eliksir
fot. StillWorksImagery

— Znasz się na pszczołach?
— Nie, ale lubię się bzykać.
Ela przygryzła wargę. Co jej strzeliło do głowy? Sprzedawca wykłada miód na półkę, a ona pyta o pszczoły… Jednak nie pierwszy raz szerokie bary przesłoniły Eli elementarny rozsądek. Wyrzeźbione muskuły zawsze kojarzyły jej się z Maćkiem.

Sklep specjalizował się w sprzedaży zdrowej żywności. Wnętrze pachniało pszczelim woskiem, produktami sojowymi i miętą, którą wysypano w koszach z pudełkami herbaty. Sprzedawca dokładał od siebie zapach Issey Miyake i mocnego żelu do włosów.
Ela wzięła głęboki oddech.
— Poproszę słoiczek miodu. Lipowego, jeśli jest.
— A jest. To na grypę? — mężczyzna odwrócił się ze słoikiem w ręce i zlustrował Elę jak rzeźnik tuszę mięsa. — Nie wyglądasz mi na chorą, pszczółko…
Ela zachichotała.
— To dla koleżanki. Przeziębiła się.
— Przeziębiła się… Biedaczynka…
Czuła, że się rumieni. W tej chwili nikt nie uwierzyłby, że skończyła wyższe studia. Ba! Jest podwójnym magistrem. I bynajmniej nie pisała pracy o budkach lęgowych dla szpaków, jak o niektórych kierunkach studiów wyrażała się Marta. To dla niej Ela kupowała miód.

Dwadzieścia minut później Ela stała w mieszkaniu przyjaciółki. Mimo gorączki i kataru Marta wyglądała dobrze. Starannie ułożone włosy, pomalowane paznokcie, w uszach kolczyki. To, że była chora, zdradzały dres i brak makijażu. Ela westchnęła. Kiedy ona chorowała, leżała przed telewizorem z tłustymi włosami i w piżamie oblepionej kocią sierścią.

— Przyniosłam ci trochę pomidorówki.
— Super. Byłaś w Zdrowej Żywności? Kupiłaś miód?
— Proszę — Ela odwinęła papier i postawiła słoiczek na stole. — Fajny sprzedawca. Ciachowaty.
— Taaa. Pawełek — Marta przelała zupę do garnka. — Podrywa wszystko, co się rusza. Wciska kit z takim samym zapałem jak towar ze sklepu. Daruj go sobie. To burak.

W tej sytuacji Ela przemilczała fakt nabycia innowacyjnej i ekologicznej opaski na nadgarstek chroniącej przed komarami. Tym bardziej, że wydała na owo cudo 70 złotych. Ale kto by się oparł, słysząc: „Nie mogę pozwolić, pszczółko, żeby pogryzły cię komary”.

— Elka! — Marta stała nad grzejącą się pomidorówką i widelcem próbowała wyłowić białą niteczkę. — Nie wpadła ci tu jakaś kura?
Ela westchnęła. Przecedziła wywar dwa razy.
— Jak nie chcesz, to nie jedz. Ale wyszła naprawdę smaczna.
Marta wiedziała, że Ela rewelacyjnie gotuje, i głód wziął górę nad świeżo upieczonym wegetarianizmem. Z obrzydzeniem wyrzuciła milimetrowej grubości mięso, napełniła talerz, a Eli wręczyła plik kartek.
— Potwierdziłam dziś rezerwację. Mamy cały domek dla siebie. Obiady można zamawiać na bieżąco.
— Telewizor jest?
— W każdym pokoju, niestety — Marta nie oglądała telewizji, odkąd razem ze sprzętem RTV wyprowadził się jej drugi mąż. I chwaliła sobie takie życie.

Ela przeglądała listę rzeczy do zabrania. Tabela z podziałem na kategorie. Jedzenie, leki, sugestie co do obuwia i ubrań. Gdy pierwszy raz dostała taki wykaz, nie miała pojęcia, co to są buty trekkingowe. Jednak po kilku latach wspólnych wyjazdów z Martą miała zestaw potrzebny wytrawnemu turyście. Zwróciła uwagę, że na liście podkreślona jest „DOBRA KURTKA OD WIATRU!”.

Oddzielny plik zawierał spis zabytków, trasy górskie, mapy. Tegoroczny grafik był na tyle ambitny, że nawet po okrojeniu do połowy zapowiadało się intensywne zwiedzanie. Ela zatrzymała wzrok na jednej z miejscowości. Niemożliwe… Czy to ta sama…? Marta zauważyła zmarszczone czoło przyjaciółki.
— Coś nie tak?
— Nieee… — żeby ukryć roztargnienie, Ela uśmiechnęła się i potrząsnęła plikiem kartek — sporo tego.
— Damy radę. Nie pękaj.
— Ja dziś wynalazłam to — Ela wyjęła z torebki niezbyt grubą książkę. — Prawdziwa perełka.
Marta zerknęła na wytartą okładkę.
— Legendy świętokrzyskie… Kiedy ty zmądrzejesz, dziewczyno?
Było to pytanie retoryczne. Ela nałogowo gromadziła wszelkie baśnie, bajki i podania. I często zachowywała się tak, jakby wierzyła w każde ich słowo.

***
Wrzesień był dla Eli jednym z bardziej pracowitych miesięcy. Studenci na gwałt brali korepetycje. Grupie zdesperowanych pierwszaków tłumaczyła podstawy chemii całą noc przed egzaminem. Pojawił się również Grzesiu, tym razem z warunkiem z biochemii. Ela zaczęła podejrzewać, że Grzesiowe poprawki i komisy są pretekstem, żeby od czasu do czasu pogapić się w jej dekolt.

Do tego normalny etat. Chodziła na rzęsach, próbując wszystko ogarnąć. Gryzło ją sumienie, bo nie zajmowała się kotem tyle co zwykle i dałaby głowę, że Bronia ma coraz bardziej nadąsaną minę.

Ale najważniejsze, że udało jej się skontaktować z Beatą. Myślała o niej od chwili, gdy zobaczyła plany wakacyjnego zwiedzania. Beata wciąż była na urlopie i przez większość czasu nie włączała telefonu. Jednak Ela próbowała tyle razy, że wreszcie usłyszała upragniony sygnał. Z wrażenia dostała wypieków. Tak! To ta sama miejscowość. Będą z Martą niespełna 8 kilometrów od tego miejsca!

Po informacjach Beaty długo nie mogła zasnąć, ściskając w ręce kryształowy flakonik. Poczuła, jakby ktoś wreszcie się nad nią zlitował i pokazał, gdzie w labiryncie leży wyjście. Tęsknota za Maćkiem wróciła z potężną siłą.

Tymczasem Marta na zwolnieniu lekarskim przygotowywała szkolenia dla nowych pracowników. Kolejna grupa nieopierzonych przedstawicieli medycznych wpadnie w jej szpony w październiku. Marta kończyła również opisy nowych leków i oferty dla szpitali. Wszystko wskazywało na to, że pierwszy raz nie weźmie na urlop zaległych sprawozdań.

