333

Skąd się tu wzięliśmy? Dokąd zmierzamy?
Te zadawane od wieków pytania stają się dla mnie aktualne jak nigdy. Otwieram spuchnięte oczy i czuję, jakbym między myślami miał grudy piasku. Popękane usta pieką. Nie mogę nimi poruszyć. Nie mogę wydobyć z siebie głosu.
Zwał wykręca mnie jak zasyfiałą szmatę, wyciągając na wierzch cały brud mojego życia. Teraz pragnę nawet benzydaminy, której jeszcze wczoraj się bałem. Drżącymi rękami przeszukuję kieszenie i łykam znaleziony w nich tramal. Ze schowka wyciągam acodin i dorzucam go do tego zestawu.
Nie pomaga.
Ale przynajmniej nie jestem sam.
Patrzę, jak Weronika ściska kierownicę i bierze ostry zakręt. Dokąd jedziemy? Nie mam pojęcia. Nie mam też siły, żeby zapytać. Nie wiem nawet, skąd wziąłem się w tym samochodzie. Jeszcze wczoraj go nie było.
Obok mnie na siedzeniu leży Marek. Wygląda lepiej ode mnie. Nie przejmowałbym się tym tak bardzo, gdyby nie to, że Marek nie żyje. Jeszcze poprzedniego dnia myśleliśmy, że może to śpiączka, ale teraz nie ma już żadnego może.
Marek ma na sobie franciszkański habit, choć nie jest księdzem. Na jego dłoniach czerni się jak stygmaty zakrzepła krew. Przy jego bosych stopach leży torba. Z torby wystaje monstrancja, kielich i klika świec. Usiłuję przypomnieć sobie, skąd się tu wzięły. Bezskutecznie.
Pełna świadomość wraca powoli. Dopiero po kilku minutach łapię ostrość konturów. Zaczynam słyszeć dźwięki. Zupełnie, jakbym wynurzał się z mętnej wody.
To, co wcześniej brałem za stłumiony krzyk narkotycznego głodu, teraz okazuje się syreną policyjną. Obracam głowę, by wyjrzeć przez tylną szybę i dostrzegam w oddali gnający za nami radiowóz. Jest coraz bliżej i nie ma wątpliwości, że dogoni nas już za chwilę. Wycie syreny nasila się. Świdruje uszy tak mocno, że przed oczami stają mi czarne plamy.
Tylko jedna rzecz jest głośniejsza. Wykrzykiwane wprost z mojego wnętrza pytanie: „co ja tu, kurwa, robię?!”.

