naked-1114266__180
fot. dannymoore1973

Rak. Wszechobecny jak seks. Równie medialny jak ksiądz pedofil, dzieciobójczyni ze Śląska, płonąca tęcza, czy druga ciąża Ani Muchy. Wszystko to niby prawda, a jednak abstrakcja. Twórcy telewizji sądzili zapewne, że gdy unaocznią nam jakiś problem, pokażą czyjeś nieszczęście, to łatwiej będzie je nam zrozumieć, wczuć się w nie. Nie przewidzieli, że atakowani dzień w dzień tysiącem obrazów, przestaniemy odczuwać cokolwiek. Naturalna reakcja obronna organizmu na nadmiar bodźców. Do czasu. Na przykład do dnia, w którym usłyszysz „niestety, komórki nowotworowe zajęły także węzły chłonne”. Wtedy rak –– oswojony, niegroźny kumpel z telewizji – stanie się Panem Rakiem Prawdziwym. Okrutnym, sadystycznym mordercą, z którym staniesz oko w oko, twarzą w twarz. I stoczysz walkę na śmierć i życie. Prawdziwą śmierć i prawdziwe życie.

4 grudnia

Poradnia USG.
– Proszę się rozebrać i położyć. Ma pani skierowanie? I wyniki ostatniego badania? – Atrakcyjna, około czterdziestoletnia lekarka wyciąga rękę po dokumenty. – Dobrze, do kontroli jest torbiel w prawej piersi, która była widoczna podczas poprzedniego badania.
– Dostałam zalecenie, aby kontrolować ją raz w roku. Dlatego jestem.
– Bardzo dobrze, proszę się nie denerwować, zaraz wszystko sprawdzimy. Takie torbiele kontrolujemy na wszelki wypadek, choć prawdopodobieństwo ich uzłośliwienia jest bardzo niewielkie. – Lekarka jest zasadnicza, ale sympatyczna.
Głowica USG prowadzona jej pewną ręką szybko ślizga się po mojej prawej piersi. Prawy górny kwadrat, lewy górny, oba dolne, brodawka i okolica pod pachą. Skupiona twarz lekarki śledzącej obraz na monitorze jest całkowicie spokojna.
– Wszystko jest w porządku. Ta torbiel jest taka sama, jak była w zeszłym roku, nic złego się z nią nie dzieje. Sprawdzę jeszcze drugą pierś.
To samo: górny lewy kwadrat, górny prawy, dół, brodawka i pacha. I jeszcze raz brodawka. I jeszcze raz. Więcej żelu i jeszcze raz.
– Tutaj, w okolicy brodawki widzę niedużą, homogenną zmianę. Trzeba będzie zrobić biopsję. Proszę się wytrzeć i ubrać. – Tym razem lekarka nie patrzy na mnie. Wstaje od ultrasonografu i szybko idzie do biurka. Uważnie obserwuje wydruki, coś podkreśla, coś sprawdza, notuje.
Zgodnie z wytycznymi ubieram się i siadam na krześle naprzeciwko pani doktor. Czuję suchość w gardle. Czekam na wyrok.
– Proszę się nie niepokoić. Zmiana jest niewielka, ma średnicę pół centymetra. Ale jej wygląd jest trochę podejrzany, dlatego dla pewności zrobimy biopsję guza. Proszę zapisać się w rejestracji na pierwszy wolny termin. Trzeba to zrobić jak najprędzej. Liczy się czas. W pani wieku guzy rosną bardzo szybko. Czy u pani w rodzinie były przypadki chorób nowotworowych?
Wychodzę z gabinetu oszołomiona. Mam się nie denerwować, ale z drugiej strony – nie mam czasu do stracenia. Znudzona rejestratorka z wypielęgnowanymi paznokciami w trzech kolorach informuje mnie, że na biopsję mogę przyjść za pięć dni. Oczywiście, zapisuję się.
W domu macam się po biuście. Mam duże cycki, rozmiar D, szukanie w nich ziarnka wielkości pół centymetra jest jak szukanie igły w stogu siana. Nic nie wyczuwam. Oglądam wyniki USG. Rzeczywiście, na wydruku widać niedużą czarną plamkę. To na pewno artefakt. Nie ma się czym martwić.

