noz
fot. unminuteo0

Tam­tego dnia Julka powie­działa, że musi tro­chę od nas odpo­cząć.

Zro­bić sobie prze­rwę. Odetch­nąć, spró­bo­wać cze­goś innego. I mówiąc „cze­goś innego” miała na myśli „kogoś”.

O czym nie wie­działam, dopóki nie spo­tka­łam jej z Ery­kiem. Póź­nym wie­czo­rem. W knaj­pie przy pętli tram­wa­jo­wej. Tej samej, na któ­rej kilka lat wcze­śniej zgi­nął jej brat.

Nigdy dotych­czas nie uwa­ża­łam męż­czyzn za rywali. Do wczo­raj byli mi braćmi. Kum­plami, zio­mami. Dopóki nie zoba­czy­łam Julki opar­tej o ścianę, przy wej­ściu do męskiego kibla. Z głową spusz­czoną mię­dzy wiel­kie ramiona pochy­lo­nego nad nią Eryka.

Było ciemno i bar­dzo kli­sze. Odwró­ciłam się szybko i wsko­czy­łam na par­kiet.
Pró­bo­wałam o tym nie myśleć. Ale ledwo zary­so­wane syl­wetki, niczym powi­doki pod powie­kami, wciąż migały w rytm Put your hands up!

Nie widzia­łam wielu męskich człon­ków w swoim życiu, ale wystar­cza­jąco dużo żeby wie­dzieć, że ich funk­cja jest mocno ogra­ni­czona este­tyką. Jak dla mnie nadają się tylko do szcza­nia. Nie przy­sta­wały cudow­nie pulch­nym, mięk­kim ustom Julii.

Nie spa­łam całą noc. Nie pró­bo­wałam nawet zasnąć. W nadziei, że jed­nak wróci. Choćby zapła­kana, choćby (boże nie daj) z pod­bi­tym okiem, ale wróci. Do mnie.

Będzie mi parzyć jaśmi­nową her­batę rano. A ja przy­pa­lać jej tosty.

***

Julka nie wró­ciła. Nie przy­szła nawet po swoje rze­czy. Po tygo­dniu zadzwo­niła.

– Sorry, Dorota – powie­działa po chwili ciszy w słu­chawce. – Ja po pro­stu potrze­buję fiuta.

Po swoje ubra­nia przy­słała Eryka. Dwumetro­wego, ogo­lo­nego Eryka w sze­lesz­czą­cym dre­sie sta­dio­no­wego adi­dasa. Zna­łam go od pia­skow­nicy. I tylko dla­tego się go nie bałam.

– Julka mówiła, żeby oddać ci to – powie­dział poda­jąc mi wąską książkę, która w jego wiel­kiej łapie wyglą­dała jak bro­szurka.

– To był pre­zent – powie­działam z tru­dem panu­jąc nad gło­sem. Serce waliło mi jak osza­lałe, czer­wień paliła policzki, chyba dosta­łam gorączki.

– Julka powie­działa, że przyda ci się jako pod­pórka pod stół – odpowie­dział Eryk zupeł­nie nieświa­domy  zna­cze­nia wypo­wia­da­nych słów. – Podobno pasuje jak ulał.

***

„Na pla­ne­cie Małego Księ­cia kwiaty były zawsze bar­dzo skromne, o poje­dyn­czej koro­nie płat­ków, nie zaj­mu­jące miej­sca i nie prze­szka­dza­jące nikomu. Poja­wiały się któ­re­goś ranka wśród traw i wię­dły wie­czo­rem.

Krzak róży wykieł­ko­wał w ciągu dnia (…)pew­nego poranka – dokład­nie o wscho­dzie słońca – uka­zała się.”

Podob­nie nasza miłość. Moja i Julii. Wykwi­tła któ­re­goś poranka, na dachu Żaczka – domu stu­denc­kiego Poli­tech­niki War­szaw­skiej, gdzie wdra­pa­ły­śmy się z Krzyś­kiem obej­rzeć wschód słońca.

