” lub „aha”.

 

20 października

Nie do wiary! Już nie jestem tylko Avą. Orion poznał moje prawdziwe imię. A on – to Juliusz. Taki erudyta, znawca poezji, jakże adekwatnie!

To się stało dzisiejszej nocy. Rozmawialiśmy znów bardzo długo na forum, właściwie to był już tylko nasz duet, inni rozmówcy wykruszyli się. Napisał: „Marzę o tym, by poznać Cię bliżej. Mam w profilu adres, będę wdzięczny, jeśli napiszesz do mnie na priv. Proszę o jedno Twoje słowo. Czasem jedno znaczy tak wiele”.

Nie wahałam się długo. A słów było tyle, że nie jestem w stanie wszystkich przytoczyć. Jego słów. Fascynujących.

R. nigdy tak do mnie nie mówił.

 

19 listopada

To już miesiąc, jak piszemy do siebie. Na forum zaglądam teraz rzadko, nie mam czasu. Cała jestem przeniknięta cudowną aurą Listów Juliusza. Tak, nie maili, a Listów. Celowo używam wielkiej litery.

Czy to nie śmieszne, żeby kobieta pięćdziesiąt plus popadała w takie egzaltacje? Ale ja doświadczam czegoś niesamowitego. Już dawno, zdawałoby się, pogrzebanego, a teraz znów przywróconego do życia.

Kiedy ostatni raz tak biło mi serce? Gdy miałam dwadzieścia lat? Trzydzieści najwyżej. I już nigdy potem.

 

21 listopada

Juliusz jest młodszy ode mnie, ma czterdzieści osiem lat. Gdy go spytałam, skąd wobec tego wziął się na „Pięćdziesiąt Plus”, odparł, że ręka przeznaczenia zawiodła go tam, aby mógł poznać mnie. Wolałabym te wyznania przyjmować ostrożniej, z większym dystansem, ale nie potrafię. Od dawna nikt takich słów mi nie mówił, więc rozwalają mnie.

Nie jest piękny (właśnie przysłał mi fotkę), ale ma cudowne, przenikliwe oczy w ciemnej oprawie. Na fotografii mają granatową barwę, w rzeczywistości są ponoć ciemnoszare. I uśmiech. Tajemniczy, rozmarzony, zniewalający.

Coraz więcej o nim wiem. Jest wykładowcą na jednej z uczelni w Szczecinie. Od dawna rozwiedziony. Napisał, że ze względu na różnicę charakterów jego małżeństwo było pomyłką. Mieszka sam.

Ma chorego na autyzm czternastoletniego syna Konrada. Opiekę sąd przydzielił matce, ale Juliusz bardzo się o syna troszczy, odwiedza, wozi na rehabilitację.

Nie chciałam przed nim ukrywać, że jestem mężatką. Formalnie, bo z R.  łączy mnie już tylko stół. Juliusz napisał, że najważniejsze jest nasze pokrewieństwo dusz, a reszta kompletnie nie ma znaczenia.

 

22 listopada

R. jednak wyściubił nos zza tej swojej gazety i spytał, czemu ostatnio tyle czasu spędzam przy komputerze. O, jednak zauważył! Skłamałam, że odnalazłam koleżankę z liceum i wspominamy dawne czasy. Uśmiechnął się z niedowierzaniem, lecz nie powiedział nic więcej.

W gruncie rzeczy mało mnie obchodzi, co on myśli. Bo nie napiszę „co czuje”, gdyż jestem przekonana, że od dawna nie czuje nic. Byle dostać obiad pod nos i mieć codziennie świeżo wyprasowaną koszulę, po pracy zatopić się w lekturze „Wyborczej”, po obiedzie uciąć sobie drzemkę, wieczorem bezmyślnie gapić się w telewizor.

Wierzyć mi się nie chce, że kiedyś go kochałam i dla niego zostałam kuchtą domową, rezygnując z pracy i ambicji. Dziś minął nawet żal o to. Dzieci odchowane, wnuki daleko, od tak dawna jesteśmy z R. jedynie obok siebie, że stał się dla mnie nieomal przezroczysty.