5 grudnia

Doktor Google poszedł w ruch. I pracował niemal bez wytchnienia przez cały dzień. O raku piersi wiem już wszystko. Na przykład to, że w osiemdziesięciu procentach przypadków wynik biopsji wskazuje na zmianę łagodną. Jednak jedna na pięć kobiet dowiaduje się, że ma nowotwór złośliwy. Jeśli guz jest tak jak u mnie, nie większy niż jeden centymetr, to w dziewięćdziesięciu pięciu procentach przypadków udaje się pacjentkę wyleczyć. Jednak jedna na dwadzieścia tych kobiet umiera z powodu choroby nowotworowej. Robię szybkie obliczenia. Wychodzi na to, że co setna kobieta będąca w takiej sytuacja jak ja teraz przegrywa walkę z pęczniejącym z dnia na dzień sublokatorem. Żadna z nas nie chce wierzyć, że może być tym jednym, pechowym procentem. A jednak któraś nim jest. Mogę być nim i ja. Mimo tego, że mam dopiero dwadzieścia dziewięć lat, nie zdążyłam wyjść za mąż i urodzić dzieci. Nie spełniłam się jako kobieta. Ba, nawet nie zdążyłam się na poważnie zakochać. Mam na koncie kilka niezbyt długich związków i kilka jednonocnych przygód, bez fajerwerków i motyli w brzuchu. Zawsze sądziłam, że wielka miłość i drżąca od orgazmów, jak u Hemingwaya, ziemia są wciąż jeszcze przede mną. Nie pytałam, komu bije dzwon.
Ale nie jestem wyjątkiem. Współczesny przedstawiciel zachodniej cywilizacji nie myśli zbyt wiele o przemijaniu. Żyje, jak gdyby miał żyć wiecznie. Jak zwierzę – z desperackim instynktem przetrwania za wszelką cenę, lecz bez świadomości śmierci.

9 grudnia

Biopsję mam umówioną na dziewiątą. Do przychodni wpadam pięć po dziewiątej. Cholera, dlaczego ja zawsze się spóźniam? Jak nic, spóźnię się na własny pogrzeb. Rejestratorka jest wyraźnie zirytowana.
– Nie wiem, czy lekarz jeszcze panią przyjmie. Mamy na dziś umówionych bardzo dużo pacjentów – wyzywająco demonstruje swoją władzę.
– Przepraszam bardzo, ale korek był na drodze i … – plączę się w zeznaniach.
– Dobrze już, gabinet numer pięć na pierwszym piętrze – wykrzywia usta w grymasie zniecierpliwienia i przewraca oczami.
Idę. Choć wcale nie chcę. Na końcu korytarza stoi ubrana w złote bombki, ogromna choinka. To już Święta? Ale ten czas leci! W gabinecie numer pięć urzęduje wysoki, przystojny brunet z fryzurą a’la książę Kaspian. Lekarski kitel dodaje mu powagi i zarazem seksapilu. Ale ciacho. Jest mniej więcej w moim wieku i zdecydowanie zbyt przystojny jak na to, żebym miała się przed nim rozbierać.
– Poproszę skierowanie – głos ma równie zmysłowy, jak całą resztę. – I proszę się rozebrać.
Co? Tak bez ceregieli! Bez choćby pozorów gry wstępnej! A, może to i dobrze, bo bieliznę założyłam dziś raczej niewyjściową, więc lepiej będzie, jak ją od razu zdejmę.
– Ponieważ guz jest niewyczuwalny, biopsję będę robił pod kontrolą USG – rzeczowo oznajmia Ciacho.
Smaruje mnie żelem (co biorąc pod uwagę jego ciachowatość i to, że dotyka mojego nagiego biustu jest jednak trochę dwuznaczne), ustawia głowicę USG i wkłuwa mi w pierś cienką, długą igłę. Moment i jest po wszystkim.
– Proszę się ubrać. Wyniki będą do odbioru w rejestracji za dwa tygodnie. Czyli to będzie … dwudziesty trzeci grudnia. Ups, dzień przed Wigilią. – Ciacho szybko odwraca wzrok.
– Odwagi, panie doktorze, więcej odwagi – chciałoby się rzec.

