Pinokia
rys. Alexandru Petre

– Wyjeżdżałem często na kontrakty do Francji – odezwał się Janusz z dolnego łóżka. Wciął się w naszą rozmowę tak, jakby miał już gotową powieść w głowie, a teraz tylko chciał zrobić próbę głośnego czytania przed publicznością. – Ona była bardzo we mnie zakochana – uśmiechnął się delikatnie. – I szalenie zazdrosna. Uwielbiała sex i zdarzało się, że zasypiała z głową na moim podbrzuszu, a dłonią na penisie, jakby bała się od niego oddalić podczas snu.

Janusz był dość postawnym mężczyzną, na oko pięćdziesięcioletnim. Właśnie wracał z kontraktu we Francji. Wiózł ze sobą w małej podróżnej lodóweczce piwa w fikuśnych buteleczkach, którymi już od kilku godzin nas częstował. Do tej pory niewiele się odzywał.
Jechaliśmy tanią kuszetką PKP via Gdańsk. Ja leżałam na dolnym łóżku naprzeciw Janusza. Nade mną Ewelina, która dość szybko zapadła w chrapliwy sen. Po drugiej stronie Tomek (dość przystojny), nad nim Mateusz z Wrocławia i Jarek, który jak nam się zwierzył, studiował niegdyś teologię, a teraz pisze chwytające za serce (cytat!!!) reportaże rodzinne. Jak wsiadaliśmy do pociągu w Krakowie nikt się nie znał, ale już po kilku godzinach… No cóż, pociągi i bary potrafią czasami wyciągnąć z ludzi więcej żył i mięsa niż gabinety psychologów.

Rozmawialiśmy o związkach, a raczej o tym, w jaki sposób się one kończą. Chłopcy głośno opowiadali zabawne historie, ja się temu przysłuchiwałam, a Ewelina spała.

Gdy Janusz zaczął mówić, wszyscy zamilkliśmy. Zdawało się, że nawet Ewelina przestała chrapać, zupełnie jakby postanowiła, choćby przez sen wchłaniać jego niski głos.

– Byliśmy małżeństwem przez osiem lat. Mamy dwójkę dzieci. Jak już wam mówiłem, dość często wyjeżdżałem na kilka tygodni i w dodatku kilka razy w roku. Resztę czasu spędzałem z rodziną. Bardzo dobrze zarabiałem. Byliśmy szczęśliwi – prycza nad Januszem zaskrzypiała. To po prostu Tomek przysunął się bliżej brzegu łóżka. Janusz mówił to wszystko cichym, spokojnym głosem człowieka, który wie, że nie trzeba krzyczeć, aby być słuchanym.

– W naszym bloku kwitło życie towarzyskie. Wszyscy się znali, jak rodzina – leżał prawie nieruchomo, a mówiąc to patrzył w pryczę nad głową. Zdawało się, że wreszcie zaczyna przeżywać historię, którą nam opowiadał. -Pewnego dnia sąsiad, którego żona zdradzała, przyszedł do mnie się pożalić. “Wygoń!” – powiedziałem “Tego się nie wybacza!”. Poszedł, ale wrócił po kilku dniach. Nie rozsiadał się, tylko stojąc w korytarzu powiedział: „Ty pilnuj lepiej swojej, puszcza się z tym policjantem z góry”. Nie uwierzyłem mu, ale… – Janusz uniósł do góry wskazujący palec – ziarno niepewności zostało zasiane.

Po tych słowach wszyscy obecni w przedziale jakby odetchnęli. Zmieniliśmy pozycje ciała na wygodniejsze, popiliśmy piwo. Janusz przechylił się na bok i mówił dalej, patrząc w pierwszą parę oczu, która mogła mu odwzajemnić spojrzenie. Padło na mnie.

– Jakiś czas później, krótko po moim powrocie z kontraktu, żona zapytała, kiedy znowu wyjeżdżam. W pierwszym odruchu chciałem odpowiedzieć, że mam nadzieję, że jak najpóźniej, bo chcę pobyć z nią i dzieciakami, ale przypomniało mi się to ziarno, które we mnie wsiano. Postanowiłem ją sprawdzić. Powiedziałem więc, że niebawem znowu mnie będą potrzebować, co rzecz jasna, wiąże się z wyjazdem na kilka tygodni. I po paru dniach wybyłem z domu z walizeczką i lekkimi wyrzutami sumienia, bo śmieszne mi się to teraz wydaje, ale ufałem jej. Zrobiłem to tylko dlatego, że wkurwił mnie ten sąsiad.

To zwierzenie zaśmierdziało fałszem. Tomek chyba też to wywąchał, ponieważ nasze spojrzenia skrzyżowały się na krótką chwilę. Janusz mówił dalej.

– Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. Wracam nocą. Cisza w całym domu, dzieci śpią w swoich pokojach, poczułem spokój. Wchodzę do sypialni. Na moim łóżku z błogim uśmiechem na twarzy śpi nagi facet, a moja żona w tak dobrze znanej mi pozycji leży na jego brzuchu, w dłoni ciągle trzymając jego kutasa. Na szafce nocnej otwarta butelka wina, dobry rocznik i okazuje się, że z moich francuskich zapasów. Jeden kieliszek do połowy zapełniony. To na pewno dla niego, bo ona alkoholu nie pije. Usiadłem na krześle obok łóżka, dolałem sobie wina do tego kieliszka, piję i patrzę. Długo to trwało. Nocna lampka stojąca za mną tworzyła rodzaj aureoli nad moją głową, a cień padał dokładnie na twarz żony, która tej nocy obcego fiuta chciała mieć blisko siebie. Ile było już takich nocy? Bardzo długo chłonąłem ten widok, przez co nie zauważyłem, jak lampa paliła w kark. Zachowali nawet porządek stron na łóżku – ona po prawej, on po lewej. Ten „on” to faktycznie był nasz sąsiad. Nigdy nie lubiłem policji. Ale tej nocy straciłem wszystkie uczucia mojej żony, wierzcie mi.

Wierzyliśmy.

– I co dalej? – zapytał Mateusz wychylając się niebezpiecznie z najwyższej pryczy.

– Po bardzo długim czasie otworzyła oczy i spojrzała na mnie. Z początku nie kojarzyła, ale jak już mnie poznała, to nagle poderwała się. I – dla wzmocnienia efektu Janusz też usiadł na łóżku. Teraz wszyscy uważnie na niego patrzyliśmy. Czterogłowy smok śledził każdy szmer na jego twarzy.

– I nie zgadlibyście, kurwa. Nikt by nie zgadł, co ona powiedziała. “Janusz to nie tak jak myślisz!”

– Co?

– Dokładnie to: “Nie tak jak myślisz”. Wyszedłem do kuchni, bo zebrało mi się na wymioty. Ona ruszyła za mną i coś jękała, stękała, ale nie słuchałem. A ten skurwiel nawet się nie obudził, prawdziwy twardziel z twardym snem. Wziąłem skórzany kapeć z tych, co to w Zakopanem sprzedają, pewnie wiecie – kiwnęliśmy zgodnie czterema głowami – i zdzieliłem glinę na gołe dupsko. Kopniakami wywaliłem na klatkę. Daleko do domu nie miał, a czy zdążył uciekając wziąć klucze – mało mnie obchodziło.

– A co z nią? – zapytał Tomek

– Pogoniłem, a jak? Szybki rozwód i po sprawie. Ona mnie kochała, tyle wiem. Ale czegoś takiego się nie wybacza.

„Czegoś takiego się nie wybacza.” Usłyszałam, bardzo dokładnie usłyszałam te słowa. W przedziale zrobiło się głośno, ale nie brałam już udziału w rozmowach.

Czy się nie wybacza? Nie wiem. Pewnie dużo można wybaczyć. Jednak tym, co ja poczułam po opowieści Janusza była zazdrość. Gdybym tylko ja tak mogła usiąść i popatrzeć. Gdybym tylko miała szansę stanąć po swojej stronie, wziąć ten kapeć, kabel, miotacz ognia i jakoś zareagować. Ale moja historia jest inna. Ja zostałam zdradzona zdalnie – przez pilota. Bez dotykania. Bez patrzenia. Bez rozmawiania. Fruuu – było, minęło. Teraz jest już nowe, a więc – żegnaj, pa! Spieszę się, nie ma czasu na dyskusje. Jak to, kurwa, żegnaj? A co ja mam zrobić z tą bombą, którą mam w środku? Ty swoją rozmontowałeś nie informując mnie o tym. Nawet nie wiem, kiedy to się stało. A ja? A co ze mną? Nie pomyślałeś o tym? Przecież ta bomba we mnie eksplodowała. Codziennie na nowo eksploduje.

I pomyśleć tylko, że mieliśmy być dla siebie tym miejscem, w które się ucieka w czasie burzy.

Od kilku miesięcy mozolnie ćwiczę nową umiejętność przebywania tam, gdzie mnie tak naprawdę nie ma. Po prostu skupiam się na tym, żeby odpowiednie czynności upchać w odpowiednich jednostkach czasu, zachowując przy tym odpowiednią kolejność działań. No, na przykład najpierw się wysrać, a potem podetrzeć, nie na odwrót. Tyle.

– A jaka jest twoja historia, Anka? – zapytał Tomek przyglądając się mi uważnie. Ciekawe, jak długo już tak na mnie patrzy?

– Moja historia? – spojrzałam na niego pustym wzrokiem. Nie chcesz tego wiedzieć chłopaku. Nie dźwigniesz tego, bo ja sama jeszcze tego nie dźwigam – pomyślałam.

– Ja chyba nie chcę o tym mówić – wystękałam w odpowiedzi.

