deratyzacja
rys. ClkerFree

Na historię o seryjnym mordercy, któremu gazety nadały przydomek Szczurołap, Rupert Mercury trafił przez przypadek, kiedy pasjami poszukiwał informacji o gangu handlującym nielegalnymi farmaceutykami. I nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że zbrodnie dokonywane przez Łowcę Szczurów (bo tak przechrzcił zbrodniarza w myślach) wydały się Rupertowi właściwe z moralnego punktu widzenia. Szczurołap pozbywał się jednostek zdegenerowanych i szkodliwych społecznie, których postępowanie budziło ogólną pogardę i sprzeciw. W zainteresowaniu przestępcy znajdowały się jedynie kobiety, przez co śledczy i specjaliści zajmujący się tą sprawą, przypisywali mu skłonności do przemocy seksualnej, rzadziej  do impotencji. Jednakże żadna z ofiar nie została zgwałcona, i co ciekawe, żadna się nie broniła, jakby znała swojego oprawcę i nie spodziewała się ciosu z jego strony. Pomimo skrupulatnie prowadzonego śledztwa, Szczurołapa nigdy nie ujęto, a w kraju od dwudziestu lat (to znaczy od kiedy Szczurołap ujawnił się po raz ostatni), obowiązywał oficjalny zakaz używania czasownika DERATYZACJA. Taki bowiem napis tatuował morderca swoim ofiarom na czole.

Ta swoista wizytówka, wydziergana czerwonym atramentem, łudząco przypominała pieczęć, jaką w czasie zarazy stawiano na drzwiach budynków objętych działaniami odszczurzającymi. Samo słowo deratyzacja, te pięć krótkich sylab, budziło powszechną panikę: kobiety, słysząc je, omdlewały, a mężczyźni wpadali w amok. Co gorsza, odnotowano kilkaset przypadków nieodwracalnych zmian neurologicznych jakie zaszły u osób, zwłaszcza młodych kobiet będących przy nadziei, które na dźwięk tych przeklętych głosek, zapadały na tajemniczą chorobę. Zaburzenie charakteryzował jeden symptom – chory miał przeświadczenie, że powoli zmienia się w szczura. Kiedy choroba dochodziła do ostatniego stadium, zarażony zawsze znajdował sposób, by zażyć truciznę w nadziei, że po spożyciu toksycznego specyfiku zabije w sobie szczura i na powrót odzyska zdrowie. Niestety wraz z gryzoniem, siedzącym w jego głowie, zbijał samego siebie. Z tego powodu cztery największe w kraju ośrodki dla obłąkanych i niezdiagnozowanych pacjentów, musiały rozszerzyć działalność i przyjmować ciężarne wariatki i przetrzymywać je aż do ich śmierci. Po wprowadzeniu zakazu używania słowa deratyzacja, społeczeństwo poczuło obezwładniającą ulgę.

Od tamtej pory minęły dwie dekady, ale Rupert ani na chwilę nie zapomniał o dwunastu morderstwach popełnionych na wyrodnych matkach. Szczerze żałował, że Szczurołap pracował jedynie przez rok, usuwając zaledwie nikły procent tych okrutnych i wyzutych ze skrupułów bestii. Ciągle łudził się, że morderca zamelinował się gdzieś w Europie, być może w samym Hameln, i wróci po latach, by kontynuować dzieło życia. Ale im więcej dni przelewało się przez palce Ruperta i im więcej włosów znajdowało się na podłodze łazienki mężczyzny niż na jego głowie, tym bardziej wydawało się to irracjonalnym marzeniem. Ale marzenia czasem się spełniają, oszukiwał się co rano Rupert. Gdyby tylko odnalazł swojego idola, gotów był sfinansować jego powrót i życie tu, w Nohope. Majątek, jaki ukręcił na ujawnieniu afery z nielegalnymi lekami, produkowanymi na bazie marihuany i LSD, zapewniłby dostatnie życie co najmniej kilkudziesięciu osobom. Ale Rupert żył sam. Żadna z pielęgniarek (umawiał się jedynie z przedstawicielkami tej grupy zawodowej) nie była gotowa na trwały związek z maniakalnym bywalcem nekropolii i czytelnikiem prasy funeralnej. A kiedy poddawał je ostatniemu testowi, to znaczy delikatnie nawiązywał do sprawy zbrodni sprzed lat i szeptał do ucha zakazane słowo, te w panice uciekały nie bacząc na drobiazgi pozostawione w posiadłości Ruperta. Wskutek czego mężczyzna dysponował wieloma osobistymi rzeczami byłych kochanek, nie mówiąc już o ich kartach identyfikacyjnych oraz wejściówkach do zakładów pracy.