*

Podobno niektórzy pamiętają swoje narodziny. Ja nie. Nie pamiętam swoich pierwszych myśli. Pierwszego słowa. Pierwszego wypowiedzianego zdania. Jestem jednak pewien, że jeszcze zanim nauczyłem się obsługiwać alfabet pytanie to już istniało w mojej głowie. Później ponawiałem je niemal każdego dnia. W przedszkolu, które nauczyło mnie nienawidzić szpinaku. W szkole, która nauczyła mnie mnożyć nieszczęścia i odmieniać moje życie przez wypadki. W liceum, które nauczyło mnie, czym jest społeczne nieprzystosowanie. Na studiach, które nauczyły mnie, że nie wszystkie modne kierunki gwarantują karierę. I w końcu w pracy, która nauczyła mnie nienawidzić siebie.
Z całego tego zestawu praca była najgorsza. Zatrudniłem się w firmie ubezpieczeniowej, w której – aby zachować spójność wizerunkową – imiona wszystkich mężczyzn zostały zmienione na „pan Tomek”. Nikt nie mógł posługiwać się swoim własnym. Po dwóch latach sam ledwo je pamiętałem. Nawet poza pracą zacząłem się tak przedstawiać. Sam nie wiedziałem już, kim jestem.
Być może dlatego spotkanie z Weroniką okazało się dla mnie długo wyczekiwanym cudem.
Kilka dni wcześniej jeszcze jej nie znałem. Nie marzyłem nawet, że coś takiego może się wydarzyć. Moje kontakty z kobietami ograniczały się do sprawdzania na Facebooku profili co ładniejszych klientek. Jeśli w ustawieniach ich kont zdjęcia były dostępne publicznie, czułem się tak, jakbym je zaliczył. Jeśli miały tam zdjęcia w bieliźnie lub strojach kąpielowych, ściągałem je na dysk i wyświetlałem, kiedy przychodziły przedłużyć ubezpieczenie lub załatwić coś innego. Celowo sprawiałem im problemy, by móc zwabić je do salonu.
Jednak Weronika nie była klientką.
Zjawiła się w dzień podobny do innych. W dzień, w którym planowałem zmienić swoje życie. Zacząć od drobnych rzeczy. Na przykład biegania. Luty był ciepły, mogłem zrealizować moje plany zaraz po pracy. Buty do joggingu, kupione za jedną trzecią wypłaty, wciąż stały w korytarzu mojego mieszkania, gotowe do użycia. W miejscu, w którym od razu rzuciłyby się w oczy przychodzącym odwiedzić mnie gościom. Do tej pory miałem je na sobie tylko dwa razy. Więcej czasu niż samo bieganie zajęło mi przygotowanie playlisty, mającej urozmaicać mi uprawianie tego sportu.
Rozpaczliwie szukając sensu planowałem następne kroki. Zapisać się na jogę, siłownię lub basen. Zainteresować się muzyką indie. Zmienić dietę. Kupować tylko ekologiczne produkty. Przestać nosić ubrania wyprodukowane w Chinach. Może zacząć piec chleb?
I wtedy zjawiła się ona. Cała na biało. Weszła razem z Markiem. W rękach mieli noże. Krzyczeli coś niewyraźnie. Kiedy pracująca ze mną tego dnia Kasia starała się wytłumaczyć im, że nie jesteśmy bankiem, Marek uderzył ją pięścią w twarz. Upadła.
Nie zareagowałem, choć chciałem to zrobić. Moje uczucia do Kasi były bardzo pozytywne. Jej zdjęcia też miałem na dysku. Kasia potrafiła mrugnąć okiem i powiedzieć klientowi, że im mniej planowanych do przejechania kilometrów rocznie zadeklaruje, tym mniejsze będą jego składki, a i tak nikt tego nie sprawdza. Albo że ubezpieczając samochód od zderzeń z leśną zwierzyną, wcale nie musi biegać po lesie, by udowodnić, że była to zwierzyna, jeśli wie, co chce mu przez to powiedzieć.
Ja nie potrafiłem być tak miły. Tym bardziej żałowałem, że nie jestem w stanie jej pomóc.
Gdy Kasia leżała już na podłodze Weronika podeszła do mnie. Wykrzyczała coś niewyraźnie. Zrozumiałem tylko, że wzięli naszą firmę za bank. Równie dobrze mogliby napaść na bank spermy. Nie słuchałem tego, co do mnie mówi. Patrzyłem tępo w jej oczy i poznawałem, czym jest prawdziwa miłość. W jednej chwili zapragnąłem zostać jej znajomym na Facebooku. Mieć dostęp do wszystkiego, co publikuje. Móc oglądać jej zdjęcia o każdej porze. Móc zobaczyć, jak zmienia swój status na „w związku z…”, przy którym wyświetliłoby się nasze wspólne zdjęcie.
Nie wiem, co wtedy jej powiedziałem. Może wyznałem jej tą nagłą miłość? Przez chwilę myślałem, że trzymanym w dłoni nożem odetnie mnie od wszystkich moich pragnień. Wszystkich rozterek i frustracji. Że zakończy moje życie szybciej, niż zdołam uświadomić sobie, jak bardzo jest ono bezsensowne.
Weronika jednak zrobiła coś innego. Zabrała mnie ze sobą.

