male-801987_960_720
fot. Unsplash

… i nie było nic dziw­nego w tym zle­ce­niu. Zwy­kle blo­ko­wi­sko, odra­pana klatka scho­dowa; może drzwi bar­dziej ele­ganc­kie niż pozo­stałe i w odróż­nie­niu od innych… uchy­lone. Cza­sem tak się zda­rza. Punk­tu­al­nie o osiem­na­stej prze­kro­czy­łem próg ciem­nego przed­po­koju, na któ­rego końcu maja­czyło cie­płe świa­tło świecy. Wie­działem dokąd iść. Klient sie­dział na przy­tul­nej skó­rza­nej sofie trzy­ma­jąc w dłoni kie­li­szek bia­łego wina. Mia­łem nadzieję, że wytrawne. Po słod­kim boli mnie głowa.

Jego ubiór wska­zy­wał, że przy­go­to­wał się na to spo­tka­nie. W nikłym świe­tle świecy usta­wio­nej na końcu prze­stron­nego salonu udało mi się doj­rzeć, że miał jasną koszulę z koł­nie­rzy­kiem i czarne dżin­sowe spodnie. Oczami wska­zał miej­sce koło sie­bie i podał napeł­nioną uprzed­nio lampkę. Wie­działem, że nie będziemy roz­ma­wiać. Od razu prze­szedł do rze­czy. Nie­cier­pli­wymi ruchami zaczął roz­pi­nać mi koszulę i cało­wać cało­wać po szyi. Zwy­kle na to nie pozwa­lam, ale on miał w sobie taką siłę, że nie mogłem się oprzeć. Jego klatka pier­siowa była gładka i umię­śniona niczym posąg Apol­lina. Rzadko pra­cuję z takimi. Nie­mal zry­wa­li­śmy z sie­bie ubra­nia. Po chwili obaj byli­śmy nadzy. Sta­li­śmy naprze­ciw sie­bie oddy­cha­jąc głę­boko z podnie­ce­nia, a drżący pło­mień świecy otu­lał nasze ciała.

Zupeł­nie pod­świa­do­mie prze­ka­zał mi swoje pra­gnie­nia. Uklęk­ną­łem więc przed nim i deli­kat­nie zaczą­łem pie­ścić mu mosznę, a języ­kiem jeździ­łem po żołę­dzi. Sły­sza­łem jak jęczy, co dodat­kowo mnie nakrę­cało. Gdy był już mak­sy­mal­nie twardy, sil­nym gestem kazał mi wstać i odwró­cić się tyłem. Wspar­łem się o opar­cie sto­ją­cego obok fotela i po chwili poczu­łem jak z całą siłą we mnie wcho­dzi…

Zamknął z trza­skiem gruby notes i rzu­cił go ze wstrę­tem na biurko. Nawet nie zauwa­żył, kiedy wstał. Zmarsz­czył czoło i chwy­cił za słu­chawkę wci­ska­jąc przy­cisk na zie­lo­nym tele­fo­nie, który miał go połą­czyć z poko­jem dwa pię­tra niżej. Po chwili usły­szał niski głos młod­szego aspi­ranta.

  • Co to kurwa jest?! – wypa­lił na głę­bo­kim wyde­chu. Sam nie wie­dział dla­czego aż tak go to wzbu­rzyło. Zaw­sze wyda­wało mu się, że jest tole­ran­cyjny i mimo swego wieku otwarty. Oczy­wi­ście wie­dział, że ist­nieje coś takiego jak homo­sek­su­alizm, ale ni­gdy nie zetknął się z nim aż tak bli­sko jak teraz. Te zabój­stwa gejów zmu­szały go do pozna­nia wie­dzy, któ­rej nie chciał znać.
  • Zna­lazł pan? Zosta­wi­łem rano na biurku z adno­ta­cją.
  • Jak sły­chać zna­lazłem. Adno­ta­cji nie było, więc co to jest?
  • No, pamięt­nik… – zaczął powoli aspi­rant.
  • To już udało mi się zauwa­żyć. – Odparł już spo­koj­niej. – Powiedz mi jesz­cze raz kto go przy­niósł i po jaką cho­lerę.
  • Przy­słał to pocztą dzien­ni­karz z takiej jed­nej gazety…
  • A kon­kret­nie z któ­rej?
  • Chyba nie chce pan wie­dzieć… – odrzekł aspi­rant ledwo poru­sza­jąc ustami.
  • Dobra, zostawmy to. – Powie­dział zre­zy­gno­wany inspek­tor domy­śla­jąc się o jaki kolo­rowy maga­zyn może cho­dzić. – Dla­czego aku­rat nam przy­padł zaszczyt czy­ta­nia jego sek­su­al­nych zwie­rzeń?
  • To nie są jego zwie­rze­nia, ale gejow­skiego żigo­laka. – traj­ko­tał młod­szy. – Kie­dyś zgło­sił się do redak­tora z pro­po­zy­cją, że będzie mu dostar­czał pikantne opisy swo­jej pracy za tak zwaną drobną opłatą. To była praw­dziwa gratka dla redak­torka. Stwo­rzył w maga­zynie osobną rubrykę, która oka­zała się hitem. Żeby zostać cał­ko­wi­cie ano­ni­mowym żigo­lak umó­wił się z pisma­kiem, że będzie zosta­wiał pamięt­nik w umó­wio­nym miej­scu w każdy pierw­szy tydzień mie­siąca.
  • Ale jaki to ma zwią­zek ze sprawą?
  • A no ma, ale nie wiem jesz­cze jaki. Pismak przy­niósł go nam, bo sły­szał o tych zabój­stwach gejów i coś go zanie­po­ko­iło. Przez dwa mie­siące pamięt­nik nie poja­wiał się w umó­wio­nym miej­scu. Redak­tor był spa­ni­ko­wany. Sam napi­sał dwa opo­wia­da­nia do rubryki, ale wie­dział, że długo tak nie pocią­gnie. Miał nawet zamknąć ten dział, ale pamięt­nik nie­spo­dzie­wa­nie znów się poja­wił…
  • Dobra, młody. Bo impulsy lecą. – zażar­to­wał bez uśmie­chu. – Zło­żymy wizytę temu pisma­kowi, a po dro­dze opo­wiesz mi resztę. Za pół godziny pod moim autem, ok? – Nie cze­ka­jąc odpo­wie­dzi odło­żył słu­chawkę.