– Rozumiem – powiedział, a mięśnie na jego ramionach drgnęły delikatnie.

Wykręcił głowę aby spojrzeć w górę na Mateusza, który opowiadał o jakiejś kolejnej zdradzie. Chłopcy się rozkręcali.

Po kilkunastu minutach uśmiechnęłam się do Janusza, przewróciłam na drugi bok w stronę ściany i zamknęłam oczy.

Nie spałam tej nocy dobrze. Miarowy stukot szyn wyrywał mnie ze snu, a w nim znowu Max. Z mocnym makijażem na twarzy śpiewał “nie rycz mała, nie rycz, już ja znam te twoje chimery”. Bałam się tych słów, tego makijażu, a przede wszystkim wyrazu jego oczu. Kuliłam się, a on ciągnął wysokim głosem: “twoje łzy kapią mi na koszulę”, “twoje łzy kapią mi na koszulę!” – krzyczał i pokazywał jakąś niewidoczną plamę na białym t-shircie, “twoje łzy kapią mi na koszulę, słyszysz?”

Otworzyłam szeroko oczy. “Zdalnie sterowana” – pomyślałam, przecierając dłonią twarz.

– Śpisz? – głos z góry przywrócił mnie chwili obecnej. To Tomek oparł głowę na dłoni i patrzył. Jak długo?

– Za chwilę Tczew.

– Tak? – zapytałam, żeby tylko coś powiedzieć, bo przecież mało mnie obchodził Tczew, Gdańsk, cała Polska. Na szczęście do przedziału wszedł konduktor. Wstałam i poszłam do toalety głównie po to, żeby zimną wodą przemyć twarz. Jak wróciłam Tomek był już spakowany. Najwidoczniej zaraz będzie wysiadał. W tym całym Tczewie.

Stanęliśmy razem w drzwiach przedziału. Czekaliśmy w milczeniu. Był znacznie wyższy ode mnie, idealny wzrost, opalone wysportowane ciało. Nawet przy moim oderwaniu od świata nie mogłam nie zauważyć, że jest pięknym mężczyzną. Wcześniej chyba opowiadał, że trenuje parkour. Fajnie.

Staliśmy zdecydowanie zbyt blisko siebie i trochę za mało zależało nam na podtrzymaniu konwersacji. Wszyscy spali. Niekiedy tylko jakieś pojedyncze osoby przemykały korytarzem w stronę toalety, a za oknem można było zaobserwować ciągłą zmianę scenografii, stukot szyn i chłodne światło wczesnego poranka. No i jego wzrok. Czy ten chłopak mnie nim rozbiera?

Jak pociąg już wjeżdżał na stację, Tomek pocałował mnie w usta. Tak po prostu. Moje ciało zareagowało automatycznie. Złapałam w dłonie jego głowę, palce wplotłam we włosy i potem już nastąpiła tylko krótka porcja wspólnego powietrza. Jak mi tego brakowało. Tyle, że… nie jego całowałam.

Chłopaku, zmykaj stąd. Mówiłam ci przecież, że tego nie dźwigniesz – pomyślałam.

Następnie zdjęłam dłonie z jego twarzy. Pozwoliłam się całować, ale już nie odwzajemniałam pocałunku. Jeszcze nie umiem. Przepraszam. On zamarł na chwilę w niezręcznej pozie, urwany gest, chwila zmieszania.

– Tu wysiadam – powiedział.

Idąc korytarzem odwrócił się do mnie. Chwilę czekał. To jest fajny facet, pomyślałam. Chciałam do niego podejść, jakoś mu to wytłumaczyć. Głupio wyszło, wiesz… ale stopy mi wrosły w ziemię. Po prostu nie umiałam wykonać żadnego gestu. Krzyk na moście. Paraliż.

Wysiadł. Patrzyłam jak idzie przez peron, podchodzi do okna. Znowu czekał. Może na to, że do szyby przykleję kartkę z numerem telefonu, że otworzę okno, a może nawet wysiądę za nim w tym Tczewie. Takie historie się przecież zdarzają.

Wróciłam do przedziału. Usiadłam na łóżku. Pociąg ruszył, a ja siedziałam bez ruchu. Wyglądałam jak zgarbiona, wydrążona kukła. Pinokia, której nos urósł od zbyt częstego słuchania kłamstw.

Zgięłam palec wskazujący i kostką uderzyłam się w rękę gdzieś nad nadgarstkiem. Rozległ się głuchy stukot, zupełnie jakbym uderzała w drewnianą komodę.

„Pusta! Zupełnie pusta.” Jeszcze raz, przecież to niemożliwe. Tym razem dźwięk był jeszcze głośniejszy: Stuk! stuk! stuk!

I bardzo cię proszę, nie rycz mała.

Nie rycz.

Prycza z naprzeciwka zaskrzypiała. To Janusz, sięgał do lodóweczki, żeby podać mi zimne piwo.

Reklamy