*

Policjant spogląda na nas nieufnie i jeszcze raz prosi Weronikę o powtórzenie. Ja w tym czasie przesuwam torbę z monstrancją pod siedzenie kierowcy.
Marek wygląda, jakby spał, ale nie ukrywany tego, że jest martwy. Nie mówimy tylko, że umarł wczoraj. Przedstawiamy go jako świętego Augusta, cudowne zwłoki, które nie ulegają rozkładowi. Tłumaczymy, że był wypadek na autostradzie i dlatego musimy wieźć go w ten sposób. Że wiemy, że nie powinniśmy, ale bardzo nam się spieszy. Musimy jeszcze dziś dowieźć go do pobliskiej galerii handlowej, by mógł wziąć udział w promocji kremów opóźniających procesy starzenia. Chodzi o gruby sos i jeśli się spóźnimy, nasze sosjerki uszczuplą się tak, że już do końca życia będziemy zrujnowani.
Gliniarz nie do końca nam wierzy, ale wyjaśnienia są tak absurdalne, że muszą wydawać się mu prawdziwe. Nawet mnie dziwi linia obrony jaką przyjęliśmy. Nie wiem, jak Weronika na to wpadła, ale gram w jej grę, nie widząc lepszego wyjścia. Zresztą nawet mi się to podoba. Lęki zniknęły. Nakręcam się na cały ten pomysł i włączam do rozmowy. Mój głos brzmi słodko. Nigdy nie byłem tak rozmowny. Tramal robi swoje. 7×50 było sensowną dawką.
Policjant słucha nas, marszcząc brwi. Co chwilę zerka na mnie podejrzliwie. Chyba nie podoba mu się moje drapanie. Po tramalu całe ciało zaczyna mnie swędzieć i mimowolnie skrobię się we wszystkie miejsca, które jestem w stanie dosięgnąć. Drugi z policjantów stoi przy radiowozie i coś notuje.
W końcu Weronika proponuje im deal. Puszczą nas, a w zamian dostaną po pięć fiolek z kremem. Jedna kosztuje stówę, więc interes się opłaca. Żony czy kochanki z pewnością to docenią.
Stojący przy nas gliniarz idzie do samochodu skonsultować ofertę. Widzimy intensywną gestykulację. Kręcenie głową. Uspokajające położenie ręki na ramieniu. Kiedy drugi z policjantów robi minę mówiącą „ok, chcę tego, po prostu mnie przekonaj”, wiemy już, że się udało. Potem obaj podchodzą do nas. Rozumiemy się bez słów.
Weronika wysiada. Ja w tym czasie zastanawiam się, co teraz się stanie. Przecież nie mamy żadnego kremu. Kiedy jednak bagażnik zostaje otwarty, psy dostają to, co im obiecaliśmy. A przynajmniej tak myślą. Weronika wręcza im po pięć fiolek kremowej mazi. Zupełnie o nich zapomniałem. Nie sądziłem, że mogą się nam do czegoś przydać.
Policjanci mówią, że galeria handlowa jest blisko. Proponują eskortę. W końcu tak cenne towary nie powinny być przewożone bez ochrony. Wydaje się, że liczą na coś ekstra.
Zgadzamy się dość niechętnie. Wolelibyśmy w ogóle tam nie jechać. Ale jeśli powiedziało się A, bezpieczniej jest polecieć już z całym alfabetem.
Ruszamy, ale bez syren, jak na filmach. Po chwili na horyzoncie maluje się słodki przybytek rozpasanego konsumpcjonizmu. Obserwuję to wszystko w obawie, że mogę nigdy już nie być tak szczęśliwym. Moje myśli wędrują do pierwszego dnia spędzonego z Weroniką.