Nowo­cze­sne czte­ro­pię­trowe bloki ster­czały z łysej jak kolano ziemi. Gdzie­nie­gdzie zaczy­nała już rosnąć trawa, ale wszystko wska­zy­wało na to, że budynki są zamiesz­kałe od nie­dawna. Zapar­ko­wał wzdłuż ulicy i wyłą­czył sil­nik.

  • Więc mówisz, że pamięt­nik się zmie­nił od ostat­niego razu?
  • Tak twier­dzi pismak i ma rację. – odparł aspi­rant. – Do stycz­nia wszystko wygląda nor­mal­nie – rela­cjo­no­wał, ale widząc unie­sione brwi inspek­tora dodał. – Nor­mal­nie jak na ten pamięt­nik. Dopiero od kwiet­nia coś jest nie tak. Opisy są bru­talne, wręcz nie­ludz­kie.
  • Może mu się od tego całego gejo­wa­nia pomie­szało we łbie i zaczął mor­do­wać kole­gów po fachu?
  • Może, ale ten pamięt­nik poka­zuje, że on lubi to co robi…
  • Prze­czy­ta­łeś to wszystko? – brwi inspek­tora zda­wały się utknąć w bar­dzo nie­na­tu­ral­nym miej­scu czoła. – I prze­spa­łeś całą noc spo­koj­nie?
  • Taaaa – odpowie­dział ostroż­nie męż­czyzna spo­dzie­wa­jąc się jakie­goś kwa­śnego żartu ze strony prze­ło­żo­nego.
  • Nie zapy­tam o nic wię­cej. Chodźmy do redak­torka.

Inspek­tor spo­dzie­wał się różo­wych tapet i obi­cia z dłu­giego lan­dryn­ko­wego futerka, a mimo to, to co zoba­czył mocno go zasko­czyło. Wszę­dzie ponie­wie­rały się zabawki, dzie­cięce ubranka, akce­so­ria. Pośrodku tego wszyst­kiego stał młody uśmiech­nięty męż­czyzna z luź­nych ciu­chach.

  • Pano­wie wyba­czą ten chaos, ale samot­nemu ojcu nie jest łatwo. – Wytłu­ma­czył zakło­po­tany i sze­ro­kim gestem zapro­sił poli­cjantów dalej. W sło­necz­nym salo­nie wcale nie było lepiej. Zna­leźli tro­chę wol­nego miej­sca na sofie i nie­mal jed­no­cze­śnie usie­dli.
  • Wiem, że ten pamięt­nik może być dla panów dziw­nym – zaczął spo­koj­nie redak­tor – zwłasz­cza ostat­nie strony… Dla­tego go przy­nio­słem. Zanie­po­ko­iła mnie tak dra­styczna zmiana nastroju Mar­cela.
  • Mar­cela?! – zdzi­wił się inspek­tor. – To Wy się zna­cie?
  • Nie, to tylko imię robo­cze – odparł krótko męż­czyzna – Kon­takt był cał­ko­wi­cie ano­ni­mowy. W każ­dym razie te nowe opisy to jakich chory sado­ma­so­chizm. Zosta­wi­łem mu nawet list, w któ­rym napi­sałem, że nie podo­bają mi się te wpisy. Nie zamie­rzamy za to pła­cić, tym zaj­mują się szma­tławce typu… – wzbu­rzył się nagle, a na jego twa­rzy wystą­piły rumieńce.
  • A to wasze pisemko to niby Natio­nal Geogra­phic? – odparł sucho inspek­tor.
  • Zdzi­wiłby się pan ilu szla­chet­nych podróż­ni­ków pre­nu­me­ruje nasz maga­zyn…
  • No w porządku – wtrą­cił młod­szy aspi­rant, czu­jąc wiszącą w powie­trzu awan­turę. – Ale od nie­wy­wią­zy­wa­nia się z umów jest poli­cja gospo­dar­cza…
  • Skoja­rzyłem, że pamięt­nik znik­nął wraz z pierw­szym mor­der­stwem. – zigno­ro­wał go redak­tor. – A gdy media ostat­nio podały, że ofiary ginęły śmier­cią męczeń­ską wszystko było dla mnie jasne. W dodatku opisy postaci zga­dzają się z ryso­pi­sami ofiar! Autor pamięt­nika musi być mor­dercą! – poró­żo­wiał jesz­cze bar­dziej.
  • Jest pan nie­sa­mo­wi­cie spo­strze­gaw­czy – pokrę­cił głową inspek­tor, ale nie cią­gnął dalej tematu. Nie podo­bał mu się cały ten redak­tor. Może nie miał różu na ścia­nach, ale sta­now­czo za dużo miał go na twa­rzy. – A jak się kon­tak­to­wa­li­ście? Jak prze­ka­zy­wał mu pan pie­nią­dze?
  • Pamięt­nik zosta­wiał w nie­za­bez­pie­czo­nej skrzynce prą­do­wej na końcu mojego osie­dla, a pie­nią­dze otrzy­my­wał w gotówce, wło­żone za okładkę pamięt­nika. Zwy­kle pisał dwa opo­wia­da­nia. Podej­rze­wam, że zwró­ci­li­ście uwagę na ostat­nią stronę, gdzie są zapi­sane nasze roz­li­cze­nia – spoj­rzał na inspek­tora, któ­rego twarz wyraź­nie wska­zy­wała na to, że nie zaj­rzał na ostat­nią stronę.
  • Jak na mój gust facet pra­cuje w agen­cji Jed­no­ro­żec. Są dwie agen­cje modeli w mie­ście, ale ta druga wystar­to­wała nie­dawno, a pamięt­nik otrzy­muję od pół­tora roku.
  • Że jaka agen­cja?! Modeli? prze­rwał inspek­tor, a jego brwi powę­dro­wały nie­bez­piecz­nie wysoko.
  • Agen­cja modeli – odparł spo­koj­nie redak­tor i sar­ka­stycz­nie uśmiech­nął się do poli­cjanta.
  • Rozu­miem – wypu­ścił powoli powie­trze. Ta cała nylo­nowa brać zaczy­nała go naprawdę wku­rzać. Jego ludzie byli w tym całym Jed­no­rożcu, bo prze­cież wszyst­kie cztery ofiary tam pra­co­wały, ale to co zastali na miej­scu z pew­no­ścią nie można było nazwać agen­cją modeli. Zdo­był się jed­nak na pod­szytą fał­szy­wym uśmie­chem uprzej­mość. – Zna pan może adres tego nowego przy­bytku?
  • Nazywa się bodajże Ban­di­tas’s…
  • Cie­kawa nazwa… – zadu­mał się inspek­tor, któ­remu w żaden spo­sób facet w poń­czo­chach nie koja­rzył się z ban­dytą, chyba, że miał ją na gło­wie.
  • Gdy już zoba­czy­cie szyld niech pana nie zmyli apo­strof… – wyszcze­rzył się redak­tor pusz­cza­jąc oko. Ame­ry­kań­skie kino sen­sa­cyjne, któ­rym czę­sto się raczył na tyle wzbo­ga­ciło słow­nik inspek­tora, że podchwy­cił słowną kuglerkę. Rozba­wie­nie redak­tora jego bądź co bądź fobią spra­wiło, że nabrał powie­trza by utrzeć mu nosa, ale dzien­ni­karz szybko mu prze­rwał. – Kręci tym jakaś twarda babka i inte­res kwit­nie na potęgę, zwłasz­cza po tych mor­der­stwach, ale adresu nie­stety nie znam…
  • I tak oka­zał się pan bar­dzo pomocny – zała­go­dził sytu­ację młod­szy aspi­rant. – Czy możemy jesz­cze zatrzy­mać ten pamięt­nik? Chcemy prze­ana­li­zo­wać tę zmianę, którą pan zauwa­żył.
  • Oczy­wi­ście. – odparł krótko. Jest jesz­cze coś – dodał. – Jak na mój gust pismo też się zmie­niło…