10-22 grudnia

Nie sądziłam, że oczekiwanie na cokolwiek może być aż tak upiorne. Na dodatek miejsce wkłucia igły biopsyjnej posiniało i trochę boli. A może, jak Angelina Jolie po prostu ciachnąć całe to ustrojstwo, pozbyć się raz na zawsze tej tykającej bomby zegarowej? W końcu kobiecość nie zależy od tego, jak wyglądamy. To coś, co jest wewnątrz nas. Taaak, tylko pokaż mi faceta, który doszukuje się kobiecości w naszej duszy. Wszyscy gapią się na tyłek i na cycki. Jedni dyskretnie i ukradkiem, inni bez krępacji i ostentacyjnie, ale gapią się wszyscy. „Niezłe melony” – komentują ci najodważniejsi lub najbardziej podpici.
Zasypiam. Siedzę na wysokim, barowym stołku w luksusowej restauracji. Mam na sobie czarną, długą suknię bez ramion, na szyi brylantową, ciężką kolię, na przegubie dłoni równie drogocenną bransoletę. Elegancki kelner podaje mi wysmukły kieliszek z idealnie schłodzonym szampanem. Figlarne bąbelki rozkosznie łaskoczą mnie w podniebienie. Rozglądam się wokół. Barokowy przepych kłuje w oczy. Kryształowe żyrandole i kandelabry, marmurowe stoliki ze złoconymi nogami, grube, atłasowe kotary. Dostrzegam zielony stół do pokera, ruletkę, blackjacka. To ekskluzywne kasyno. A w moim kierunku zmierza facet wyglądający wypisz, wymaluj jak Daniel Craig. Właściwie, to jest Daniel Craig. Uśmiecha się zawadiacko, mruży oczy i rzuca:
– Cześć. Nazywam się Rak. Rak Piersi. Co powiesz na ruletkę?
Ogarnia mnie strach. Wielki jak pterodaktyl. Nakrywa mnie ciężkimi, czarnymi skrzydłami odcinając dostęp powietrza. Szamoczę się, chcę krzyczeć, lecz jak topielec bezgłośnie walczę o jeszcze jeden oddech. Bezlitosny potwór przyciska mnie do ziemi. Jestem bez szans, poddaję się, chyba umieram.
Dziwne, ale budzę się w zupełnie odmienionym nastroju. Czuję coś na kształt fascynacji moją sytuacją. Jeśli naprawdę mam raka, to będzie to przygoda mojego życia. Będę miała okazję wykazać się, jaka jestem dzielna i bohaterska, jak mężnie znoszę wszystkie badania, pobyty w szpitalu, chemioterapie, wymioty, bóle i naświetlania. Może zacznę pisać bloga, z rozmachem wkroczę do blogosfery i zakasuję nawet Kasię Tusk? Ni stąd ni zowąd przypominają mi się filmy, jakie widziałam, których bohaterowie chorowali na raka. Mój ulubiony to „Słodki listopad” z szaloną Charlize Theron. Przed oczami staje mi obraz płynącej pomału kroplówki z chemią. Jak gdyby każda kropla tej życiodajnej trucizny zastanawiała się: kapnąć, czy nie kapnąć – oto jest pytanie? Wreszcie któraś decyduje się, odrywa się od niezdecydowanych jeszcze towarzyszek i wpada do przezroczystej, plastikowej rurki. Teraz nie ma już odwrotu, poganiania siłą grawitacji pędzi w dół coraz szybciej i szybciej, aż z impetem wpada do żyły. Tam będzie robić co swoje. Tak, współczesna medycyna ma – nam, chorym – wiele do zaoferowania. Dlatego dam radę, przetrwam. Na youtubie odnajduję „I will survive” Glorii Gaynor.
Martwię się jednak o rodziców. Słowo „rak” nie przejdzie mi w ich obecności przez usta. Zwłaszcza w przeddzień Wigilii.

23 grudnia

I znów ta sama znudzono-zirytowana rejestratorka. Ja to mam szczęście! Od niechcenia podaje mi kopertę z wynikiem biopsji. W tle pobrzmiewa „Wśród nocnej ciszy”. To niewiarygodne, jak wiele zależy od tej małej karteczki, którą za chwilę wysunę z koperty. Tak musi czuć się niewinnie oskarżony, gdy na sali sądowej czeka na werdykt. Dobra, raz kozie śmierć. Wyjmuję i czytam:
Podejrzenie: nowotwór gruczołu sutkowego
Rozpoznanie: włókniak bez cech złośliwości.
Wskazania: badanie USG kontrolne za dwanaście miesięcy
Nigdy, przenigdy Święta nie cieszyły mnie tak bardzo. Nawet jak miałam sześć lat i dostałam hula-hop.

24 grudnia, Wigilia

– … i zdrowia, córeczko. Przede wszystkim zdrowia, bo zdrowie jest najważniejsze. – Banał. Który w tym roku brzmi tak jakoś prawdziwie.

Reklamy