*

W ten dzień poznałem samego siebie. Zmierzyłem się z całą beznadzieją konstruującą szczątki tego, co mogłem nazwać tożsamością. I choć nie poznałem wszystkich odpowiedzi, nareszcie na końcu tunelu, który nazywałem życiem, zobaczyłem światełko niebędące reflektorem jadącego wprost na mnie pociągu.
Z firmy uciekliśmy pieszo. Biegnąc przez brudne podwórka i przeskakując sypiące się murki zwracaliśmy na siebie większą uwagę, niż mógłby zrobić to karzeł na szczudłach żonglujący na środku skrzyżowania niemodną już linią iPhone’ów. Jednak wtedy nawet ja wierzyłem, że zachowujemy w naszym pędzie pełną dyskrecję.
Po tym biegu trafiliśmy do jakiegoś mieszkania. Zamki były wyłamane. Lokatorzy musieli opuścić je na kilka dni wcześniej. Pewnie pojechali na wakacje, a Weronika z Markiem zamienili ich przytulny kącik w zrujnowaną melinę. Sąsiedzi mieli pewnie ważniejsze sprawy na głowie, niż zajmowanie się dzikimi lokatorami.
Siedzieliśmy przy stole wcale nie rozmawiając. Nie wyglądało jednak na to, by niedawna porażka wywarła na kimś wrażenie.
Kiedy słońce zaczęło zachodzić, Weronika wstała i przyniosła z kuchni musztardówkę oraz czajnik. Do szklanki nalała wody i wsypała do niej osiem saszetek Tantum Rosa. Rozmieszała i po kilku minutach przefiltrowała roztwór przez chusteczkę higieniczną. Kiedy chusteczka przeschła zebrały się na niej małe, jasne grudki. Benzydamina, jak dowiedziałem się później. Ja dostałem najmniejszą porcję. Rozrobioną z wodą. Nigdy już miałem nie zapomnieć tego smaku, który na zawsze pozostał najgorszą rzeczą, jaką miałem w ustach. Ale czego można było wymagać od leku na zapalenie pochwy?
Weronika wytłumaczyła mi, że to moja inicjacja. Rytuał przejścia. Szamańskie zejście do samego dna piekieł. Powiedziała mi, że abym mógł mierzyć się ze światem, muszę najpierw zmierzyć się z samym sobą. Poznać swoje lęki. Obawy. Poznać swoje najciemniejsze strony, najsłabsze ogniwa łączące tożsamość do kupy. A benzydamina ułatwia to zadanie. Wyciąga z nas najczarniejsze sny, koszmary wyparte w najbardziej zapadłe pakamery podświadomości. Pozwala nam stać się własnym strachem. Istotą lęku. Jego nieskończonym trwaniem.
Siedziałem wsłuchany w jej słowa, wciąż czując w ustach wywołujący torsję smak słonego ersatzu mojej ayahuaski. Powoli brzmienie jej głosu stawało się metaliczne. Słowa przyspieszały, by zaraz potem przeciągnąć się do nienaturalnej długości. Poruszyłem głową. Wzrok nie nadążał za oczami. Otoczenie smużyło, jak zawieszająca się gra. Obrazy przeskakiwały niczym chaotycznie przeglądane slajdy. Słabe do tej pory światło zaczęło żarzyć się jak w elektrycznym wyładowaniu. Stało się oślepiające. Ściany przechyliły się i zapulsowały miarowo, przypominając pionowe tafle wody.
Nie rozumiałem już słów Weroniki. Nawet nie próbowałem. Jej twarz stała się blada. Straciła kontury. Oczy zniknęły. Usta zrosły się. Nos stał się płaski i wtopił w jej głowę, jak przypalany nos manekina. Nagle z nieokreślonej masy, jaką stało się jej oblicze, wyklarowała się karykaturalna twarz Balcerowicza. Jego powieki zaczęły trzepotać, ale zamiast oczu, odsłoniły się za nimi starcze, spierzchnięte usta. Metaliczny głos, jaki się z nich wydobył, przestrzegał przed destabilizacją poziomu stóp procentowych. Słowa leciały w przestrzeń i nabierały kształtu, lądując na kartce, którą teraz trzymałem w rękach, a której jeszcze przed sekundą nie było. Rzędy liter przestawiały się, wędrowały po białym papierze, aż zobaczyłem, że ściskam drżącymi dłońmi odmowę przyznania kredytu wydaną przez wszystkie banki w kraju. Kartka sama z siebie zaczęła mnożyć się i rozkładać, aż stanęła przede mną jako drzwi. Drzwi zostały otwarte przez Weronikę-Balcerowicza i zobaczyłem za nimi rynek pracy, który bronił mi do siebie dostępu. Kiedy postąpiłem krok w jego stronę zaczął się oddalać. Próbowałem go dogonić, ale po przekroczeniu papierowej futryny wpadłem prosto na stół, z którego osunąłem się na podłogę. Wtedy sufit rozjarzył się lekko i zaczął wyświetlać przygotowaną w starej wersji Power Pointa prezentację, oceniającą całe moje dotychczasowe życie jako niemodne. Nawet trampki, które kupiłem jeszcze w lecie, za pieniądze odkładane na wakacje i w których chodziłem nawet w zimie, okazały się nie być takimi, jak powinny.
Oglądane diagramy unaoczniały mi, jak bardzo przeciętny jestem. Wszystko to, co pielęgnowałem w sobie jako wyjątkowość, nagle ukazało mi się jako zespół niczym niewyróżniających się cech, tak samo pielęgnowanych przez podobnych mi nieudaczników.
W następnej kolejności pojawiły się wszystkie kompromitujące momenty mojego życia. Wszystkie błędne, a bronione z takim zapałem sądy. Wszystkie tytuły filmów, które pomyliłem. Słowa, których używałem, choć nie znałem ich znaczenia. Sytuacje, w których chcąc zabłysnąć wyszedłem na durnia.
Nie mogłem już dłużej tego znosić. Wstałem przepełniony furią i próbowałem przerwać wizje. Rozbić prezentowane obrazy. Slajdy zaczęły się zmieniać i uwypuklać. Spłynęły z sufitu jak stalagmity, tworząc wizualizacje wolnego rynku, łapiącego mnie swoją niewidzialną ręką za szyję. Gdy wbiłem w nią porwany ze stołu widelec, uścisk zelżał, jednak zaraz na miejsce zranionej kończyny pojawiła się kolejna. A może była to ta sama dłoń? Dopiero za drugim razem udało mi się uwolnić. Mogłem oddychać. Zataczając się po pokoju upadłem w końcu na podłogę. Nie wstałem już. Nie mogłem spać, nie mogłem się poruszać. Widziałem, jak wszystko wokół mnie szarzeje i nawet świt nie mógł rozbić mętności kolorów.
Musiało być już południe, kiedy w końcu się podniosłem..
Weronika, odwrócona do mnie plecami, wyglądała właśnie przez brudne szyby. Siedzący przy stole Marek poprawiał bandaże zawiązane na obu dłoniach.
Kiedy stanąłem przy nich, nie odezwali się. Trwali w milczeniu, jak porażeni katatonicznym napadem. Sam nie zdawałem sobie sprawy z tego, że towarzyszę im w tej stagnacji. Czas nie istniał. Nie tyle przestał płynąć, co permanentnie wylogował się z rzeczywistości. Świat za oknem wyglądał jak zastygły w schnącym błocie.
Weronika odezwała się pierwsza.
– Okradnijmy bank – zaproponowała.
Sięgnąłem po leżący na stole acodin i wyciągnąłem blaszkę tabletek.
– Najlepiej spermy – dodałem, wyciskając je po kolei na rękę.