  • I co o tym sądzisz? – odpa­lił papie­rosa opie­ra­jąc się ręką o dach samo­chodu.
  • Dziwny gość – zamy­ślił się młod­szy – ale trzeba przy­znać, że sprytny.
  • No, sprytu nie można mu odmó­wić. W końcu to pismak – pod­su­mo­wał kwa­śno poli­cjant. – Zau­wa­żyłeś tę zmianę cha­rak­teru pisma?
  • Tak, ale to sub­telna zmiana… Cho­ciaż może warto oddać to do ana­lizy?
  • Nic innego nie mamy. Sko­czymy do labo­ra­to­rium i może coś nam powie­dzą.
  • Mam lep­szy pomysł! – Wypa­lił nie­spo­dzie­wa­nie młody poli­cjant wyraź­nie się oży­wia­jąc – Mamy koniec kwiet­nia, więc wrzućmy ten pamięt­nik do tej skrzynki i pocze­kajmy na roz­wój wyda­rzeń.
  • Mam tu dupić kilka dni w ocze­ki­wa­niu na pana Macela? – wypu­ścił szybko dym z płuc inspek­tor. – I jesz­cze musimy zro­bić zrzutę na tan­tiemy dla naszego roman­tyka… Masz młody rację. Tak zro­bimy! Co wię­cej pozwo­limy mu naj­pierw zabrać nasz dowód numer jeden.

Tak jak prze­wi­dzieli pamięt­nik znik­nął. Jed­nak pierw­szy tydzień maja dobie­gał końca i inspek­tor czuł się już bar­dzo zmę­czony wpa­try­wa­niem się w skrzynkę prą­dową. Choć dzie­lił ten przy­kry obo­wią­zek z młod­szym kolegą czuł, że następne dni śle­dze­nia nie­ru­cho­mego punktu dopro­wa­dzą go do szału. Ostat­nie dni ocze­ki­wa­nia zasiały w nim spore wąt­pli­wo­ści czy poszli wła­ści­wym tro­pem, czy nie wypu­ścili z rąk jedy­nego śladu w tej spra­wie.

Czwart­kowa sza­rówka zagnała do domów bawiące się w pia­skow­nicy dzie­ciaki kiedy zza pobli­skiego śmiet­nika wyło­niła się niska zakap­turzona postać. Począt­kowo nie przy­kuła uwagi znu­dzo­nego inspek­tora, ale ner­wowe ruchy i cią­głe roz­glą­da­nie się spra­wiły, że mię­śnie poli­cjanta nie­bez­piecz­nie się napięły. Powol­nym gestem opu­ścił moc­niej sie­dze­nie by pozo­stać nie­zau­wa­żo­nym, a jed­no­cze­śnie nie stra­cić z oczu intruza. Męż­czy­zna zbli­żył się do skrzynki i jed­nym zgrab­nym ruchem wrzu­cił do niej jakiś paku­nek. Inspek­tor nie wytrzy­mał.

  • Stać! Poli­cja – Krzyk­nął jed­no­cze­śnie wyska­ku­jąc z samo­chodu.