Tego dnia nie spodziewał się fajerwerków ani sensacyjnego odkrycia. Jak co miesiąc spakował niewielką torbę podróżną i wsiadł do Panamery, najbardziej oldschoolowego auta, jakie posiadał w kolekcji. Czekało go kilka godzin jazdy, ponieważ szpital, cel podróży, leżał daleko na południe, w odległym zakątku kraju. Mercury od siedmiu lat pielgrzymował po szpitalach psychiatrycznych, a jego wyprawy przez kolegów z branży nazywane były złośliwie „tour de psycho”. Wszystkim wmawiał, że zbiera materiały do książki, esencji swojej pracy dziennikarskiej. Miał ją zostawić po sobie jako schedę dla tych studentów, którzy obrali go za wzór godny naśladowania. W istocie Rupert liczył, że w jednym z tych sterylnych zakładów, odnajdzie mordercę sprzed dwudziestu lat i nakłoni go do powrotu na krwawą ścieżkę zbrodni. Gotów był nawet, choć przeraźliwie bał się powiedzieć to na głos, zostać pomagierem Szczurołapa i nosić za nim aparaturę do tatuowania.

Szpital przypominał ten odwiedzony miesiąc wcześniej w Jasper. W tym kraju wszystkie szpitale wyglądają identycznie, żeby żaden z psychopatów nie poczuł się niepewnie, kiedy zmienią mu lokum, pomyślał pełen uznania dla pomysłowości doktora Smarta, genialnego twórcy eksperymentalnej metody tożsamości. W bramie powitała go korpulentna brunetka, wzrostem przewyższająca go o głowę. Przeszło mu przez myśl, że z ochotą obejrzałby pod mikroskopem jej DNA i przeciągnął po największym państwowym cmentarzu. Wyglądała mu na miłośniczkę makabry i brutalnego seksu. Nie, nie przez czarną pomadkę, którą usmarowała wąskie usta ani przez lateksowe nogawki spodni wystające spod białego fartucha, ani nawet przez imię, jakim się przedstawiła. To jej puste oczy, których nic nie było w stanie zadziwić, tak bardzo poruszyły Ruperta. Jagódka Mniam Mniam miała w spojrzeniu coś niepokojąco bliskiego, co pozwalało mu przypuszczać, że dzisiejszą noc spędzą razem, być może w towarzystwie któregoś z pacjentów.
– Nie mamy tu interesujących przypadków – odezwała się rzeczowo. – Ale z tego co mówił doktor Schuman, szuka pan mężczyzn między czterdziestym a sześćdziesiątym rokiem życia? – Spojrzała wyczekująco.
– Zaiste, dobrze siostrę poinformowano. – Rupert uwielbiał tytułować pielęgniarki per siostro. – Jest sens wyciągać sprzęt?
– Nie ma potrzeby. Pan pozwoli. – Jagódka Mniam Mniam wskazała wejście do sali z napisem „dla personelu”, gdzie przez lustro weneckie można było swobodnie obserwować pacjentów i nie czuć dyskomfortu związanego z nieprzyjemnym zapachem medykamentów i przetrawionego potu. Albo czegoś znacznie gorszego. – Jak mówiłam, sama nuda. – Kiwnęła głową w stronę grupki osób łudząco do siebie podobnych. Trudno było stwierdzić, gdzie przebiegała granica między pierwiastkiem żeńskim i męskim. – Żadnych prawdziwych psychopatów, maniakalnych gwałcicieli, okrutnych podrzynaczy gardeł, no nikogo godnego uwagi… Nawet paranoików nie mamy – dodała ziewając.