Dwa dni przed wyjazdem zadzwoniła do niej Ela.
— Nie jadę.
— Słucham? — Marta poczuła, jak rośnie jej ciśnienie.
— Nie mam co zrobić z kotem. Siostra skręciła nogę i nie może przyjechać.
— Zawieź do rodziców.
— Mają remont. Swoje koty trzymają u sąsiadki — głos Elki brzmiał coraz bardziej płaczliwie.
— A nie możesz poprosić jakiejś koleżanki, żeby zaglądała do sierściucha?
— Nie żartuj! Przez dwa tygodnie Bronia z obcą osobą z doskoku? Wpadnie w depresję!
— Obca osoba na pewno… — Marta wzniosła oczy ku niebu. — Elka, kot potrzebuje pełnej miski i pustej kuwety. I wszystko mu jedno, kto napełnia jedno, a opróżnia drugie.
— Nie masz pojęcia o zwierzętach!
— Ale przynajmniej ich nie jem.
— Marta, ja naprawdę nie wiem, co robić. Chyba nie pojadę…
— Nie ma mowy! Sama nie dam rady opłacić całego domku. Zresztą nie wspominali, że nie można przyjeżdżać ze zwierzętami. Pakuj sierściucha i bierz ze sobą. Sprawdzimy, czy rzeczywiście są tacy przyjaźni naturze, jak się reklamują.
— No nie wiem. Bronia tak bardzo nie lubi jeździć… A nowe miejsce to kolejny stres…
— Elka! Czy ty siebie słyszysz? Osoba do opieki — stres, podróż — stres, obce miejsce — stres. A śmietnik, na którym ją znalazłaś, nie był stresem? Skoro jest taka mądra, jak twierdzisz, to na pewno zrozumie różnicę. Dasz jej „głupiego Jasia” i prześpi całą drogę.
W słuchawce zapadła cisza. Ela trawiła słowa Marty.
— Dobrze. W takim razie jadę z Bronią.

***

Pukanie do drzwi powtórzyło się. Ela zamknęła kota w transporterku i wyjrzała przez wizjer. Marta.
— Elka, ogłuchłaś? Dzwonię i pukam z pięć minut!
— Aplikowałam kotu tabletkę. Nowość. Relaksuje bez otumaniania. A dzwonek rozmontowałam.
— Po kiego grzyba?!
— Tłumaczyłam, jak działa elektromagnes.
— Taaa… — Marta nachyliła się i zastukała w klatkę — cześć, sierściuch.
Bronia zasyczała jak żmija.

Cztery godziny później dotarły na miejsce. Marta zaciągnęła hamulec, zgasiła silnik i położyła czoło na kierownicy. Ostatni raz takie zmęczenie czuła po warszawskim maratonie. Pot spływał jej w zagłębienie między piersiami. Ciągle słyszała miauczenie Broni i szloch Eli. Uspokajająca nowość odebrała kotu rozum. Ponad dwie godziny zwierzę rzucało się w klatce, próbując przegryźć pręty. Bronia opadła z sił w okolicach Radomia. Ziejąc jak pies, odsłoniła zakrwawione dziąsła. Wówczas w panikę wpadła Ela, co wykluczyło ją ze zmiany Marty za kierownicą.
Teraz Ela opierała głowę o szybę, a lewe oko miała całkiem rozmazane. Bronia spała w transporterku. Z zaschniętą krwią na białym pyszczku wyglądała jak Joker.

***
Przed drzwiami czekał uśmiechnięty gospodarz. Zanim zdążył się przywitać, padło dramatyczne:
— Gdzie tu można znaleźć dobrego weterynarza?

Po niespełna godzinie Bronię oglądał lekarz z pobliskiego Wilkowa. Nowoczesny gabinet, dyplomy na ścianie oraz diagnoza, że kot stracił dwa mleczne zęby a pyszczek jest w porządku, uspokoiły Elę. Można było rozpocząć wakacje.

Gospodarze nie przesadzili, reklamując wysoki standard domków letniskowych. Bronia centymetr po centymetrze obwąchała nowoczesne sprzęty, a następnie ulokowała się w pokoju Eli na parapecie. Przyczajona za doniczką obserwowała wróble na gałęziach świerka. Ela i Marta bez pośpiechu rozglądały się po okolicy a wieczorem nakładały maseczki i grały w kości. Trzeciego dnia wstały przed budzikiem. To był sygnał, że najwyższy czas zacząć się męczyć.

Wybór najstarszych gór Polski na urlop okazał się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie ich wysokość Marta zbywała prychnięciem i same góry nazywała „wzdęciami świętokrzyskimi”, ale region prezentował się atrakcyjnie. Tokarnię, Wietrznię, Krzyżtopór i Kurozwęki miały już zaliczone. Teraz wędrowały z Nowej Słupi na Święty Krzyż. Marta zaglądała do przewodnika, bo ciągle myliły jej się niektóre nazwy.
— Święty Krzyż, czyli Łysa Góra, czyli Łysiec. Czyli NIE to samo co Łysica.
— Na Łysej Górze odbywały się sabaty — sapnęła Ela. „Szlak królewski” nie należał do najłatwiejszych. Prawie 300 metrów różnicy wzniesień.
— Racja — Marta doczytała brakującą informację. — No proszę. W miejscu pogańskich kultów wybudowano klasztor. W klasztorze przechowywane są fragmenty drzewa, na którym ukrzyżowano Jezusa. Dlatego Łysą Górę zaczęto nazywać Świętym Krzyżem.

— I niedaleko stąd leży Mirmiłowo — dodała Ela. Na widok miny Marty wybuchnęła śmiechem.
— Nie czytałaś „Kajka i Kokosza”? W „Festiwalu czarownic” stoi jak byk: „O zmierzchu, na szczycie leżącej nieopodal Mirmiłowa Łysej Góry zapłonęło ognisko”.
Marta popukała się w czoło, co wprawiło Elę w doskonały humor.
— Nie martw się, nadrobisz braki. Wzięłam ze sobą całą serię. A wracając do Łysej Góry… Kiedy pojawili się tu zakonnicy, zaczęli osłabiać złe moce. Wkurzony Lucyfer wysłał diabły, żeby zburzyły klasztor. Wiesz, skąd się wzięła jaskinia Piekło?
— Bo po sąsiedzku jest jaskinia Raj.
— Dwója — rozbawiona Ela przybrała pouczający ton. — Jaskinią Piekło diabły wydostały się na ziemię. Lecąc w kierunku Świętego Krzyża, przestraszyły się piania koguta i upuściły głaz, na który zresztą wczoraj weszłyśmy. Chyba nie zaprzeczysz, moja droga, że na Diabelskim Kamieniu są ślady dziwnych pazurów — tu Ela posłała Marcie łobuzerski uśmiech. — A gdy diabły były już prawie u celu, zaczął bić dzwon. Spłoszyły się i wypadły im wszystkie kamienie. I stąd się wzięło gołoborze.
Marta zagwizdała.
— Widzę, że wykułaś na blachę swoje „Legendy”. Jedyny pożytek z tych bredni jest taki, że pomagają zapamiętać nazwy. Łysa Góra — sabat — Nowa Słupia. Łysica — Święta Katarzyna.
Na dźwięk tej ostatniej nazwy Ela spoważniała. Czas uciekał, a ona ciągle nie powiedziała Marcie. Przecież nie uda jej się utrzymać tego w tajemnicy. Zresztą, czy bez Marty da radę tam trafić?