Tak jak się spo­dzie­wał męż­czyzna zaczął ucie­kać. Inspek­tor jęk­nął w duchu i rzu­cił się za nim w pogoń. Uży­cie broni na osie­dlu peł­nym przy­pad­kowych prze­chod­niów wyda­wało mu się osta­tecz­no­ścią. Męż­czy­zna był szybki i zwinny, co ewi­dent­nie nie odpo­wia­dało ledwo dys­zącemu poli­cjantowi. Na szczę­ście ści­gany potknął się o wysta­jący z traw­nika korzeń, a inspek­tor spryt­nie to wyko­rzy­stał łapiąc go za barki i prze­wra­ca­jąc twa­rzą do ziemi. Sie­dząc na nim okra­kiem odwró­cił go twa­rzą do sie­bie. To co zoba­czył mocno go zasko­czyło. W kap­tu­rze tkwiła twarz dziecka. Może nie przed­szko­laka, ale też jesz­cze nie nasto­latka.

  • Co Ty wypra­wiasz, gów­nia­rzu?! – huk­nął zdy­szany poli­cjant. – Mogłem Cię zastrze­lić!
  • Prze­pra­szam – krzy­czał przez łzy mło­kos. – Ja nie chcia­łem!

Inspek­tor zszedł z niego i posa­dził obok sie­bie na traw­niku. Dopiero teraz doszło do niego co mogło się stać gdyby użył broni. Ta myśl nim wstrzą­snęła na tyle, że dopiero po chwili zebrał myśli i zapy­tał:

  • Jak masz na imię?
  • Adam. – wytarł nos ręka­wem.
  • Powiedz mi, Adaś co tam scho­wałeś?
  • Nic. Książkę – chli­pał na­dal chło­piec.
  • Jaką książkę?
  • Ktoś mi dał, żebym tu ją scho­wał.
  • Kto taki? – odzy­skał oddech poli­cjant i przyj­rzał się chłopcu. Był bar­dzo chudy i raczej wysoki jak na swój wiek. Płowe włosy zabaw­nie kon­tra­sto­wały z ciemną buzią, w któ­rej osa­dzona była para czar­nych jak guziki oczu.
  • Nie wiem, miał na gło­wie kap­tur. Miał za to bar­dzo cie­niutki gło­sik. Jak mysz.
  • A gdzie to było? – rzu­cał pyta­niami spo­koj­nie, ale rze­czowo. Nie chciał tar­gać małego na komi­sa­riat, więc wolał go wypy­tać o wszystko tu i teraz.
  • Na moim osie­dlu. Kilka ulic dalej. Dosta­łem za to 100 zł! Mama ugo­tuje za to pyszną zupę! – wycią­gnął z kie­szeni bluzy pomięty nie­bie­ski bank­not i mocno się roz­pro­mie­nił.
  • Ale to jest pięć­dzie­siąt – zauwa­żył cierpko inspek­tor, choć w sercu go ści­snęło, że chło­pak nie wyda pie­nię­dzy na auto­maty i gumę do żucia, ale zanie­sie matce by ta dała mu jeść.
  • Wiem prze­cież! – Obu­rzył się chło­pak. – Dru­gie pół dostanę jak się okaże, że wszystko poszło dobrze i odbiorę książkę.
  • To zna­czy kiedy? – zaata­ko­wał nagle męż­czyzna upa­tru­jąc się szansy na spo­tka­nie z Mar­celem.
  • Nie wiem… – wypu­ścił zre­zy­gno­wany powie­trze. – Powie­dział, że mnie znaj­dzie i powie kiedy mam po nią iść.
  • Nie martw się. – pokle­pał go po ramie­niu. – Słu­chaj, Adaś…
  • Adam. Mam na imię Adam – popra­wił go chło­piec, a z czar­nych oczu pole­ciało kilka iskier. Łzy już dawno mu obe­schły, zosta­wia­jąc na umo­ru­sa­nej twa­rzy podłużne ślady. – Adaś mówili do mnie jak mia­łem dzie­więć lat.
  • A teraz masz ile? – zainte­resował się inspek­tor.
  • Jede­na­ście! – wypiął pierś i ponow­nie wytarł nos ręka­wem siar­czy­ście przy tym sią­piąc.
  • To posłu­chaj Adam, bo to ważne. Jak tylko ten gość powie ci, że masz mu przy­nieść książkę to do mnie zadzwo­nisz. Tu masz numer – wycią­gnął z port­fela pięć­dzie­siąt zło­tych i napi­sał na nim sze­reg drob­nych cyfe­rek. Widząc wyba­łu­szone oczy podrostka, dodał – Teraz mam pew­ność, że nie zgu­bisz.
  • Morowa sprawa, komi­sa­rzu! – Uśmiech­nął się chło­piec i zaczął się podno­sić z traw­nika, który o tej porze był wyjąt­kowo zimny.
  • Inspek­torze! Jestem inspek­torem – popra­wił go z uśmie­chem poli­cjant. – Masz skąd zadzwo­nić?
  • Poży­czy się! – zapew­nił go gor­li­wie po czym dodał: – A wie pan co?
  • No?
  • Ten w kap­tu­rze to była chyba jakaś baba, bo paznok­cie miała poma­lo­wane na różowo, a na nich takie jakby dia­men­ciki czy coś…
  • Jesteś wielki, Ada­mie! – Wstał i pokle­pał go po ramie­niu. – A teraz już zmy­kaj i pamię­taj o naszej umo­wie.
  • Ma się rozu­mieć! – krzyk­nął na odchodne w poło­wie chod­nika i już go nie było.