– To klony? – zapytał z nadzieją.
– Raczej klauny. – Zmrużyła oczy zadowolona z żartu. – Śmiejemy się, że doktor Schuman, żeby zapełnić oddział i dostać rządową dotację, zeskanował pierwszego pacjenta, który zanim zachorował rzeczywiście był klaunem i we wszystkie jego kopie tchnął iskrę niczym doktor Frankenstein. Tak tłumaczymy podobieństwo.
– A jaka jest prawda?
– Prawda jest taka, że wciąż czekamy na tego jednego, fantastycznie popapranego pomyleńca, który dostarczy nam wielu godzin cennych obserwacji. Ale jak widać, tu tylko ofiary diet odchudzających i miłośnicy zwierząt. – Mrugnęła porozumiewawczo. – Rozumie pan?
– Chciałbym z nim porozmawiać.
Jagódka Mniam Mniam uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając zęby, na których tkwiły resztki czarnej szminki. Rupert prawie zadławił się śliną. Gdyby miała jeszcze przezroczystą skórę i naturalne sińce pod oczami, stanowiłaby ideał kobiecości. Gdyby.
– Wygrałam zakład. Wiedziałam, że zainteresuje pana Freddie. W kółko opowiada legendę o szczurołapie. – Jagódka rzuciła Rupertowi wyzywające spojrzenie, jakby dawała znak, że za chwilę przekroczy granicę i wypowie zakazane słowo. Jednak nie posunęła się dalej. – Nic panu nie powie. – Zbliżyła się do Ruperta i wyszeptała mu do ucha: – Ja też myślałam, że to ON – w jej głosie pobrzmiewało podniecenie – ale to tylko poczciwy Freddie. Zamknęli go tu jak zaczął opowiadać chorym dzieciom tę historię z Hameln… tę o szczurach, ale nie, nie jest groźny… Niestety – dodała z żalem.
Jagódka nie musiała więcej tłumaczyć. Rupert sam połączył fakty i wcale nie był zadowolony z takiego obrotu sytuacji. Klaun, pracujący w szpitalu dziecięcym, ma nieograniczony dostęp do ich matek, a te z kolei darzą go zaufaniem i wdzięcznością za to, że rozwesela ich pociechy. Ale to byłoby proste jak sznurek, zbyt proste, pomyślał rozczarowany. Przed nim Freddiego oglądało wielu ekspertów. Gdyby pojawił się choć cień nadziei, że to prawdziwy Łowca Szczurów, ktoś na pewno już dawno by go zdiagnozował i pochwalił się sukcesem stulecia. Rupert był tego pewien jak faktu, że za chwilę odjedzie swoją Panamerą, rozpruwając tumany kurzu unoszące się na drodze prowadzącej do szpitala. Zaklął w myślach i nawet zaproszenie Jagódki do pokoju socjalnego na lemoniadę zaprawioną diazepamem nie wpłynęło na zmianę jego samopoczucia.
– Nie będę z nim rozmawiał. Szkoda mojego czasu – rzekł bez entuzjazmu. – To byłoby na tyle. Dziękuję. – Już miał wyjść, ale postanowił spróbować. Zbliżył się do Jagódki tak, by wyczuć brzoskwiniowy meszek na jej policzku. Pachniała, jak na ironię, szarym mydłem. – Deratyzacja – szepnął.
– Mniam – odpowiedziała i polizała go po szyi. Rupert zachwiał się niepewnie. Wyimaginowane siła w ułamku sekundy obezwładniła go i wyssała z jego mięśni całą elektryczność. Freddie klaun stał na wprost Ruperta i bystro zaglądał mu w oczy, najwyraźniej nie robiąc sobie nic z przyciemnionej szyby lustra, które dzieliło oba pomieszczenia. To niemożliwe, pomyślał przerażony Rupert, nie może mnie widzieć. Freddie stał wyprostowany i trudno było uwierzyć, że jeszcze przed kilkoma minutami siedział skulony w kącie pokoju i wpatrywał się w swoje dłonie, nieustanie przewracając je to spodem, to wierzchem, jakby dojrzał w nich coś ekscytująco intrygującego. Wskazał palcem swoje usta, a potem ten sam palec wymierzył w drżącego (trudno powiedzieć czy nadal ze strachu, czy może już z podekscytowania) Ruperta. Oznaczało to, że klaun zamierza odbyć z dziennikarzem rozmowę.