Na Świętym Krzyżu spędziły kilka godzin. Po obiedzie położyły się na trawie, grzejąc twarze w popołudniowym słońcu. Tego dnia nie miały więcej planów, więc nie spieszyły się z zejściem.
Wieczorem, rozochocone „Sekretem Opata” z przyklasztornej restauracji, otworzyły wino. Ela kroiła sery. Marta na jej łóżku przeglądała komiksy. Bronia z nocnego stolika wysyłała w kierunku Marty ostrzegawcze fuknięcia. W pokoju robiło się coraz weselej.
— Marta, powiem ci coś, ale się nie śmiej.
— Okej — Marta zachichotała.
— Pamiętasz Beatę ode mnie z pracy?
— Tę od męża, co ma problem z semaforem?
Ela parsknęła, plując winem na dywan.
— No właśnie już nie ma. Beata zdobyła dla niego cudowny specyfik i twierdzi, że jej mąż… — Ela zastanowiła się, jak to powiedzieć — naprawdę dużo może. Zresztą widać po niej. Biega wniebowzięta.
— Nic dziwnego. Teraz jest zatrzęsienie leków na potencję. Sami sprzedajemy sześć.
— W tym rzecz. To nie było z apteki. Z tego samego źródła koleżanka Beaty dostała preparat, którym… — Ela znów zawiesiła głos, ale wypity alkohol dodał jej odwagi — uwiodła faceta.
Tak jak się spodziewała, Marta ryknęła śmiechem.
— Elka, właśnie o tym czytam! „Twoje oczy rzucą urok na każdą wybrankę, gdy potrzesz je sokiem z tych cudownych wiśni”. Miałaś rację, „Kajko i Kokosz” to skarbnica wiedzy!
— Ginę od własnej broni…

Po kilkunastu minutach Marta otwarła drugą butelką.
— Ciebie nie da się słuchać na trzeźwo. Ale tobie zabraniam już pić. Wystarczająco bredzisz.
— Czy to takie nieprawdopodobne, że w środku lasu mieszka zielarka? — Ela podstawiła Marcie pusty kieliszek. — Miejscowi to potwierdzają.
— Oczywiście! Bo zarabiają na głupich turystach. Pewno wszystkie baby ze wsi tam dyżurują. Elka, opamiętaj się!

Nie pierwszy raz sprzeczały się na podobny temat. Marcie nie mieściło się w głowie, że pracownik naukowy porządnej uczelni może wierzyć w horoskopy, wróżby i przesądy. Ile razy odbierała telefon w środku nocy, bo Eli przyśnił się właśnie biały koń albo zepsute zęby?

— Posłuchaj, Marta. Przypadkiem złożyło się — choć Ela uważała, że to absolutnie nie jest przypadek — że jesteśmy niedaleko tego miejsca. I tak będziemy zwiedzać Świętą Katarzynę. Co ci szkodzi pospacerować po lesie? Ja muszę tam iść.
W jej głosie brzmiało takie zdecydowanie, że Marta machnęła ręką.
— Niech ci będzie. I co dalej? Zaczepiamy wszystkie napotkane babcie? Czy tylko te z miotłami?
Ela odetchnęła. Wyglądało na to, że Marta z nią pójdzie.
— Szukamy drewnianej chatki — i uprzedzając komentarz o kurzej stopce, szybko dodała — normalnego drewnianego domu. Wchodzimy, mówimy „Dzień dobry”, a ja daję tej pani to… Ela z trudem podniosła się z podłogi i podeszła do toaletki. Ze szkatułki na biżuterię wyjęła kryształową flaszeczkę i podała ją Marcie.
— Beata powiedziała, że trzeba mieć własny pojemniczek. Moja prababcia trzymała w tym perfumy. Buteleczkę ręcznie zdobił pradziadek, wygrawerował ich inicjały. Przez jakiś czas można było wyczuć zapach przedwojennych perfum.

Marta oglądała bogato rzeźbione cudeńko. Flakonik mienił się tęczowymi refleksami.

— Okej. Wyjawiasz swoje najdziksze fantazje, dajesz babie buteleczkę, ona ją napełnia, a ty wyskakujesz z kasy.
— Nie wiem na sto procent, czy napełni. Podobno nie wszystkim sprzedaje te mikstury.
Marta pokiwała głową.
— Dobrze pomyślane. Tobie akurat sprzeda i poczujesz się kimś wyjątkowym. Ale do rzeczy. Ile ta przyjemność kosztuje?
— Koleżanka Beaty zapłaciła sto złotych.
— Złoty interes! Tylko mi nie mów, że chcesz tego użyć na Maćka.
Ela spuściła wzrok i zaczęła obracać kieliszek w dłoni.

Marta westchnęła. Wszystko zaczęło się, kiedy były na drugim roku biologii. W letnim semestrze remontowano ich instytut i część zajęć odbywała się na wydziale chemii.

I wtedy właśnie zobaczyły Maćka. Przystojny, umięśniony i — jak się okazało — piekielnie inteligentny. Prowadził konwersatorium z chemii kwantowej, a dorabiał jako ratownik na basenie. Mało kto nie wodził za nim oczami, ale Elka dostała na jego punkcie obsesji. Zapisała się na dodatkowe kursy i od nowego semestru oprócz biologii zaczęła studiować chemię. Również z jego powodu postarała się o etat na uczelni. Maciek zmieniał dziewczyny jak taksówkarz pasy ruchu. Szybko i bez ostrzeżenia. Na Elkę nie zwracał uwagi.

Szkoda jej było przyjaciółki, ale nie zamierzała po raz setny tego komentować. Zresztą nie czuła się kompetentna w udzielaniu miłosnych porad. Gdyby nie to, że przestała legalizować związki, byłaby nie po drugim, ale piątym rozwodzie.

Marta ziewnęła i wyciągnęła się na łóżku. Nie otwierając oczu, wymamrotała:
— Ale stówę mogłabym wydać. Uwiodłabym mojego pierwszego męża, a potem rzuciła jak psa…

***

Wyprawa do leśnej chatki opóźniła się. Bronia cierpliwie podążała za swoją panią, wskakiwała na brzeg wanny i przyglądała się sylwetce pochylonej nad toaletą. Od czasu do czasu wchodziła do pokoju Marty, żeby zapolować na wystające spod kołdry stopy. Miała towarzystwo przez całą dobę. To był zdecydowanie najlepszy dzień jej wakacji.