 

27 grudnia

Już po świętach. Była córka z zięciem i wnukami, wyjechali dziś rano. Synowi nie udało się z Londynu przyjechać, strasznie zapracowany.

Urządzałam te święta i uczestniczyłam w nich tylko ciałem. Duchem – wiadomo. Juliusz napisał, że zajrzał „w wielką księgę przyszłości” i zobaczył w niej nas oboje przełamujących się opłatkiem, może już za rok. To zapewne tylko ładna figura stylistyczna, nie mogę przywiązywać się do takiej wizji. Lecz chciałabym…

 

4 stycznia

Mamy się spotkać. On często jeździ służbowo do Poznania, więc tam. Wydaje mi się, że nawet jako nastolatka przed pierwszą randką nie byłam tak podniecona.

Powiadomiłam R., że wybieram się na spotkanie z tą odnalezioną koleżanką. Czy mi uwierzył? Jego sprawa.

 

12 stycznia

Juliusz, Juliusz, Juliusz! Najpierw zakochałam się w jego słowach. Teraz w nim. Boże, zapomniałam już, jakie to może być cudowne uczucie! Aczkolwiek, biję się w piersi, w pierwszej chwili byłam rozczarowana. Niski, chudy, w szaroburym podniszczonym paletku. Ale kiedy w kawiarni zaczęliśmy rozmawiać, jego twarz piękniała z każdą minutą. Zaskakiwał mnie cytatami z wierszy. Robił to i w Listach, lecz nie sądziłam, że tyle utworów potrafi przytoczyć z pamięci. I to jego granatowe spojrzenie. Magnetyzujące.

Trzymaliśmy się za ręce jak dwoje zakochanych nastolatków, a na pożegnanie mnie pocałował. Nie ma takich słów – ja z pewnością ich nie znam – by opisać, co czułam.

Następne spotkanie już za tydzień.

 

14 stycznia

Niby zaledwie tydzień, a to przecież aż siedem dni niecierpliwego czekania. Tłumy godzin, oceany minut, wszechświaty sekund, wypełnione codzienną prozą. R. w fotelu z gazetą, zdawkowe co chcesz na obiad, mroźno dziś, Marta dzwoniła, że dzieci przeziębione, znów jadę się spotkać z tą koleżanką, jedź, ona mieszka w Poznaniu? tak, jest bibliotekarką (w kłamstwie niedługo dojdę do perfekcji), rachunek za gaz przysłali…

I tylko poranne esemesy na dobry dzień, i długie rozmowy, gdy R. jest w pracy, i noce, sny i Listy pełne pięknych słów i marzeń.

 

20 stycznia

Stało się. Znów nie wiem, jak o tym pisać, by nie wyszła śmieszność czy wręcz profanacja. Dał mi to, czego od dawna nie potrafił dać mi R., to wszystko Najważniejsze, Najpiękniejsze, co mężczyzna może dać kobiecie.

Bałam się reakcji Juliusza na widok mojej nagości. Co tu się oszukiwać, żadne siłownie, biegi, pływania, tony peelingów i balsamów nie sprawią, że z moich ud i pośladków zniknie cellulit, ciało zyska jędrność dwudziestolatki, a piersi, które wykarmiły dwoje dzieci, uniosą się sprężyście.

– Jesteś nieziemska – powiedział. – Jak grecka bogini o ciele z alabastru. Kocham twoje dojrzałe piękno.

I wstyd zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A potem… Nie przypuszczałam, że kobieta w moim wieku potrafi wzlecieć tak wysoko i z rozkoszy krzyczeć na pół hotelu.

Jak pięknie jest kochać.

 

NAJUKOCHAŃSZA, DZIĘKUJĘ CI. MOJE DNI I NOCE WYPEŁNIAJĄ WYŁĄCZNIE DWA UCZUCIA: MIŁOŚĆ I TĘSKNOTA. TĘSKNIĘ I KOCHAM KAŻDYM MILIMETREM MEGO JESTESTWA. WANDO NAJDROŻSZA, OSZALAŁEM. TERAZ JESZCZE BARDZIEJ CIĘ PRAGNĘ. JAK MOGŁEM DOTĄD ŻYĆ, NIE ZNAJĄC CIĘ?