– Zazdroszczę. – Jagódka bez pardonu przerwała ekstatyczne napięcie, które zawisło między mężczyznami. Ona także wyglądała na poruszoną zajściem, ale szybko odzyskała rezon. – Udostępnię wam swoją kanciapę, ale zastrzegam, że będę podsłuchiwać. – Miała nadzieję, że Freddie jednak okaże się tym, za kogo początkowo go wzięła.

Kiedy Rupert podążał śladem postawnej pielęgniarki, przed oczami migały mu jedynie czarne i białe kafelki niedbale ułożone na podłodze przypominającej szachownicę, przez co poczuł się jak jeden z pionków na planszy. Nawet gdyby bardzo tego pragnął, nie byłby w stanie odtworzyć drogi prowadzącej do małej klitki na tyłach budynku, do której zaprowadziła go Jagódka. Wydawało mu się, że nieustannie kluczą, ciągle zmieniając kierunek ruchu i kondygnacje. Przypuszczał, że kobieta robi to z rozmysłem, by w razie wtopy wykpić się od wszystkiego i uniemożliwić ewentualną wizję lokalną. Pierwszy raz w życiu nie zastanawiał się nad pytaniami, jakie powinien postawić rozmówcy. Wiedział, że klaun wyjawi jedynie to, co zechce i że Rupert po tej rozmowie spoglądając w lustro, nie zobaczy już siebie. Skąd miał pewność, że to właśnie tego człowieka Rupert szukał przez te wszystkie lata? Trudno powiedzieć, ale pewność wypełniała go po brzegi, boleśnie wypychając resztki zdrowego rozsądku i niwelując odruchy bezwarunkowe.

O tym, że w pomieszczeniu pojawił się Freddie, poinformowało Ruperta niezręczne chrząknięcie Jagódki, która zupełnie zmieniła oblicze. Wprowadzając pacjenta zachowywała się tak, jak gdyby miała do czynienia z kimś wyjątkowym i szczególnie cennym. I chyba nie było w tym przesady, przecież (jeśli przypuszczenia Jagódki okazałyby się prawdą) na taki okaz dewiacji czekali od lat. Rupert przerwał medytację. Zamierzał się przedstawić, ale w oczach klauna wyczytał, że wszelkie konwenanse są zbędne. Pielęgniarka dyskretnie opuściła pokoik, a Freddie zaczął opowiadać historię, jak gdyby dopiero co przerwał ją na chwilę, na przykład by gwizdnąć na fajną dupeczkę spacerującą po promenadzie albo po to, by odpalić papierosa.