Począt­kowo nie wie­rzy­łam w to uczu­cie, myśla­łam że podob­nie jak każde inne zauro­cze­nie, zwięd­nie może nie tego, ale następ­nego wie­czora na pewno.

Ale nie. Z jed­nej myśli, z jed­nego nie­zło­żo­nego zda­nia, wykwi­tło świeżo, gwał­tow­nie.  Zagar­nęło mnie całą, jak fala na morzu topielca – zanim zdąży zła­pać ostatni oddech.

Blado-gra­fi­towe niebo prze­ci­nało kilka pasów poma­rań­czy – tuż nad hory­zon­tem, szar­pa­nym dachami war­szaw­skich domów – skra­dało się słońce. Kilka pro­mieni wyrwało się zza nie­rów­nej linii i wplą­tało w jasne włosy Julii. Odwró­ciła się do mnie z uśmie­chem anioła.

– Boże, jak pięk­nie – szep­nęła z tru­dem opa­no­wu­jąc zdrę­twiały od alko­holu język.

Jej usta były jak płatki róży, magicz­nie mięk­kie, inne niż wszyst­kie. Pach­niały nie­skoń­czo­no­ścią, któ­rej dałam się uwieść.

Na pierw­szą rocz­nicę naszego związku poda­ro­wa­łam jej „Małego Księ­cia”.

Nasza miłość jest jak róża, zalot­nie roz­py­cha się w moim życiu – napi­sa­łam w dedy­ka­cji.

Powin­nam był wie­dzieć, że jest rów­nie próżna, aro­gancka i myśli tylko o sobie. I jak każda róża, nawet ta uschnięta – ma kolce, któ­rych ostre końce ni­gdy nie prze­stają ranić.

***

Nie spa­łam wiele nocy. Poranki parzyły powieki, wie­czory łudziły ulgą ciem­no­ści. Myśli mie­szały się z fak­tami. Twa­rze mijane na ulicy podobne były jedna do dru­giej, ale żadna nie była zna­joma. Wykrzy­wiane pro­mie­niami słońca, zda­wały się topić w moich oczach, spły­wać sza­rymi chod­ni­kami, po któ­rych – stuk puk – stu­kał obcasy bia­łych, lakie­ro­wa­nych kozacz­ków Julii.

Miała kil­ku­mie­sięczny brzuch, kiedy zoba­czy­łam ją pod rękę z Ery­kiem, prze­glą­da­ją­cych się witry­nom skle­po­wym z wóz­kami dla dzieci. Wyglą­dała na zmę­czoną. Niesz­czę­śliwą. Nie uśmie­chała się, jak ze mną o poranku, kiedy zanu­rza­łam twarz w jej złote włosy.

Wtedy zro­zu­mia­łam, że muszę to skoń­czyć. Muszę zamknąć ten roz­dział życia na zawsze. Spa­lić mosty i rzu­cić się wpław, by rato­wać sie­bie. Nie, nie sie­bie – Julkę. Moją kochaną, moją cudowną, nie­świa­domą Julię, wyrwać z sza­leń­stwa, nawet nie wie­działa jak wiel­kiego.

***

Odwie­dzi­łam rodzi­ców na Żoli­bo­rzu. Mój dzie­cięcy pokój od lat stał nie­tknięty. Moje książki, moje figurki anioł­ków, moja skrzy­nia z pamięt­ni­kami. Na dnie, zawi­nięty w nie­gdyś biały, miękki ręcz­nik, leżał nóż. Nie­wielki, sprę­ży­nowy, z bor­dową ręko­je­ścią i zardze­wia­łymi pla­mami na ostrzu.

Scho­wa­łam go tam ponad pięć lata temu. Po impre­zie na pętli, kiedy życie stra­cił brat Julii – w pijac­kiej awan­tu­rze. Głu­piej, jak zawsze nie­po­trzeb­nej kłótni, która zabrała jed­nemu, a resz­cie zmar­no­wała życie. Choć nikt jesz­cze o tym nie wie­dział. Nawet ja.