 

KOCHANY, DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚ. NIE UMIEM TAK PIĘKNIE PISAĆ JAK TY, LECZ CZUJĘ TO SAMO. JEŚLI TO JEST SZALEŃSTWO, NIECH TRWA WIECZNIE.

 

22 marca

Tak. Przy nim wierzę nawet w wieczne trwanie. Już nic innego się nie liczy. Tylko nasze spotkania i plany. Tak, plany, bo Juliusz robi przymiarki do naszej wspólnej przyszłości. Musi uregulować swoje sprawy, ale już się zaczął rozglądać za miejscem, w którym moglibyśmy być razem.

Jestem na to gotowa. Mogę z nim zamieszkać nawet pod mostem.

 

25 marca

Jeszcze zdążymy tanio wynająć małą mansardę

Z oknem na rzekę lub też na park.

Jeszcze zdążymy naszą miłością siebie zachwycić,

Siebie zachwycić i wszystko w krąg.

Jest już za późno!

Nie jest za późno!

 

Te wersy przysłał mi dziś Juliusz. Podzielam jego wiarę!

 

4 maja

– Żartujesz – powiedział R., gdy mu oznajmiłam, że zamierzam się wyprowadzić i zmienić swoje życie. – Będzie ci się chciało od nowa wić gniazdko? Wybierać kolor farby do ścian, kupować talerze, widelce, nowy dywan? Do reszty zgłupiałaś, współczuję. Wnuki powinnaś bawić, a nie życie zmieniać. Ale jak chcesz. Dam ci rozwód i droga wolna.

Nawet nie był zaskoczony. Drwił. Wszystko się we mnie trzęsło, lecz odparowałam z podobnym szyderstwem:

– Nie potrzebuję rozwodu, łaskawco. I to ja ci współczuję. Będziesz musiał ruszyć dupę z fotela i sam prasować koszule.

Tą „dupą” chciałam mu szczególnie dopiec, bo normalnie nie bywam wulgarna. Czy on naprawdę był mi kiedyś bliski? Wierzyć mi się nie chce!

 

11 maja

Na razie moje codzienne życie nie uległo zmianie, prócz tego że proza kontaktów z R. stała mi się jeszcze bardziej nienawistna. Ale to nic, wytrzymam. Juliusz zapewnia, że dzień, w którym wyruszymy wspólną drogą, jest coraz bliższy. I tylko to się liczy.

 

KOCHANY, JUŻ NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ. WYBACZ MI TĘ NIECIERPLIWOŚĆ. CORAZ TRUDNIEJ MI DŹWIGAĆ TRUDNĄ CODZIENNOŚĆ. TYLKO NADZIEJA, ŻE TO SIĘ WRESZCIE SKOŃCZY, POMAGA MI ŻYĆ. NIE PONAGLAM CIĘ, BROŃ BOŻE! WIEM, JAK BARDZO SIĘ STARASZ I JESTEM CI ZA TO NIESKOŃCZENIE WDZIĘCZNA.

 

NAJDROŻSZA, JUŻ WKRÓTCE SZAROŚĆ PRZYKRYJĄ TĘCZOWE BARWY SZCZĘŚCIA. BĘDZIEMY RAZEM. WIERZ MI I CZEKAJ, MOJA MIŁOŚĆ WYNAGRODZI CI WSZYSTKIE UTRAPIENIA.

 

4 sierpnia

Dużo mniej w ostatnich miesiącach było spotkań i Listów. Stan zdrowia Konrada gwałtownie się pogorszył i Juliusz musiał poświęcić synowi więcej czasu, umawiać lekarzy, pielęgniarki, organizować dodatkowe ćwiczenia, masaże – a i tak, bliski załamania, powtarzał, że liczy już tylko na cud. Płakałam wraz z nim, jednocześnie starając się z całej mocy dodawać mu otuchy.

Na szczęście pomału zaczyna się poprawa. Podziwiam poświęcenie Juliusza, jego wysiłki, zaangażowanie. Wyobrażam sobie, jak to absorbuje czas i środki, nawet zaproponowałam, że mogę go wspomóc finansowo, lecz odmówił.