*

Marek wygląda pięknie. Unieruchomiony w szklanej gablocie stał się transcendencją wepchniętą do naszej codzienności. Jego widok budzi nadzieję. Każda część jego ciała jest relikwią. Jego ręce krwawiące, wielbione za stygmaty. Jego twarz martwa, spokojna, emanująca świętością. Jego dostojna sylwetka okryta habitem. Wszyscy wierzą, że obcują z cudem. Wszyscy wierzą, że to ciało świętego. Nikt nie domyśla się, że Marek zginął wczoraj, zastrzelony przez ochroniarza w banku spermy. Gdybym nawet powiedział to głośno, uznaliby, że to nie prawda. Ale nie mówię. Sam chcę wierzyć, że jest inaczej.
Weronika już chyba uwierzyła. Zaraz po tym, jak dojechaliśmy do centrum handlowego wezwała kierownika, by ustawić gablotę. Zrobiła awanturę, że nic nie jest przygotowane. Szła w zaparte mnożąc absurdalne żądania. Tak długo, aż stała się wiarygodna.
W kilka godzin na zatłoczonym korytarzu stanęła mała wysepka. W jej centrum Marek, zamknięty w szklanej gablocie. Dalej my, przekonujący do cudownego kremu. I ksiądz, który zjawił się jak z podziemi. Wykorzystując obecność sacrum na terenie profanum docierał do tych, którzy w niedzielne popołudnie zamiast oddawać się kontemplacji woleli wydawać kredyty chwilówki na rzeczy, które nie są im do niczego potrzebne.
Trzeba jednak przyznać, że jego obecność nam pomaga. Krem schodzi jak ciepłe bułeczki. Kobiety smarują się nim zaraz po zakupie. Mężczyźni udają, że biorą go dla żon lub kochanek i wcierają go sobie ukradkiem w zniszczone biurową klimatyzacją twarze.
W całym centrum handlowym unosi się mdły zapach nasienia. Na naszych oczach dokonuje się zbiorowe wyparcie. Nikt nie chce przyznać, że właśnie natarł sobie całą twarz cudzą spermą.
Ksiądz wciąż mówi o cudzie. Stojący w kolejce ludzie utwierdzają się nawzajem w swojej decyzji o zakupie. Ci, którzy użyli kremu wskazują już pierwsze zmiany.
Wszyscy wierzą, że oto zrobili pierwszy krok do lepszego życia. Do punktu, w którym ich troski przestają istnieć.
I nagle nachodzi mnie przeraźliwa refleksja, że może właśnie w tej chwili mam przed oczami lepką parabolę całego naszego istnienia. Że ta jedna scena wyraża wszystkie nasze dążenia i ambicje. Że niezależnie od tego, co robimy i co chcemy osiągnąć, zawsze kończymy w ten sposób i tylko wyparcie może dać nam szczęście.
Szybko jednak spycham tę myśl w ciemnię podświadomości. To przecież nie może być prawda. To pewnie acodin zaczął już wchodzić. Acodin czasami tak wchodzi.

 

Reklamy