– Kiedy idziesz do pracy i codziennie potykasz się o ten sam wystający z ziemi korzeń, a w pracy codziennie pijesz tę samą, przesłodzoną kawę, którą dzień wcześniej obiecałeś sobie posłodzić łyżeczkę mniej, bo pięć to stanowczo zbyt dużo… Więc kiedy kolejny raz potykasz się o ten cholerny korzeń, a czarna breja przypominająca ulepek oblepia ci przełyk i wszystko wokoło robi się szare, zaczynasz się zastanawiać, czy matka miała rację mówiąc, że zabić się to jednak trzeba umieć. Bo jak wytłumaczyć przerwę w dostawie gazu, kiedy ty właśnie odkręciłeś kurki, i choć to niezwykle niewygodna pozycja, tkwisz z głową w piekarniku? Albo kiedy w nadziei, że tym razem się uda, ładujesz się do wanny z całym elektrycznym ekwipunkiem, a tu pracownicy elektrowni ogłaszają strajk? Albo że ten grubas z dołu dzień przed planowanym przez ciebie samobójstwem montuje antenę, o którą ty zahaczasz spadając i wisisz tak przez dobre trzydzieści minut zanim przyjedzie straż pożarna, wystawiony na pośmiewisko rozbawionej gawiedzi? No i właśnie kiedy dochodzisz do wniosku, że nawet z odebraniem życia nie będziesz umiał sobie poradzić, twoja własna matka wreszcie się nad tobą lituje i składa ci propozycję z tych nie do odrzucenia. Pomoże ci w podróży na tamten świat, ale wpierw musisz przejść jedną próbę, która upewni ją, że jesteś gotowy na spotkanie z Charonem. Więc podejmujesz wyzwanie. I tak zostajesz klaunem. – Freddie zawiesił głos i wyczekująco spojrzał na oniemiałego Ruperta. Kiedy upewnił się, że dziennikarz trwa w napięciu, wrócił do swojej opowieści. – W szpitalu widzisz te łyse bachory z wielkimi, szklącymi się oczami i rurkami powtykanymi w miejsca, w których nie spodziewałbyś się takiego ustrojstwa. I nie robi to na tobie żadnego wrażenia. No może poza zazdrością, którą wywołuje u ciebie nieuchronność ich śmierci. Każde z nich zniknie niebawem, a ty będziesz patrzył na rozpacz ich matek i białe prześcieradła, w które zostaną zawinięte po śmierci. I wtedy poznajesz Lacey Spears. – Tym razem zrobił dłuższą pauzę, a potem, zniżając głos, podkreślił: – I to właśnie jej zaczyna ci być żal. – Rupert doskonale znał historię LS, okrzykniętej przez wielu wspaniałą matką, która na kilka miesięcy stała się bliska milionom obywateli. Lacey zbierała fundusze na leczenie pięcioletniego syna, cierpiącego na niespotykaną chorobę, w zastraszającym tempie niszczącą jego organizm. Była pierwszą ofiarą Szczurołapa i choć jej śmierć początkowo wywołała olbrzymi szok i panikę, z czasem zyskała wielu zwolenników. Okazało się bowiem, że wizerunek cierpiącej, jaki zwykła prezentować w programach telewizji śniadaniowej, gdzie ją zapraszano, by pocieszała inne matki chorych dzieci, był maską cynicznej i podłej kobiety. Lacey podtruwała syna mieszaniną chemikaliów, której składu naukowcy do dziś nie zdołali ustalić, by zyskać publiczne wsparcie i zainteresowanie mediów. Co prawda rodzina próbowała jej bronić, tłumacząc, że cierpi na zespół jakiegoś Münchhausena, ale akurat to już nikogo nie interesowało. Mały Garnett zapadł w śpiączkę i niebawem zmarł. – Nie tych małych potworów ci żal, tylko właśnie jej, cichej, spokojnej, małomównej, uśmiechającej się jedynie w towarzystwie syna, Lacey. Zaczynasz spędzać z nią wolny czas – kontynuował Freddie – i po kilku miesiącach, szeroko otwierając ze zdumienia oczy, dochodzisz jednak do wniosku, że Styks jeszcze zdążysz przepłynąć, a czerwoną plastikową kulkę, która między 10.00 a 17.00 imituje twój nos, zakładasz z niemałą przyjemnością. Bachory zmieniają się w dzieci. Grubasowi z dołu, temu od anteny, anonimowo wysyłasz prezent. Zaczynasz unikać swojej matki, bo jeszcze zechce zrealizować swój plan. Garnett przytula się do ciebie, powodując, że