Jestem wdzięczna losowi, że postawił na mojej drodze tak Pięknego Człowieka.

 

16 sierpnia

Tak się cieszę! Juliusz znalazł już mieszkanie, trwają sprawy urzędowe. Zajął się również remontem, dlatego teraz mniej czasu będzie mógł poświęcić naszym kontaktom, zwłaszcza że na uczelni też ma nawał pracy. Prosił o wybaczenie i cierpliwość. Ależ rozumiem!

Zaczęłam się pakować, czekam tylko na sygnał. Nie zamierzam zabrać niczego prócz osobistych rzeczy. Nie będę się handryczyć z R., rozdzielać majątku, włóczyć po sądach, to poniżej mojej godności. Potrafię być wspaniałomyślna.

Radość mnie uskrzydla, tyle jest we mnie szczęścia, że mam ochotę cały świat wziąć w ramiona.

 

Cztery nagie ściany bez okien otaczają nas jak klatka, z której nie można się wydostać. Stoję bosymi stopami na kamiennych płytkach. Mają trupią, siną barwę. Jest mi zimno. On klęczy u moich stóp. Patrzy błagalnie. O coś prosi. Nie rozumiem słów. Szlochając, próbuje objąć moje nogi, lecz odpycham go silnym kopniakiem, jak natrętnego kundla. Łka jeszcze rozpaczliwiej, aż dłońmi zatykam uszy. Wije się na podłodze, w końcu nieruchomieje. Jego oczy wciąż wpatrują się we mnie. Granatowe oczy pełne łez i żalu. Nie czuję nic poza chęcią, by podnieść stopę i kopnąć go w twarz. W końcu to robię.

 

20 października

To ballada o zabitej,

która nagle z krzesła wstała.

Wszystkie po zabójcy ślady

pali w piecu. Aż do szczętu

fotografii, do imentu

sznurowadła z dna szuflady.

Ona nie jest uduszona.

Ona nie jest zastrzelona.

Niewidoczną śmierć poniosła.

Ona wstała, jak się wstaje.

Ona chodzi, jak się chodzi.

Nawet śpiewa czesząc włosy,

które rosną.*

 

Przedwczoraj po raz ostatni widziałam J. (już nigdy nie wymówię tego imienia!). Zabita – żyję. Muszę to wszystko z siebie wypisać. Nie: wypłakać, bo oczy mam suche. A serce… Sercu dajmy na razie spokój.

Po długiej przerwie spotkaliśmy się znów w Poznaniu. Od początku czułam, że coś nie gra, mimo że jak zawsze zaczęliśmy od łóżka. Tak bardzo już za tym tęskniłam, lecz J. był mniej uważny i czuły niż zwykle. Podczas kolacji też wydawał się chwilami nieobecny, zamyślony. Mówił, że jest przemęczony, że ma kłopoty w pracy. Zaniepokoiłam się na dobre, gdy wieczorem zadzwonił jego telefon i wyszedł z nim do łazienki. Usłyszałam: „tak, będę na pewno” i coś jeszcze, znacznie cichsze, brzmiało jak „kochanie”.

– To Weronika, rehabilitantka Konrada, przesunęła jutrzejsze spotkanie na wcześniejszą godzinę – powiedział z miną przyłapanego na gorącym uczynku, choć nie spytałam, kto dzwonił.

Mój niepokój rósł. Powzięłam plan rodem z najbardziej kiczowatej opery mydlanej. Zresztą miałam nadzieję, że wszystko się wyjaśni na plus. Udałam, że szybko zasnęłam. Nie czekałam długo. Wymknął się do łazienki, drzwi zostawił niedomknięte, by nie hałasowały, zakradłam się na palcach…

Teraz już nie miałam wątpliwości. Zapewniał to „kochanie” po drugiej stronie, że tęskni „niebotycznie” i że jutro na pewno się spotkają.

Gdy wrócił do łóżka, nadal „spałam”. Rano już wiedziałam, co zrobić, choć wcześniej nigdy bym nie przypuszczała, że będę do tego zdolna. J. poszedł pod prysznic. Zawsze te ablucje trwały długo, miałam sporo czasu. Na stoliku leżał jego telefon. Nie był wyłączony.