***

Szły nasypem Kolei Leśnej — wąskotorówki wybudowanej tu jeszcze przez Austriaków. Tory dawno rozebrano, ale z wygodnego szlaku wszyscy korzystali. Wiatr chłodził twarze i kołysał „bocianimi gniazdami” na wierzchołkach drzew. Marta wciągnęła powietrze. Aż chciało się zanucić „Szumią jodły na gór szczycie”.
— Wiesz, że jeszcze sto lat temu na Górze Witosławskiej odprawiano pogańskie obrzędy? — Ela kroczyła przodem. Od rana rozpierała ją energia.
— Chyba chciałaś powiedzieć: tysiąc.
— Sto. Mówię serio. Wyobrażasz sobie? Nie zdziwiłabym się, gdyby te zwyczaje w jakichś wąskich grupach kultywowano do dzisiaj.
— Litości, Elka! — Marta w myślach policzyła do trzydziestu, żeby nie zrobić jej krzywdy.
— To chyba tu — Ela zatrzymała się tak nagle, że Marta niemal uderzyła w jej plecy.
Widok był niesamowity. Pomiędzy dwa buki a ogromną skałę wciśnięty był maleńki domek. Pokryty gęstym mchem głaz zlewał się z dachem w jedną całość. Metrowe paprocie zasłaniały drewniane ściany chaty. Jakby dom wykiełkował z zacienionej szczeliny narzutowego głazu.
Podeszły do chaty. Ela zapukała, po czym niepewnie pchnęła zmurszałe drzwi. Zawiasy zaskrzypiały. Schyliła się, ostrożnie przekroczyła próg i zajrzała do środka. Pomieszczenie było znacznie większe, niż się wydawało z zewnątrz. Do środka wpadało niewiele światła, ale zdołała dostrzec stare łóżko, coś w rodzaju paleniska, mały stół i odrapane krzesło. Rozczarowanie rosło z każdą sekundą. Całość nie była używana ze sto lat. Wszędzie leżały zeschnięte liście, na klepisku rósł mech, a pajęczyny były tak gęste, że wnętrze wyglądało jak zamglone.
Ela wycofała się z chatki. Teraz Marta zaglądała do środka.
— Może to nie tutaj? Przejdźmy się jeszcze kawałek.
Ela była wdzięczna przyjaciółce, choć według mapki to była właściwa chata. Zrobiła kilka zdjęć, żeby pokazać domek Beacie, i ruszyła za Martą. Z każdą minutą coraz bardziej się garbiła. Jakby kolejny krok przybliżał ją do końca świata. Straciła ostatnią deskę ratunku. Pochyliła głowę, żeby Marta nie widziała kapiących łez.
***
— Ela, nie pędź tak — od jakiegoś czasu Marta ledwie dotrzymywała Eli kroku. Wciąż było widno, choć światło z coraz większym trudem przebijało się przez gęste gałęzie.
— Bronia już dawno powinna dostać jeść. Myślałam, że szybciej wrócimy.
— Zauważyłaś, że ona przy jedzeniu napycha się jak chomik? Ma policzki jak baloniki. Nawet zrobiłam jej rano zdjęcie.
— Zdjęcie. Szlag by to trafił! — Ela zatrzymała się i zaczęła grzebać w plecaku. Wyjęła mineralną, resztki kanapki, kurtkę i zawiniątko z buteleczką. — Aparat został przy chatce!
— No to wracamy — Marta wznosiła się dziś na wyżyny opanowania.
— Nie. Ty idź do domu i nakarm Bronię. W lodówce jest otwarta saszetka z mokrą karmą. Włóż ją na chwilę do gorącej wody. Daj jej wszystko, co zostało w opakowaniu, tylko najpierw dodaj do tego beta-glukanu. Słoiczek stoi przy lodówce. Wysyp jedną czwartą kapsułki. Dobrze wymieszaj, bo jak ona widzi proszek, to nie chce jeść. A do popielatej miski dołóż suchej karmy. Pół na pół gwiazdek i prostokątnych krokiecików. Są w tych puszkach z tygrysem i lwem. No i zmień jej wodę. Miseczkę przepłucz, ale nie myj płynem do naczyń, bo ona potem dostaje zapalenia dziąseł… — Ela przerwała. Na twarzy przyjaciółki malował się wyraz, który wielokrotnie widziała podczas korepetycji. Dalsze tłumaczenie nie miało sensu.
— W takim razie ty idź po aparat, a ja wrócę do Broni — i nie czekając na odpowiedź, Ela poszła dalej.
***
Marta otarła chusteczką pot. Powietrze znieruchomiało, a nad jej głową zaczęły krążyć chmary komarów. Z wściekłością machała rękami.
Jednak wolała to niż zadawanie się z Bronią. Nie mogła też znieść widoku zrozpaczonej Elki. Z jednej strony chciała ją przytulić, a z drugiej miała ochotę rozszarpać. Durna i naiwna dziewucha! Jak można w ogóle dopuścić do siebie myśl, że jakimś syropem uwiedzie się faceta? To się kwalifikuje do psychiatry!
— Cholera! — Marta po raz kolejny ugrzęzła w błocie. Wyjęła z kieszeni kompas. Kierunek się zgadzał. Pewno zboczyła z właściwej ścieżki i szła równolegle do niej. Po kilkudziesięciu krokach zauważyła przerzedzające się drzewa. Bingo! Jeśli się pospieszy, nie będzie musiała wyjmować latarki.
Minęła zakręt i zaskoczona potknęła się o wystający korzeń. Rękami zaryła w błocie.
Przed chatą stała kobieta. Miała na sobie dżinsy i sportową koszulkę. Buty do chodzenia po górach sprawiały wrażenie profesjonalnych. Krótko ostrzyżone włosy w kolorze dojrzałej czereśni odejmowały jej lat. Wyglądała na zadbaną pięćdziesiątkę. Jednak to nie jej widok spowodował, że tętno Marty zaczęło wariować.
— Nic się pani nie stało? — głos kobiety pasował do wizerunku. Był zdecydowany i donośny.
Marta podniosła się i w spodenki wytarła drżące dłonie. Kolana oblepiały jodłowe igły. Zaschło jej w gardle.
— Koleżanka zostawiła tu gdzieś aparat…
— A, tak. Leży na pniu. Już miałam go schować, bo zaraz pojawi się rosa. Wie pani, że rosa oznacza ładną pogodę?
Marta wolno podeszła do ściętego buka. Od kobiety dzieliły ją trzy metry. Na jej szyi zauważyła podwójny krzyżyk. Jego wyższe ramię było krótsze od dolnego, tak jak w herbie tutejszego województwa.
Usiłując zachowywać się naturalnie, wydukała:
— Pani idzie do Świętej Katarzyny czy Bodzentyna?
— Nie, ja tu mieszkam — kobieta obejrzała się, wskazując drewnianą chatę.
Jeszcze trzy godziny temu to oświadczenie wywołałoby u Marty wybuch śmiechu. Ale w tej chwili ciało pokryła gęsia skórka. Niestety, wzrok nie płatał jej figli. Drzwi do chaty były uchylone. Ciepłe światło sączące się z wnętrza padało na drewnianą podłogę i kawałek dywanu.
W pośpiechu Marta nie mogła zamknąć plecaka. Instynktownie skuliła ramiona. Tymczasem kobieta sięgnęła do kieszeni.
— Nie przejmuj się. Mało kto w nas wierzy — w uśmiechu pokazała aparat ortodontyczny. — I daj to koleżance.
Marta skamieniała. W wyciągniętej dłoni leżała kryształowa flaszeczka. Żółty płyn sięgał szlifowanego korka. Nie mogła oderwać oczu od bogato zdobionych liter. M i D. Inicjały pradziadków Eli.

***
Ela wyglądała przez okno. Dochodziła ósma, a Marty wciąż nie było. Po raz kolejny usłyszała w słuchawce, że „abonent jest czasowo niedostępny”. Czekać czy dzwonić na policję? Jakby w odpowiedzi przed domek zajechał terenowy samochód. Z przodu siedziało dwóch mężczyzn, na tylnym siedzeniu Marta. Na drzwiach samochodu widniało godło Świętokrzyskiego Parku Narodowego.

Ela wybiegła na zewnątrz. Marta wysiadła, burknęła „Dziękuję” i trzasnęła drzwiami. Mijając Elę, wcisnęła jej w dłoń flakonik i bez słowa weszła do domu.

— Dobry wieczór, straż Parku — kierowca wychylił się przez opuszczoną szybę. — Spotkaliśmy tę panią w lesie. Powiedziała, że idzie do Bodzentyna, ale szła w sam środek puszczy. Podała ten adres.
Oszołomiona Ela nie rozumiała, co się dzieje. Mężczyzna włączył silnik.
— Sądząc po liczbie przekleństw, które usłyszeliśmy, Świętokrzyskie nie przypadło jej do gustu.

***
Marta zamknęła laptopa i pilotem wyłączyła rzutnik. Ostatnie osoby wychodziły z sali. Jeszcze jutrzejsza prezentacja i szkolenie będzie skończone. Włączyła telefon,
przejrzała nieodebrane połączenia i SMS-y. Była też wiadomość od Elki. Nacisnęła „Otwórz” i na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie. Wąska platynowa obrączka z gustownie osadzonym diamentem. Okazały kamień znajdował się tuż przy charakterystycznym pieprzyku na serdecznym palcu Eli.

Z uśmiechem schowała telefon do torebki. Może jutro na przykładzie Elki wyjaśni, jak zdeterminowany powinien być przedstawiciel medyczny? W zamyśleniu zaczęła bawić się łańcuszkiem. Od jakiegoś czasu nosiła na szyi karawakę. Podwójny krzyżyk, którego wyższe ramię było krótsze od dolnego.