  • Przyj­rzałam się temu pismu kil­ka­krot­nie, ale nie ma w nim nic szcze­gól­nego – rze­kła rze­czowo młoda kobieta, która teraz sie­działa naprze­ciw inspek­tora. – Z pew­no­ścią było pisane przez męż­czyznę.
  • I nic wię­cej? – nie krył roz­cza­ro­wa­nia młody, który zajął bez­pieczne miej­sce przy para­pe­cie otwar­tego na oścież okna. Tylko tu nie musiał wdy­chać duszą­cego dymu z papie­rosa, który zwi­sał teraz smęt­nie z wargi star­szego poli­cjanta.
  • Jedyne co mogę stwier­dzić to to, że ostat­nie wpisy były doko­nane pod wpły­wem moc­nego wzbu­rze­nia – dodała kobieta. Aspi­rant przyj­rzał się jej z uwagą. Jej uroda zapie­rała dech w pier­siach. Nie była zbyt wysoka, ale też nie fili­gra­nowa. Kasz­ta­nowe włosy gładko opa­dały na ramiona, zalot­nie skry­wa­jąc śniadą twarz. Mig­da­łowe oczy ubrane w deli­katny maki­jaż raz po raz wachlo­wały powie­trze dłu­gimi rzę­sami, a kształtne usta tylko dopeł­niały obrazu. Ideał – wes­tchnął w myślach. Żal mu jedy­nie było, że odkąd pamięta poważ­nie kulała i czę­sto widy­wał ją z laską. Nie miał śmia­ło­ści zapy­tać dla­czego, ale silne ramiona wska­zy­wały na to, że zmaga się z tym bar­dzo długo. Poza tym gruba obrączka na palcu sku­tecz­nie blo­ko­wała wszel­kie zapędy.
  • W takim razie jesteś wolna, Sabinko – powie­dział nagle inspek­tor. Na niego rów­nież uroda pani gra­fo­log dzia­łała dziw­nie zmięk­cza­jąco.

Kiedy ostat­nie fero­mony wyle­ciały przez otwarte okno, inspek­tor wes­tchnął głę­boko i oparł ciężką głowę na dłoni.

  • Cały czas nam coś umyka… Znów sto­imy w miej­scu.
  • Niezupeł­nie… – pocie­szył go mrocz­nym gło­sem aspi­rant. – Z nowego wpisu wiemy, że nie­ba­wem znaj­dziemy kolej­nego trupa. I wiemy, że pan Mar­cel po godzi­nach lubi malo­wać paznok­cie…
  • Wiesz co myślę? – podniósł głowę star­szy poli­cjant – Powin­ni­śmy się prze­je­chać do Ban­di­tas’s.

Przez całą karierę utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że zawód poli­cjanta mimo wszystko ma sze­reg zalet. Jed­nak tej chwili czar­nym wachla­rzem poło­żyły się przed nim wyłącz­nie wady tej pro­fe­sji. Może wie­czorna pora, którą wybrali na wizytę spra­wiła, że lokal ten był wyjąt­kowo nie­przy­stępny dla kogoś takiego jak on.

Bywał już w takich miej­scach (raz nawet niesłuż­bowo), ale zwy­kle z roz­sta­wio­nych przy ścia­nach sof mru­gały do niego roz­ne­gli­żo­wane kobiety, a nie wypa­cy­ko­wani i wygo­leni w Bóg raczy wie­dzieć jakich miej­scach faceci. Sta­rał się utkwić wzrok w naj­bar­dziej neu­tral­nym punk­cie pokoju, ale gdzie­kol­wiek nie spoj­rzał jego męskość wysta­wiana była na ciężką próbę. Aspi­rant zaj­mu­jąc moż­li­wie naj­bez­piecz­niej­szą jak na te oko­licz­no­ści pozy­cję stał się nie­mal nie­wi­dzialny. Nagle ku swo­jemu zasko­cze­niu jego wzrok napo­tkał cał­kiem przy­jemne źró­dło estro­genu. Z wyso­kich scho­dów na końcu sali scho­dziła ele­gancko ubrana kobieta po trzy­dzie­stce. Skro­jony na miarę żakiet pod­kre­ślał ide­alne kształty, a pełna łagod­no­ści twarz zupeł­nie kon­tra­sto­wała z tym co usły­szeli:

  • Jak wnio­skuję po poru­sze­niu jakie wywo­łali pano­wie wśród mojego małego stadka jeste­ście tu służ­bowo? – roz­po­częła pro­tek­cjo­nal­nie. Wyjąt­kowo piskliwy głos zupeł­nie nie paso­wał do jej osoby. Inspek­tor nie miał wąt­pli­wo­ści, że ma do czy­nie­nia z wła­ści­cielką przy­bytku.
  • Można tak powie­dzieć – odburk­nął poli­cjant poda­jąc legi­ty­ma­cję. – Mamy kilka pytań.
  • Domy­śli­łam się – odparła zimno kobieta pomi­ja­jąc wycią­gniętą dłoń poli­cjanta. Omio­tła wzro­kiem aspi­ranta, który trzy­mał się dziel­nie acz raczej z tyłu. – Pew­nie cho­dzi o te mor­der­stwa wśród gejów?
  • Nie ina­czej – odpie­rał krót­kimi strza­łami inspek­tor. – Czy możemy poroz­ma­wiać na osob­no­ści?
  • Nie, tu będzie dobrze – wska­zała miej­sce na naj­bliż­szej wol­nej sofie, a sama udała się w stronę sto­ją­cego naprze­ciw fotela. Dopiero teraz inspek­tor zauwa­żył, że kobieta mocno kuleje.
  • Co się pani stało? – nie potra­fił się powstrzy­mać aspi­rant.
  • Skąd ta tro­ska?
  • A skąd ta agre­sja? – puścił w powie­trze inspek­tor.
  • Uty­kam z powodu urazu na siłowni – pomi­nęła zaczepkę bru­netka, po czym dodała zmie­nia­jąc temat: – Nie mam poję­cia co panów tu spro­wa­dza, ale z moich modeli nikt nie zgi­nął.
  • No i to mnie tro­chę mar­twi… – poki­wał głową inspek­tor odpa­la­jąc mię­to­lo­nego od minuty papie­rosa.
  • Co pan ma na myśli? – zmru­żyła oczy niczym kot tuż przed odda­niem skoku.
  • A to żeby pani prze­stała zgry­wać cwa­niaka i zaczęła współ­pra­co­wać – cedził dobit­nie każde słowo inspek­tor spo­glą­da­jąc jej pro­sto w oczy, po czym dodał: – Jak to moż­liwe, że taka fili­gra­nowa kobieta otwiera taki inte­res?
  • Praca jak każda inna – odparła spo­koj­nie. – Pro­wa­dzi­łam kie­dyś firmę budow­laną. Wynaj­mo­wa­łam fachow­ców face­tom, któ­rzy nie potra­fili przy­bić gwo­ździa do ściany. Teraz wynaj­mują fachow­ców face­tom, któ­rzy nie potra­fią zadbać o… towa­rzy­stwo.
  • Ja jed­nakowoż dostrze­gam sub­telną róż­nicę… – wypa­lił nie­spo­dzie­wa­nie aspi­rant.
  • A czy pra­cuje u pani jakiś Mar­cel? – zmie­nił front inspek­tor.
  • Tak, ale dziś go nie ma. – odparła szybko. Może nawet za szybko jak się mu zda­wało. Aspi­rant wytrzesz­czył na niego oczy, ale nie odpowie­dział żad­nym gestem. Miał prze­czu­cie, że pseu­do­nim, który nadał mor­dercy redak­tor nie jest przy­pad­kowy.
  • A dys­po­nuje pani może jego zdję­ciem?
  • Oczy­wi­ście. U nas każdy ma port­fo­lio – odparła i podnio­sła się zde­cy­do­wa­nym ruchem. Prze­mie­rzyła pokój i znik­nęła w drzwiach z napi­sem „biuro”, by po krót­kiej chwili poja­wić się z fio­le­tową teczką w uzbro­jo­nej w różowe paznok­cie dłoni.
  • Klienci bar­dzo go lubili i cenili. Może ze względu na wyjąt­kowo wysoki głos i cie­kawą urodę… – zamy­śliła się lekko.
  • Cenili? A nie cenią? – zdzi­wił się inspek­tor prze­glą­da­jąc zawar­tość teczki, którą sta­no­wiły pro­fe­sjo­nalne foto­gra­fie o mniej lub bar­dziej ero­tycz­nym cha­rak­te­rze. Męż­czy­zna na zdję­ciach kogoś mu przy­po­minał, ale maki­jaż i retusz spra­wiały, że nie mógł sko­ja­rzyć kim był i kiedy go widział.
  • Mar­cel od jakie­goś czasu nie przyj­muje zle­ceń, nie poja­wia się w agen­cji… – zawie­siła głos na chwilę, a po chwili twardo dodała – ale jest wol­nym strzel­cem, pra­cuje z wie­loma i nie prze­sia­duje w agen­cji. Poza tym takie prze­rwy już mu się zda­rzały.
  • Pra­co­wał z wie­loma? – zapy­tał aspi­rant.
  • Z tego co wiem cza­sem przyj­mo­wał zle­ce­nia z Jed­no­rożca…
  • Rozu­miem – prze­rwał jej inspek­tor, rzu­ca­jąc raz po raz ukrad­kowe spoj­rze­nie na dło­nie kobiety. – Myślę, że dłu­żej nie będziemy pani nie­po­koić…

  • Czego się nauczy­łeś z tej wycieczki? – zapy­tał inspek­tor, gdy żegnani lep­kimi spoj­rze­niami opu­ścili wresz­cie agen­cję. Wycią­gnął z kie­szeni mary­narki paczkę papie­ro­sów i zawie­sza­jąc jed­nego na wąskiej war­dze odpa­lił ben­zy­nową zapal­niczką, którą dawno temu dostał od żony.
  • Że babka coś ma za pazu­rami…
  • A nawet na pazu­rach – uśmiech­nął się tajem­ni­czo inspek­tor. Będziemy tą panią bacz­nie obser­wo­wać, bo odnio­słem wra­że­nie, że pan Mar­cel jest nie tylko jej… pra­cow­ni­kiem. A jutro zagłę­bimy się w papie­rach tych naszych dena­tów.
  • Za dużo to tam już nie znaj­dziemy. Zwłoki pra­wie nie nada­wały się do iden­ty­fi­ka­cji – odparł posęp­nie aspi­rant i korzy­sta­jąc z oka­zji, że paczka jesz­cze nie znik­nęła w cze­lu­ściach nie­śmier­tel­nej mary­narki poczę­stował się jed­nym papie­ro­sem ocze­ku­jąc na odpa­le­nie. Inspek­tor uniósł nie­bez­piecz­nie brew, ale nic nie mówiąc odpa­lił lekko drga­ją­cego papie­rosa.
  • Pomy­śla­łem, że dla rów­no­wagi muszę zro­bić coś męskiego…

Rozło­żyli wszyst­kie cztery teczki na biurku, ale tak jak prze­wi­dział aspi­rant zna­leźli nie­wiele. Zma­sa­kro­wane twa­rze ofiar, ledwo pozwo­liły na roz­po­zna­nie. Skrę­po­wane koń­czyny, przy­pa­lone geni­ta­lia oraz liczne czarne ślady na nagich cia­łach wska­zy­wały, że mor­derca karze męż­czyzn za to kim są. Naj­bar­dziej dra­stycz­nym wydał się inspek­torowi czyn roz­wier­ce­nia odbytu ogrom­nym wier­tłem pierw­szej ofie­rze.

Szary wie­czór pod­kradł się już pod okna komi­sa­riatu, gdy nagle inspek­tor podniósł głowę i wle­pił wzrok w mło­dego.

  • Kogo ci przy­po­mina pierw­sza ofiara?
  • Tego Mietka z pro­ku­ra­tury…
  • Jaja sobie robisz? To Mar­cel!!!
  • Cho­lera! – wytrzesz­czył oczy męż­czyzna – Fak­tycz­nie! Ale co to zna­czy?
  • To zna­czy, że gonimy w piętkę od kilku dni! – Huk­nął inspek­tor. – Uga­niamy się za tru­pem!! Szlag mnie zaraz trafi…

Postę­pu­jący roz­le­gły zawał inspek­tora prze­rwał dzwo­nek tele­fonu. Na wyświe­tla­czu poja­wił się nie­znany mu numer.