Co za głupi zadufek, nawet nie chciało mu się zacierać śladów! Większość wysłanych przez niego wiadomości brzmiała podobnie, z tymi pierdami o tęsknocie i porannych promieniach słońca, zmieniały się tylko adresatki. Weronika, Aga, Maria… I ja oczywiście.

W wiadomościach odebranych ostatnia, od Weroniki, brzmiała: „Czekam”, lecz najbardziej poraziła mnie wcześniejsza – od Asi. Córki? „Tatusiu, pamiętaj, że obie z mamą mamy ten sam rozmiar – 38!!!”

Gdy J. wyszedł z łazienki, już gotowa do wyjścia siedziałam przy stoliku.

– To ile rehabilitantek ma twój syn? – spytałam.

– Nie rozumiem. Jedną, o co ci chodzi?

– A może on jest córką, o rozmiarze trzydzieści osiem, takim jak ma twoja żona? – Wyciągnęłam zza pleców ten telefon i rzuciłam w jego stronę.

Pojął. Zaczął wyjaśniać bezładnie, że to nie tak, że go źle zrozumiałam, „zaklinam cię, wysłuchaj mnie, pozwól wytłumaczyć, daj mi szansę”, próbował przede mną klęknąć. Odepchnęłam go i wyszłam bez słowa.

 

KOCHANA, BŁAGAM, NIE PRZEKREŚLAJ NASZEJ MIŁOŚCI! TAK, POSTĘPOWAŁEM NIKCZEMNIE. WYZNAJĘ CI TO ZE SKRUCHĄ I NADZIEJĄ, ŻE BĘDZIESZ UMIAŁA WYBACZYĆ. POGUBIŁEM SIĘ. LECZ TERAZ WIEM, ŻE TYLKO CIEBIE PRAWDZIWIE KOCHAM. ZAKLINAM, UWIERZ MI. JESTEŚ DLA MNIE JAK TLEN, BEZ CIEBIE NIE POTRAFIĘ ŻYĆ!

 

J. stoi za katedrą, prowadzi wykład, sala jest zapełniona. We wszystkich rzędach siedzą wyłącznie kobiety. Nigdy wcześniej ich nie widziałam, lecz poznaję. Aga. Maria. Weronika. Obok nich Numer Trzydzieści Osiem. Tuż za nimi pozostałe. Tłumy kobiet. Stoję za plecami J. Wszystkie mają wzrok utkwiony we mnie, choć on myśli, że w niego. Daję im znak niczym dyrygent orkiestrze przed rozpoczęciem koncertu. Zrywają się ze swoich miejsc i biegną z krzykiem w stronę katedry. Nie widzę twarzy J., tylko gest jego ramion, gdy zasłania się przed ciosami. Spokojnie opuszczam salę i zamykam za sobą drzwi.

 

23 listopada

Jak mogła zrobić ze mnie głupią owcę grafomania tego palanta? Boże, jak mogłam brać udział w takim kiczu???

 

24 listopada

Wykasowałam z telefonu numer J. i wszystkie jego wiadomości. Usunęłam maile i zmieniłam adres poczty. Zlikwidowałam konto na „Pięćdziesiąt Plus”. Posprzątałam po moim ponad rok trwającym szaleństwie. Wymiotłam najdrobniejsze pyłki, skrupulatnie i sprawnie, niczym wykwalifikowana pomoc domowa.

Paradoksalnie – kicz mnie uratował. Nie wyskoczyłam przez okno, nie odkręciłam gazu ani nie zawisłam na sznurze do bielizny. Bo to by dopiero było szczytem kiczu!

Pozostał mi tylko wstyd i niesmak.

 

17 grudnia

Moje życie pomału wraca na poprzednie tory. Chociaż… Jest i nowy element. R. teraz sam prasuje swoje koszule. Czasami przy okazji przeleci żelazkiem moją spódnicę czy bluzkę. Trzeba przyznać, że całkiem dobrze mu to wychodzi.

 

 


*Przytoczone fragmenty wierszy – autorstwa Edwarda Stachury i Wisławy Szymborskiej

 

 

Reklamy