— Znasz się na pszczołach?
— Nie, ale lubię się bzykać.
Ela przygryzła wargę. Co jej strzeliło do głowy? Sprzedawca wykłada miód na półkę, a ona pyta o pszczoły… Jednak nie pierwszy raz szerokie bary przesłoniły Eli elementarny rozsądek. Wyrzeźbione muskuły zawsze kojarzyły jej się z Maćkiem.

Sklep specjalizował się w sprzedaży zdrowej żywności. Wnętrze pachniało pszczelim woskiem, produktami sojowymi i miętą, którą wysypano w koszach z pudełkami herbaty. Sprzedawca dokładał od siebie zapach Issey Miyake i mocnego żelu do włosów.
Ela wzięła głęboki oddech.
— Poproszę słoiczek miodu. Lipowego, jeśli jest.
— A jest. To na grypę? — mężczyzna odwrócił się ze słoikiem w ręce i zlustrował Elę jak rzeźnik tuszę mięsa. — Nie wyglądasz mi na chorą, pszczółko…
Ela zachichotała.
— To dla koleżanki. Przeziębiła się.
— Przeziębiła się… Biedaczynka…
Czuła, że się rumieni. W tej chwili nikt nie uwierzyłby, że skończyła wyższe studia. Ba! Jest podwójnym magistrem. I bynajmniej nie pisała pracy o budkach lęgowych dla szpaków, jak o niektórych kierunkach studiów wyrażała się Marta. To dla niej Ela kupowała miód.

Dwadzieścia minut później Ela stała w mieszkaniu przyjaciółki. Mimo gorączki i kataru Marta wyglądała dobrze. Starannie ułożone włosy, pomalowane paznokcie, w uszach kolczyki. To, że była chora, zdradzały dres i brak makijażu. Ela westchnęła. Kiedy ona chorowała, leżała przed telewizorem z tłustymi włosami i w piżamie oblepionej kocią sierścią.

— Przyniosłam ci trochę pomidorówki.
— Super. Byłaś w Zdrowej Żywności? Kupiłaś miód?
— Proszę — Ela odwinęła papier i postawiła słoiczek na stole. — Fajny sprzedawca. Ciachowaty.
— Taaa. Pawełek — Marta przelała zupę do garnka. — Podrywa wszystko, co się rusza. Wciska kit z takim samym zapałem jak towar ze sklepu. Daruj go sobie. To burak.

W tej sytuacji Ela przemilczała fakt nabycia innowacyjnej i ekologicznej opaski na nadgarstek chroniącej przed komarami. Tym bardziej, że wydała na owo cudo 70 złotych. Ale kto by się oparł, słysząc: „Nie mogę pozwolić, pszczółko, żeby pogryzły cię komary”.

— Elka! — Marta stała nad grzejącą się pomidorówką i widelcem próbowała wyłowić białą niteczkę. — Nie wpadła ci tu jakaś kura?
Ela westchnęła. Przecedziła wywar dwa razy.
— Jak nie chcesz, to nie jedz. Ale wyszła naprawdę smaczna.
Marta wiedziała, że Ela rewelacyjnie gotuje, i głód wziął górę nad świeżo upieczonym wegetarianizmem. Z obrzydzeniem wyrzuciła milimetrowej grubości mięso, napełniła talerz, a Eli wręczyła plik kartek.
— Potwierdziłam dziś rezerwację. Mamy cały domek dla siebie. Obiady można zamawiać na bieżąco.
— Telewizor jest?
— W każdym pokoju, niestety — Marta nie oglądała telewizji, odkąd razem ze sprzętem RTV wyprowadził się jej drugi mąż. I chwaliła sobie takie życie.

Ela przeglądała listę rzeczy do zabrania. Tabela z podziałem na kategorie. Jedzenie, leki, sugestie co do obuwia i ubrań. Gdy pierwszy raz dostała taki wykaz, nie miała pojęcia, co to są buty trekkingowe. Jednak po kilku latach wspólnych wyjazdów z Martą miała zestaw potrzebny wytrawnemu turyście. Zwróciła uwagę, że na liście podkreślona jest „DOBRA KURTKA OD WIATRU!”.

Oddzielny plik zawierał spis zabytków, trasy górskie, mapy. Tegoroczny grafik był na tyle ambitny, że nawet po okrojeniu do połowy zapowiadało się intensywne zwiedzanie. Ela zatrzymała wzrok na jednej z miejscowości. Niemożliwe… Czy to ta sama…? Marta zauważyła zmarszczone czoło przyjaciółki.
— Coś nie tak?
— Nieee… — żeby ukryć roztargnienie, Ela uśmiechnęła się i potrząsnęła plikiem kartek — sporo tego.
— Damy radę. Nie pękaj.
— Ja dziś wynalazłam to — Ela wyjęła z torebki niezbyt grubą książkę. — Prawdziwa perełka.
Marta zerknęła na wytartą okładkę.
— Legendy świętokrzyskie… Kiedy ty zmądrzejesz, dziewczyno?
Było to pytanie retoryczne. Ela nałogowo gromadziła wszelkie baśnie, bajki i podania. I często zachowywała się tak, jakby wierzyła w każde ich słowo.

***
Wrzesień był dla Eli jednym z bardziej pracowitych miesięcy. Studenci na gwałt brali korepetycje. Grupie zdesperowanych pierwszaków tłumaczyła podstawy chemii całą noc przed egzaminem. Pojawił się również Grzesiu, tym razem z warunkiem z biochemii. Ela zaczęła podejrzewać, że Grzesiowe poprawki i komisy są pretekstem, żeby od czasu do czasu pogapić się w jej dekolt.

Do tego normalny etat. Chodziła na rzęsach, próbując wszystko ogarnąć. Gryzło ją sumienie, bo nie zajmowała się kotem tyle co zwykle i dałaby głowę, że Bronia ma coraz bardziej nadąsaną minę.

Ale najważniejsze, że udało jej się skontaktować z Beatą. Myślała o niej od chwili, gdy zobaczyła plany wakacyjnego zwiedzania. Beata wciąż była na urlopie i przez większość czasu nie włączała telefonu. Jednak Ela próbowała tyle razy, że wreszcie usłyszała upragniony sygnał. Z wrażenia dostała wypieków. Tak! To ta sama miejscowość. Będą z Martą niespełna 8 kilometrów od tego miejsca!

Po informacjach Beaty długo nie mogła zasnąć, ściskając w ręce kryształowy flakonik. Poczuła, jakby ktoś wreszcie się nad nią zlitował i pokazał, gdzie w labiryncie leży wyjście. Tęsknota za Maćkiem wróciła z potężną siłą.

Tymczasem Marta na zwolnieniu lekarskim przygotowywała szkolenia dla nowych pracowników. Kolejna grupa nieopierzonych przedstawicieli medycznych wpadnie w jej szpony w październiku. Marta kończyła również opisy nowych leków i oferty dla szpitali. Wszystko wskazywało na to, że pierwszy raz nie weźmie na urlop zaległych sprawozdań.