  • Halo?
  • Pan inspek­tor? – usły­szał w słu­chawce dzie­cięcy głos. – Tu Adaś! Zna­czy się Adam!
  • Co tam Ada­mie? – uspo­koił się męż­czyzna.
  • Ten typek znów tu jest! – gorącz­ko­wał się chło­piec. – Mam iść po tę książkę?
  • Idź, ale powoli! – roz­ka­zał mu poli­cjant patrząc w twarz zacie­ka­wio­nego aspi­ranta, która poczer­wie­niała z sekundy na sekundę. – Spo­tkamy się pod skrzynką! Zaraz tam będę!
  • Jasne. Bez odbioru!

Sam nie wie­dział, że peł­no­letni pas­sat może wykrze­sać z sie­bie tyle ener­gii. Ku swo­jemu zdzi­wie­niu pod skrzynką zna­lazł się na moment przed chłop­cem. Ta chwila pozwo­liła mu zająć dobrą pozy­cję mię­dzy śmiet­ni­kami i gdy tylko Adam minął pojem­niki szep­nął:

  • Adam nie zatrzy­muj się!! Idź po książkę!!

Chło­pak ski­nął głową i pod­szedł do skrzynki, która jak zwy­kle była otwarta. Inspek­tor obser­wo­wał jak ostroż­nie wycią­gnął książkę. Zupeł­nie nie było po nim widać zde­ner­wo­wa­nia, choć wbrew wła­snej woli zna­lazł się w cen­trum wyda­rzeń. Nie miał pew­no­ści czy mor­derca nie śle­dzi dziecka. Wie­dział, że naraża chło­paka, ale chęć zła­pa­nia mor­dercy wzięła górę. W tej chwili Adam minął go w dro­dze powrot­nej.

  • Jestem tuż za Tobą. Idź wolno! – szep­nął nie­mal krzy­cząc i gdy tylko chło­piec odda­lił się na bez­pieczną odle­głość podą­żył za nim.

Po kilku chwi­lach spa­ceru zosta­wił za sobą ładne blo­ko­wi­sko, a jego oczom uka­zały się stare robot­ni­cze kamie­nice. Cały czas trzy­mał się moż­li­wie bli­sko chłopca, ale wie­dział, że nie zapew­nia mu dosta­tecz­nej ochrony. Wresz­cie doszli do sze­ro­kiej ulicy, przy któ­rej rzę­dem zapar­ko­wa­nych było kilka aut. Chło­piec obej­rzał się nie­znacz­nie za sie­bie i inspek­tor zro­zu­miał, że mor­derca sie­dzi w samo­cho­dzie. Nie miał jed­nak pomy­słu co powi­nien zro­bić, by go zła­pać nie nara­ża­jąc przy tym dziecka. Adam minął cały rząd aut i przy­sta­nął przy ostat­nim. Elek­tryczna szyba od strony pasa­żera opa­dała powoli, gdy inspek­tor przy­spie­szył kroku. Sekundy gnały z pręd­ko­ścią świa­tła. Adam wycią­gnął dłoń z pamięt­nikiem i wsa­dził ją przez okno. Poli­cjant zaczął biec. Nie było chwili do stra­ce­nia!

  • Stać! – krzyk­nął, a Adam odsko­czył jak opa­rzony.

Udało mu się dobiec do samo­chodu, ale ten ruszył z piskiem zosta­wia­jąc poli­cjanta na chod­niku. Prze­kli­nał dzień, w któ­rym zde­cy­do­wał, że prze­pi­sane przez leka­rza oku­lary wylą­dują na dnie szu­flady biurka. Tablice szybko odda­la­ją­cego się peu­ge­ota pozo­stały dla niego nie­czy­telne. Zau­wa­żył tylko, że są miej­scowe.

  • Robi­łem co mogłem! – krzy­czał chło­pak dys­ząc ze zde­ner­wo­wa­nia.
  • Spi­sa­łeś się na medal! – pokle­pał go po ramie­niu poli­cjant, jed­nak nie mógł się pozbyć z twa­rzy wyrazu zawodu. Był tak bli­sko! Teraz znów został z niczym.
  • Eh, nawiała kuter­noga jedna! – obu­rzył się Adam.
  • Jak powie­działeś?!
  • Sorry… – bąk­nął pod nosem. – Ale kulała na jedną nogę, to jak mam ją nazwać?
  • Jesteś genialny! – zakrzyk­nął inspek­tor i zaczął biec w stronę nowego blo­ko­wi­ska.
  • A to pięć­dzie­siąt?! – zawo­łał za nim chło­piec wyma­chu­jąc bank­no­tem.
  • Zanieś mamie! Niech do mnie jutro zadzwoni!

Nie powi­nien tam jechać sam to pewne – roz­my­ślał po dro­dze – wstąpi więc po mło­dego, który zapewne od godziny ślę­czy nad papie­rami w jego biu­rze.

Otwo­rzył drzwi, ale poli­cjanta nie było. Na teczce pierw­szej zbrodni wid­niała nato­miast żółta kar­teczka – ulu­bione narzę­dzie komu­ni­ka­cji aspi­ranta, na któ­rej napi­sał: „Zobacz, kto zgło­sił zagi­nię­cie! Spo­tkamy się tam!”

Inspek­tor otwo­rzył ner­wowo raport i zoba­czył zazna­czone dłu­go­pi­sem nazwi­sko: Kon­rad Wiel­gus. Wykrzy­wił twarz. Ponad pięć­dzie­się­cio­let­nia pamięć czę­sto go zawo­dziła. Tak jak teraz, kiedy za nic nie mógł sko­ja­rzyć skąd zna to nazwi­sko, a znał je na pewno. Swoją drogą młody mógłby się nie bawić w kalam­bury i napi­sać wprost gdzie zaniósł swój chudy tyłek. Cie­pły kubek wska­zy­wał na to, że wyszedł nie­dawno. Gdzie­kol­wiek jed­nak teraz był inspek­tor musiał sobie pora­dzić bez niego.