Spraw­ców ni­gdy nie zła­pano. Nie zna­le­ziono narzę­dzia zbrodni. Nikt nic nie widział, nikogo nie zauwa­żył. Zgod­nym chó­rem stwier­dzi­li­śmy wów­czas, że Tomek wyszedł z knajpy i nikt go nie widział do momentu, kiedy zna­la­złam go zakrwa­wio­nego na chod­niku, zaraz przy torach tram­waju trzy­dzie­ści sześć.

Leżał char­cząc. Zwi­nięty w kłę­bek, z ręką na brzu­chu, przez palce prze­cie­kała ciemna, gęsta krew. Ta z ust była jaśniej­sza, zaczy­nała się pie­nić jak tylko pró­bo­wał coś powie­dzieć… – tłu­ma­czy­łam poli­cjan­tom. – Tak go zna­la­złam – kła­ma­łam. – Nie było nikogo w pobliżu.

Prawda oczy­wi­ście była zupeł­nie inna. Staliśmy tam wszy­scy. Pijac­kimi krzy­kami zachęty  głośno komentowaliśmy każde ude­rze­nie. Dopóki Tomek nie upadł na zie­mię.

Dopiero wtedy zorien­to­wa­li­śmy się, że Eryk trzyma w ręku nóż. I że ten nóż jest zakrwa­wiony. Myślę, że sam Eryk był zasko­czony. Wypu­ścił go z cięż­kiej dłoni i uciekł w stronę skrzy­żo­wa­nia z Potocką.

Reszta też się roz­bie­gła. Część wró­ciła do knajpy. Do swo­ich piw, przy sto­łach, jakby ni­gdy nic. Bar­man zadzwo­nił po poli­cję.

Tylko ja zosta­łam przy Tomku. Byłam tro­chę pijana, ale nie na tyle, żeby nie rozu­mieć, że w takim momen­cie nie powi­nien być sam. Cho­ciaż nie przy­szło mi wtedy do głowy, że to ostat­nie chwile jego życia. Może dla­tego zabra­łam ten nóż. Zako­pa­łam go w ziemi, przy pobli­skich krza­kach.

Mia­łam dzie­więt­na­ście lat, Tomek i Eryk dwa­dzie­ścia jeden. Nie chcia­łam, żeby sprzeczka o to kto lepiej krad­nie samo­chody, któ­re­muś z nich skom­pli­ko­wała życie.

Kiedy dowie­dzie­li­śmy się że Tomek nie żyje, odko­pa­łam nóż i zabra­łam do domu. Nikt nie wie­dział, że go mam.

Teraz zapa­ko­wa­łam w bąbel­kową kopertę i wysła­łam na komisariat. Komi­sa­riat Poli­cji Żeromskiego 7, w spra­wie Toma­sza Wiel­gusa – napi­sa­łam.

***

W jasny majowy pora­nek byli­śmy wszy­scy na komen­dzie. Ja, Julia, w zaawan­so­wa­nej ciąży, Długi, bez lewej jedynki, Siwy z żoną Hanką – wszyst­kie zmory z mło­do­ści, z róż­nie poukła­da­nymi, doro­słymi życiami, kre­dy­tami, wywia­dów­kami.

Sie­dzie­li­śmy na krze­seł­kach, usta­wio­nych równo pod żółtą ścianą komi­sa­riatu, przy pokoju dwa­dzie­ścia osiem. Po chwili wyszedł z niego Eryk w kaj­dan­kach.

Kiedy zosta­ły­śmy same, Julia wybu­chła pła­czem. Zła­pa­łam ją za rękę. Chcia­łam przytulić, zapewnić, że nie dam jej zro­bić krzywdy, że nie pozwolę cier­pieć.

– Zaopie­kuję się tobą – szep­nę­łam.

Wyszarp­nęła swoją dłoń.

– Spie­przaj, lezbo! – syk­nęła.

 

 

Reklamy