Dwa dni przed wyjazdem zadzwoniła do niej Ela.
— Nie jadę.
— Słucham? — Marta poczuła, jak rośnie jej ciśnienie.
— Nie mam co zrobić z kotem. Siostra skręciła nogę i nie może przyjechać.
— Zawieź do rodziców.
— Mają remont. Swoje koty trzymają u sąsiadki — głos Elki brzmiał coraz bardziej płaczliwie.
— A nie możesz poprosić jakiejś koleżanki, żeby zaglądała do sierściucha?
— Nie żartuj! Przez dwa tygodnie Bronia z obcą osobą z doskoku? Wpadnie w depresję!
— Obca osoba na pewno… — Marta wzniosła oczy ku niebu. — Elka, kot potrzebuje pełnej miski i pustej kuwety. I wszystko mu jedno, kto napełnia jedno, a opróżnia drugie.
— Nie masz pojęcia o zwierzętach!
— Ale przynajmniej ich nie jem.
— Marta, ja naprawdę nie wiem, co robić. Chyba nie pojadę…
— Nie ma mowy! Sama nie dam rady opłacić całego domku. Zresztą nie wspominali, że nie można przyjeżdżać ze zwierzętami. Pakuj sierściucha i bierz ze sobą. Sprawdzimy, czy rzeczywiście są tacy przyjaźni naturze, jak się reklamują.
— No nie wiem. Bronia tak bardzo nie lubi jeździć… A nowe miejsce to kolejny stres…
— Elka! Czy ty siebie słyszysz? Osoba do opieki — stres, podróż — stres, obce miejsce — stres. A śmietnik, na którym ją znalazłaś, nie był stresem? Skoro jest taka mądra, jak twierdzisz, to na pewno zrozumie różnicę. Dasz jej „głupiego Jasia” i prześpi całą drogę.
W słuchawce zapadła cisza. Ela trawiła słowa Marty.
— Dobrze. W takim razie jadę z Bronią.

***

Pukanie do drzwi powtórzyło się. Ela zamknęła kota w transporterku i wyjrzała przez wizjer. Marta.
— Elka, ogłuchłaś? Dzwonię i pukam z pięć minut!
— Aplikowałam kotu tabletkę. Nowość. Relaksuje bez otumaniania. A dzwonek rozmontowałam.
— Po kiego grzyba?!
— Tłumaczyłam, jak działa elektromagnes.
— Taaa… — Marta nachyliła się i zastukała w klatkę — cześć, sierściuch.
Bronia zasyczała jak żmija.

Cztery godziny później dotarły na miejsce. Marta zaciągnęła hamulec, zgasiła silnik i położyła czoło na kierownicy. Ostatni raz takie zmęczenie czuła po warszawskim maratonie. Pot spływał jej w zagłębienie między piersiami. Ciągle słyszała miauczenie Broni i szloch Eli. Uspokajająca nowość odebrała kotu rozum. Ponad dwie godziny zwierzę rzucało się w klatce, próbując przegryźć pręty. Bronia opadła z sił w okolicach Radomia. Ziejąc jak pies, odsłoniła zakrwawione dziąsła. Wówczas w panikę wpadła Ela, co wykluczyło ją ze zmiany Marty za kierownicą.
Teraz Ela opierała głowę o szybę, a lewe oko miała całkiem rozmazane. Bronia spała w transporterku. Z zaschniętą krwią na białym pyszczku wyglądała jak Joker.

***
Przed drzwiami czekał uśmiechnięty gospodarz. Zanim zdążył się przywitać, padło dramatyczne:
— Gdzie tu można znaleźć dobrego weterynarza?

Po niespełna godzinie Bronię oglądał lekarz z pobliskiego Wilkowa. Nowoczesny gabinet, dyplomy na ścianie oraz diagnoza, że kot stracił dwa mleczne zęby a pyszczek jest w porządku, uspokoiły Elę. Można było rozpocząć wakacje.

Gospodarze nie przesadzili, reklamując wysoki standard domków letniskowych. Bronia centymetr po centymetrze obwąchała nowoczesne sprzęty, a następnie ulokowała się w pokoju Eli na parapecie. Przyczajona za doniczką obserwowała wróble na gałęziach świerka. Ela i Marta bez pośpiechu rozglądały się po okolicy a wieczorem nakładały maseczki i grały w kości. Trzeciego dnia wstały przed budzikiem. To był sygnał, że najwyższy czas zacząć się męczyć.

Wybór najstarszych gór Polski na urlop okazał się strzałem w dziesiątkę. Wprawdzie ich wysokość Marta zbywała prychnięciem i same góry nazywała „wzdęciami świętokrzyskimi”, ale region prezentował się atrakcyjnie. Tokarnię, Wietrznię, Krzyżtopór i Kurozwęki miały już zaliczone. Teraz wędrowały z Nowej Słupi na Święty Krzyż. Marta zaglądała do przewodnika, bo ciągle myliły jej się niektóre nazwy.
— Święty Krzyż, czyli Łysa Góra, czyli Łysiec. Czyli NIE to samo co Łysica.
— Na Łysej Górze odbywały się sabaty — sapnęła Ela. „Szlak królewski” nie należał do najłatwiejszych. Prawie 300 metrów różnicy wzniesień.
— Racja — Marta doczytała brakującą informację. — No proszę. W miejscu pogańskich kultów wybudowano klasztor. W klasztorze przechowywane są fragmenty drzewa, na którym ukrzyżowano Jezusa. Dlatego Łysą Górę zaczęto nazywać Świętym Krzyżem.

— I niedaleko stąd leży Mirmiłowo — dodała Ela. Na widok miny Marty wybuchnęła śmiechem.
— Nie czytałaś „Kajka i Kokosza”? W „Festiwalu czarownic” stoi jak byk: „O zmierzchu, na szczycie leżącej nieopodal Mirmiłowa Łysej Góry zapłonęło ognisko”.
Marta popukała się w czoło, co wprawiło Elę w doskonały humor.
— Nie martw się, nadrobisz braki. Wzięłam ze sobą całą serię. A wracając do Łysej Góry… Kiedy pojawili się tu zakonnicy, zaczęli osłabiać złe moce. Wkurzony Lucyfer wysłał diabły, żeby zburzyły klasztor. Wiesz, skąd się wzięła jaskinia Piekło?
— Bo po sąsiedzku jest jaskinia Raj.
— Dwója — rozbawiona Ela przybrała pouczający ton. — Jaskinią Piekło diabły wydostały się na ziemię. Lecąc w kierunku Świętego Krzyża, przestraszyły się piania koguta i upuściły głaz, na który zresztą wczoraj weszłyśmy. Chyba nie zaprzeczysz, moja droga, że na Diabelskim Kamieniu są ślady dziwnych pazurów — tu Ela posłała Marcie łobuzerski uśmiech. — A gdy diabły były już prawie u celu, zaczął bić dzwon. Spłoszyły się i wypadły im wszystkie kamienie. I stąd się wzięło gołoborze.
Marta zagwizdała.
— Widzę, że wykułaś na blachę swoje „Legendy”. Jedyny pożytek z tych bredni jest taki, że pomagają zapamiętać nazwy. Łysa Góra — sabat — Nowa Słupia. Łysica — Święta Katarzyna.
Na dźwięk tej ostatniej nazwy Ela spoważniała. Czas uciekał, a ona ciągle nie powiedziała Marcie. Przecież nie uda jej się utrzymać tego w tajemnicy. Zresztą, czy bez Marty da radę tam trafić?