Chwy­cił za wytartą klamkę, ale nagle znie­ru­cho­miał. Tuż przed noskiem jego buta coś wyraź­nie bły­snęło. Pochy­lił się i chwy­cił w palce maleńką cyr­ko­nię. Nagle przed oczami sta­nął mu nie pan, ale pani Wiel­gus ze swo­imi kasz­ta­no­wymi wło­sami i kształt­nymi ustami.

  • Sabina! – wykrzyk­nął i wypadł na kory­tarz. Dobiegł do scho­dów i puścił się pędem w dół, by po chwili spo­tkać się z naj­gor­szym.

Ta kobieta nie­na­wi­dziła męż­czyzn i pew­nym było, że nie prze­biera w środ­kach. Wydała eks­per­tyzę o wła­snym pamięt­niku! – huczało mu w gło­wie, gdy odbez­pie­czał broń. Przy­sta­nął przy drzwiach labo­ra­to­rium i opie­ra­jąc się ple­cami o ścianę namie­rzył wolną dło­nią klamkę. Świ­dru­jącą ciszę zagłu­szało mu tylko bicie jego serca, a puste kory­ta­rze komendy wydały mu się wyjąt­kowo nie­przy­ja­zne. Nagle zza drzwi dobiegł go jed­nak dziwny dźwięk. Śmiech! Z całą pew­no­ścią to był śmiech! I to dwojga ludzi! Scho­wał broń i pew­nym ruchem otwo­rzył drzwi.

  • O! Pan inspek­tor – usły­szał od progu wesoły kobiecy głos. – Niech pan wej­dzie!
  • Dobry wie­czór, Sabinko – odparł z uśmie­chem, choć worek lodu wła­śnie opadł mu na dno żołądka. Na wyso­kim krze­śle przy biurku labo­ra­to­ryj­nym sie­dział aspi­rant naj­wy­raź­niej racząc się roz­mową z panią gra­fo­log. – Widzę, że masz gościa!
  • Tak, spo­tka­łam młod­szego aspi­ranta przed chwilą na kory­ta­rzu i tak jakoś nam się roz­mowa roz­krę­ciła – powie­działa na­dal się uśmie­cha­jąc, ale ręką się­gała do kie­szeni obszer­nego płasz­cza – A skoro jeste­śmy już w kom­ple­cie…
  • Sabina! Nie rób tego! – wycią­gnął z kabury broń mie­rząc pro­sto w jej klatkę pier­siową.
  • Muszę! – krzyk­nęła kobieta, a twarz jej przy­brała demo­niczny wyraz. – Te pedały ode­brały mi wszystko! Wszystko!
  • Ja tylko chcia­łem zapy­tać dla­czego iwój mąż zgło­sił zagi­nię­cie pierw­szej ofiary… – ode­zwał się wresz­cie spa­ra­li­żo­wany na krze­śle aspi­rant.
  • Dla­czego?! Pytasz dla­czego?! – wrzesz­czała mie­rząc do nich z krót­kiej broni. – Wie pan jak się czuje zdra­dzona kobieta?!
  • Pew­nie nie naj­le­piej – grał na zwłokę inspek­tor.
  • Czuje się strasz­nie, ale potrafi zro­zu­mieć, że ta druga była młod­sza, ład­niej­sza, lep­sza w łóżku. – Oddy­chała ciężko labo­rantka. – Ale zdra­dzona przez faceta z face­tem? Jak pan myśli co się wtedy czuje?
  • Poni­że­nie? – wypa­lił nie­ostroż­nie aspi­rant.
  • Wła­śnie! Poni­że­nie! – wykrzyk­nęła. – Musia­łam ich tak samo poni­żyć! By czuli to co ja!
  • A pamięt­nik? – Prze­rwał jej inspek­tor, nie prze­sta­jąc do niej mie­rzyć. – Po co ci był?
  • Dla forsy! – wydęła mię­si­ste wargi. – Śle­dzi­łam kocha­sia mojego byłego męża, a ten zapro­wa­dził mnie wprost do skrzynki na końcu osie­dla, gdzie zosta­wił książkę. Gdy już wresz­cie się z nim upo­ra­łam wró­ci­łam po nią i łatwo było zro­zu­mieć co to jest. A potem, gdy pismak zaczął coś podej­rze­wać dodat­kowo pod­krę­ci­łam atmos­ferę, kie­ru­jąc całą uwagę na Domi­nika albo jak woli­cie – Mar­cela.
  • Sabina… Nie masz szans…
  • Dość poga­du­szek!! – wrza­snęła i wypro­sto­wała rękę. Skie­ro­wała broń do sie­dzą­cego bli­żej aspi­ranta i odcią­gnęła zamek. Dwa huki zlały się w jeden, gdy aspi­rant siłą odrzutu leciał na lastry­kową podłogę. Sabina zgięła się w pół niczym aktorka kła­nia­jąca się publicz­no­ści i chwy­ciła się za brzuch. Jej rękę zale­wała krew. Inspek­tor wie­dział, że to koniec. Pod­biegł do aspi­ranta, który cięż­kimi ruchami podno­sił się z podłogi.
  • Ale mnie tra­fiła! – stę­kał zaci­ska­jąc szczęki z bólu – Chyba ze trzy żebra mi zła­mała!
  • Kami­zelka?? – ryczał inspek­tor. – Kami­zelka??
  • A co? Wola­łeś żebym nie zakła­dał?! – wysy­czał aspi­rant.
  • Dobra robota, młody! – Pokle­pał go po obo­la­łych żebrach tak, że tam­ten znów jęk­nął. Dobra robota!

  • Papie­ro­ska? – z zim­nym wzro­kiem wycią­gnął dłoń z paczką.
  • Nie, dość mam męskich wra­żeń na następ­nych parę lat – popra­wił tem­blak aspi­rant i wycią­gnął z niego paczkę lan­dry­nek.
  • Daj jedną – wes­tchnął inspek­tor cho­wa­jąc papie­rosa z powro­tem. Wło­żył rękę od sze­lesz­czą­cej torebki i wycią­gnął naj­bar­dziej różową.

Zapisz

Reklamy