Na Świętym Krzyżu spędziły kilka godzin. Po obiedzie położyły się na trawie, grzejąc twarze w popołudniowym słońcu. Tego dnia nie miały więcej planów, więc nie spieszyły się z zejściem.
Wieczorem, rozochocone „Sekretem Opata” z przyklasztornej restauracji, otworzyły wino. Ela kroiła sery. Marta na jej łóżku przeglądała komiksy. Bronia z nocnego stolika wysyłała w kierunku Marty ostrzegawcze fuknięcia. W pokoju robiło się coraz weselej.
— Marta, powiem ci coś, ale się nie śmiej.
— Okej — Marta zachichotała.
— Pamiętasz Beatę ode mnie z pracy?
— Tę od męża, co ma problem z semaforem?
Ela parsknęła, plując winem na dywan.
— No właśnie już nie ma. Beata zdobyła dla niego cudowny specyfik i twierdzi, że jej mąż… — Ela zastanowiła się, jak to powiedzieć — naprawdę dużo może. Zresztą widać po niej. Biega wniebowzięta.
— Nic dziwnego. Teraz jest zatrzęsienie leków na potencję. Sami sprzedajemy sześć.
— W tym rzecz. To nie było z apteki. Z tego samego źródła koleżanka Beaty dostała preparat, którym… — Ela znów zawiesiła głos, ale wypity alkohol dodał jej odwagi — uwiodła faceta.
Tak jak się spodziewała, Marta ryknęła śmiechem.
— Elka, właśnie o tym czytam! „Twoje oczy rzucą urok na każdą wybrankę, gdy potrzesz je sokiem z tych cudownych wiśni”. Miałaś rację, „Kajko i Kokosz” to skarbnica wiedzy!
— Ginę od własnej broni…

Po kilkunastu minutach Marta otwarła drugą butelką.
— Ciebie nie da się słuchać na trzeźwo. Ale tobie zabraniam już pić. Wystarczająco bredzisz.
— Czy to takie nieprawdopodobne, że w środku lasu mieszka zielarka? — Ela podstawiła Marcie pusty kieliszek. — Miejscowi to potwierdzają.
— Oczywiście! Bo zarabiają na głupich turystach. Pewno wszystkie baby ze wsi tam dyżurują. Elka, opamiętaj się!

Nie pierwszy raz sprzeczały się na podobny temat. Marcie nie mieściło się w głowie, że pracownik naukowy porządnej uczelni może wierzyć w horoskopy, wróżby i przesądy. Ile razy odbierała telefon w środku nocy, bo Eli przyśnił się właśnie biały koń albo zepsute zęby?

— Posłuchaj, Marta. Przypadkiem złożyło się — choć Ela uważała, że to absolutnie nie jest przypadek — że jesteśmy niedaleko tego miejsca. I tak będziemy zwiedzać Świętą Katarzynę. Co ci szkodzi pospacerować po lesie? Ja muszę tam iść.
W jej głosie brzmiało takie zdecydowanie, że Marta machnęła ręką.
— Niech ci będzie. I co dalej? Zaczepiamy wszystkie napotkane babcie? Czy tylko te z miotłami?
Ela odetchnęła. Wyglądało na to, że Marta z nią pójdzie.
— Szukamy drewnianej chatki — i uprzedzając komentarz o kurzej stopce, szybko dodała — normalnego drewnianego domu. Wchodzimy, mówimy „Dzień dobry”, a ja daję tej pani to… Ela z trudem podniosła się z podłogi i podeszła do toaletki. Ze szkatułki na biżuterię wyjęła kryształową flaszeczkę i podała ją Marcie.
— Beata powiedziała, że trzeba mieć własny pojemniczek. Moja prababcia trzymała w tym perfumy. Buteleczkę ręcznie zdobił pradziadek, wygrawerował ich inicjały. Przez jakiś czas można było wyczuć zapach przedwojennych perfum.

Marta oglądała bogato rzeźbione cudeńko. Flakonik mienił się tęczowymi refleksami.

— Okej. Wyjawiasz swoje najdziksze fantazje, dajesz babie buteleczkę, ona ją napełnia, a ty wyskakujesz z kasy.
— Nie wiem na sto procent, czy napełni. Podobno nie wszystkim sprzedaje te mikstury.
Marta pokiwała głową.
— Dobrze pomyślane. Tobie akurat sprzeda i poczujesz się kimś wyjątkowym. Ale do rzeczy. Ile ta przyjemność kosztuje?
— Koleżanka Beaty zapłaciła sto złotych.
— Złoty interes! Tylko mi nie mów, że chcesz tego użyć na Maćka.
Ela spuściła wzrok i zaczęła obracać kieliszek w dłoni.

Marta westchnęła. Wszystko zaczęło się, kiedy były na drugim roku biologii. W letnim semestrze remontowano ich instytut i część zajęć odbywała się na wydziale chemii.

I wtedy właśnie zobaczyły Maćka. Przystojny, umięśniony i — jak się okazało — piekielnie inteligentny. Prowadził konwersatorium z chemii kwantowej, a dorabiał jako ratownik na basenie. Mało kto nie wodził za nim oczami, ale Elka dostała na jego punkcie obsesji. Zapisała się na dodatkowe kursy i od nowego semestru oprócz biologii zaczęła studiować chemię. Również z jego powodu postarała się o etat na uczelni. Maciek zmieniał dziewczyny jak taksówkarz pasy ruchu. Szybko i bez ostrzeżenia. Na Elkę nie zwracał uwagi.

Szkoda jej było przyjaciółki, ale nie zamierzała po raz setny tego komentować. Zresztą nie czuła się kompetentna w udzielaniu miłosnych porad. Gdyby nie to, że przestała legalizować związki, byłaby nie po drugim, ale piątym rozwodzie.

Marta ziewnęła i wyciągnęła się na łóżku. Nie otwierając oczu, wymamrotała:
— Ale stówę mogłabym wydać. Uwiodłabym mojego pierwszego męża, a potem rzuciła jak psa…

***

Wyprawa do leśnej chatki opóźniła się. Bronia cierpliwie podążała za swoją panią, wskakiwała na brzeg wanny i przyglądała się sylwetce pochylonej nad toaletą. Od czasu do czasu wchodziła do pokoju Marty, żeby zapolować na wystające spod kołdry stopy. Miała towarzystwo przez całą dobę. To był zdecydowanie najlepszy dzień jej wakacji.

***

Szły nasypem Kolei Leśnej — wąskotorówki wybudowanej tu jeszcze przez Austriaków. Tory dawno rozebrano, ale z wygodnego szlaku wszyscy korzystali. Wiatr chłodził twarze i kołysał „bocianimi gniazdami” na wierzchołkach drzew. Marta wciągnęła powietrze. Aż chciało się zanucić „Szumią jodły na gór szczycie”.
— Wiesz, że jeszcze sto lat temu na Górze Witosławskiej odprawiano pogańskie obrzędy? — Ela kroczyła przodem. Od rana rozpierała ją energia.
— Chyba chciałaś powiedzieć: tysiąc.
— Sto. Mówię serio. Wyobrażasz sobie? Nie zdziwiłabym się, gdyby te zwyczaje w jakichś wąskich grupach kultywowano do dzisiaj.
— Litości, Elka! — Marta w myślach policzyła do trzydziestu, żeby nie zrobić jej krzywdy.
— To chyba tu — Ela zatrzymała się tak nagle, że Marta niemal uderzyła w jej plecy.
Widok był niesamowity. Pomiędzy dwa buki a ogromną skałę wciśnięty był maleńki domek. Pokryty gęstym mchem głaz zlewał się z dachem w jedną całość. Metrowe paprocie zasłaniały drewniane ściany chaty. Jakby dom wykiełkował z zacienionej szczeliny narzutowego głazu.
Podeszły do chaty. Ela zapukała, po czym niepewnie pchnęła zmurszałe drzwi. Zawiasy zaskrzypiały. Schyliła się, ostrożnie przekroczyła próg i zajrzała do środka. Pomieszczenie było znacznie większe, niż się wydawało z zewnątrz. Do środka wpadało niewiele światła, ale zdołała dostrzec stare łóżko, coś w rodzaju paleniska, mały stół i odrapane krzesło. Rozczarowanie rosło z każdą sekundą. Całość nie była używana ze sto lat. Wszędzie leżały zeschnięte liście, na klepisku rósł mech, a pajęczyny były tak gęste, że wnętrze wyglądało jak zamglone.
Ela wycofała się z chatki. Teraz Marta zaglądała do środka.
— Może to nie tutaj? Przejdźmy się jeszcze kawałek.
Ela była wdzięczna przyjaciółce, choć według mapki to była właściwa chata. Zrobiła kilka zdjęć, żeby pokazać domek Beacie, i ruszyła za Martą. Z każdą minutą coraz bardziej się garbiła. Jakby kolejny krok przybliżał ją do końca świata. Straciła ostatnią deskę ratunku. Pochyliła głowę, żeby Marta nie widziała kapiących łez.
***
— Ela, nie pędź tak — od jakiegoś czasu Marta ledwie dotrzymywała Eli kroku. Wciąż było widno, choć światło z coraz większym trudem przebijało się przez gęste gałęzie.
— Bronia już dawno powinna dostać jeść. Myślałam, że szybciej wrócimy.
— Zauważyłaś, że ona przy jedzeniu napycha się jak chomik? Ma policzki jak baloniki. Nawet zrobiłam jej rano zdjęcie.
— Zdjęcie. Szlag by to trafił! — Ela zatrzymała się i zaczęła grzebać w plecaku. Wyjęła mineralną, resztki kanapki, kurtkę i zawiniątko z buteleczką. — Aparat został przy chatce!
— No to wracamy — Marta wznosiła się dziś na wyżyny opanowania.
— Nie. Ty idź do domu i nakarm Bronię. W lodówce jest otwarta saszetka z mokrą karmą. Włóż ją na chwilę do gorącej wody. Daj jej wszystko, co zostało w opakowaniu, tylko najpierw dodaj do tego beta-glukanu. Słoiczek stoi przy lodówce. Wysyp jedną czwartą kapsułki. Dobrze wymieszaj, bo jak ona widzi proszek, to nie chce jeść. A do popielatej miski dołóż suchej karmy. Pół na pół gwiazdek i prostokątnych krokiecików. Są w tych puszkach z tygrysem i lwem. No i zmień jej wodę. Miseczkę przepłucz, ale nie myj płynem do naczyń, bo ona potem dostaje zapalenia dziąseł… — Ela przerwała. Na twarzy przyjaciółki malował się wyraz, który wielokrotnie widziała podczas korepetycji. Dalsze tłumaczenie nie miało sensu.
— W takim razie ty idź po aparat, a ja wrócę do Broni — i nie czekając na odpowiedź, Ela poszła dalej.
***
Marta otarła chusteczką pot. Powietrze znieruchomiało, a nad jej głową zaczęły krążyć chmary komarów. Z wściekłością machała rękami.
Jednak wolała to niż zadawanie się z Bronią. Nie mogła też znieść widoku zrozpaczonej Elki. Z jednej strony chciała ją przytulić, a z drugiej miała ochotę rozszarpać. Durna i naiwna dziewucha! Jak można w ogóle dopuścić do siebie myśl, że jakimś syropem uwiedzie się faceta? To się kwalifikuje do psychiatry!
— Cholera! — Marta po raz kolejny ugrzęzła w błocie. Wyjęła z kieszeni kompas. Kierunek się zgadzał. Pewno zboczyła z właściwej ścieżki i szła równolegle do niej. Po kilkudziesięciu krokach zauważyła przerzedzające się drzewa. Bingo! Jeśli się pospieszy, nie będzie musiała wyjmować latarki.
Minęła zakręt i zaskoczona potknęła się o wystający korzeń. Rękami zaryła w błocie.
Przed chatą stała kobieta. Miała na sobie dżinsy i sportową koszulkę. Buty do chodzenia po górach sprawiały wrażenie profesjonalnych. Krótko ostrzyżone włosy w kolorze dojrzałej czereśni odejmowały jej lat. Wyglądała na zadbaną pięćdziesiątkę. Jednak to nie jej widok spowodował, że tętno Marty zaczęło wariować.
— Nic się pani nie stało? — głos kobiety pasował do wizerunku. Był zdecydowany i donośny.
Marta podniosła się i w spodenki wytarła drżące dłonie. Kolana oblepiały jodłowe igły. Zaschło jej w gardle.
— Koleżanka zostawiła tu gdzieś aparat…
— A, tak. Leży na pniu. Już miałam go schować, bo zaraz pojawi się rosa. Wie pani, że rosa oznacza ładną pogodę?
Marta wolno podeszła do ściętego buka. Od kobiety dzieliły ją trzy metry. Na jej szyi zauważyła podwójny krzyżyk. Jego wyższe ramię było krótsze od dolnego, tak jak w herbie tutejszego województwa.
Usiłując zachowywać się naturalnie, wydukała:
— Pani idzie do Świętej Katarzyny czy Bodzentyna?
— Nie, ja tu mieszkam — kobieta obejrzała się, wskazując drewnianą chatę.
Jeszcze trzy godziny temu to oświadczenie wywołałoby u Marty wybuch śmiechu. Ale w tej chwili ciało pokryła gęsia skórka. Niestety, wzrok nie płatał jej figli. Drzwi do chaty były uchylone. Ciepłe światło sączące się z wnętrza padało na drewnianą podłogę i kawałek dywanu.
W pośpiechu Marta nie mogła zamknąć plecaka. Instynktownie skuliła ramiona. Tymczasem kobieta sięgnęła do kieszeni.
— Nie przejmuj się. Mało kto w nas wierzy — w uśmiechu pokazała aparat ortodontyczny. — I daj to koleżance.
Marta skamieniała. W wyciągniętej dłoni leżała kryształowa flaszeczka. Żółty płyn sięgał szlifowanego korka. Nie mogła oderwać oczu od bogato zdobionych liter. M i D. Inicjały pradziadków Eli.

***
Ela wyglądała przez okno. Dochodziła ósma, a Marty wciąż nie było. Po raz kolejny usłyszała w słuchawce, że „abonent jest czasowo niedostępny”. Czekać czy dzwonić na policję? Jakby w odpowiedzi przed domek zajechał terenowy samochód. Z przodu siedziało dwóch mężczyzn, na tylnym siedzeniu Marta. Na drzwiach samochodu widniało godło Świętokrzyskiego Parku Narodowego.

Ela wybiegła na zewnątrz. Marta wysiadła, burknęła „Dziękuję” i trzasnęła drzwiami. Mijając Elę, wcisnęła jej w dłoń flakonik i bez słowa weszła do domu.

— Dobry wieczór, straż Parku — kierowca wychylił się przez opuszczoną szybę. — Spotkaliśmy tę panią w lesie. Powiedziała, że idzie do Bodzentyna, ale szła w sam środek puszczy. Podała ten adres.
Oszołomiona Ela nie rozumiała, co się dzieje. Mężczyzna włączył silnik.
— Sądząc po liczbie przekleństw, które usłyszeliśmy, Świętokrzyskie nie przypadło jej do gustu.

***
Marta zamknęła laptopa i pilotem wyłączyła rzutnik. Ostatnie osoby wychodziły z sali. Jeszcze jutrzejsza prezentacja i szkolenie będzie skończone. Włączyła telefon,
przejrzała nieodebrane połączenia i SMS-y. Była też wiadomość od Elki. Nacisnęła „Otwórz” i na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie. Wąska platynowa obrączka z gustownie osadzonym diamentem. Okazały kamień znajdował się tuż przy charakterystycznym pieprzyku na serdecznym palcu Eli.

Z uśmiechem schowała telefon do torebki. Może jutro na przykładzie Elki wyjaśni, jak zdeterminowany powinien być przedstawiciel medyczny? W zamyśleniu zaczęła bawić się łańcuszkiem. Od jakiegoś czasu nosiła na szyi karawakę. Podwójny krzyżyk, którego wyższe ramię było krótsze od dolnego.

Reklamy