cała szarość, która tak bardzo komplikowała twoje życie, znika bez śladu. Zapominasz o piciu kawy. A potem odkrywasz, że Lacey lubi czerwoną szminkę (maluje się nią, kiedy nikt nie patrzy) i marzy o korekcji nosa. A jeszcze później podglądasz ją, kiedy nadyma usta przed lustrem, jakby ćwiczyła przed występem. I zaczynasz widzieć naprawdę. Do studia The Today Show zawozisz pogodną dziewczynę, lecz kiedy wychodzi z charakteryzatorni, trudno ją poznać. Widzisz ją taką, jak wtedy, po raz pierwszy na szpitalnym korytarzu – zamkniętą, wycofaną, przybitą. To że w szafce pod zlewem znajdujesz słoiczek z żółtawym proszkiem, to kwestia czasu. Ale dla Garnetta jest zbyt późno. Zdąży jedynie opowiedzieć ci historię o grajku wyprowadzającym z miasteczka tabuny szczurów. Garnett boi się szczurów, więc obiecujesz mu, że zmienisz profesję i kolorowy kostium klauna zastąpisz pomarańczowym kombinezonem pogromcy tych wstrętnych gryzoni. Śmiejecie się jeszcze, bo brzmi to całkiem zabawnie. I wtedy Garnett umiera. Z uśmiechem na ustach. Tak po prostu, bez zapowiedzi. Dopiero po chwili zauważasz, że cisza, która zapada, nie jest wynikiem przebrzmienia żartu, tylko pustką, jaka nastaje po śmierci kogoś bardzo bliskiego. Kogoś, kto nie zasłużył, by tak wcześnie odejść. I wtedy wraca Lacey. Z nie swoim nosem. Łzy muszą być prawdziwe, bo zmywają z jej twarzy maskę, którą dotychczas nosiła. Ta kobieta cierpi. Szkoda, że dopiero teraz. Ciebie jednak to nie obchodzi. Ty masz już cel.

Freddie zakończył swoją opowieść w stylu, w jakim ją zaczął – szybko i bez zbędnych wyjaśnień. Najwidoczniej uznał, że to co usłyszał Rupert wystarczy, by namieszać mu w głowie. I wcale się nie pomylił. Rupert gorączkowo rozmyślał. Dlaczego ten człowiek właśnie jemu, Rupertowi, opowiedział swoją historię? I czy aby na pewno nie łgał? Przecież do Ratusza zgłaszało się wielu, którzy przypisywali sobie czyny Szczurołapa, a sprawa była jedną z najgłośniejszych w kraju i prasa wielokrotnie donosiła o szczegółach śledztwa. Można się więc było wyedukować w kwestii niuansów każdej ze zbrodni.
– Od kiedy pan tu przebywa? – zapytał Rupert, ale Freddie znowu zapadł w katatoniczny stan zawieszenie i z zainteresowaniem przyglądał się swoim dłoniom. Zanim Jagódka zdecydowała się odezwać, minęło dobrych kilka minut.
– Od czerwca 2015 roku, będzie dwadzieścia lat. Dokładnie od piętnastego; pamiętam, bo przywieźli go w moje urodziny. Był cały poharatany, jakby brał udział w koszmarnej masakrze. Do dziś pamiętam ten widok. – Rupert mimowolnie podrapał się po bliźnie na skroni, pamiątce po wypadku drogowym z czasów młodości. Najwyraźniej mówienie o drastycznych szczegółach sprawiało Jagódce wyjątkową przyjemność, bo nie zamierzała na tym poprzestać. – Myśleli, że nie uratują jego prawego oka, bo ledwie wi…
– Szczurołap ostatni raz zaatakował na początku lipca 2015 roku, więc to nie może być on – przerwał Rupert sucho. – To nie on.

Rupert poczuł się jak odkrywca Wielkiej Stopy, tyle że po chwili jego epokowe odkrycie okazało się tandetną atrapą: małpą przefarbowaną na biało i wypchaną do granic wytrzymałości, puszczającą w szwach. Jak w ogóle mógł pomyśleć, że przebiegły zbrodniarz ot tak, po prostu przyzna się do winy? Gdzie jego dziennikarski nos i wieczne powątpiewanie? Gdzie? I ta ckliwa historyjka o LS. Jakim debilem trzeba być, by w ogóle dać temu wiarę?! Rupert Mercury bodajże pierwszy raz w swym czterdziestopięcioletnim życiu odczuł wszechogarniającą złość. I nie był zły na oszusta Freddiego, tylko na siebie, starego wygę, który dał się podejść jak panna na balu maturalnym. W obecnej sytuacji musiał pogodzić się z myślą, że plaga szczurów nigdy nie zostanie powstrzymana. Że te ścierwa zajmować będą kolejne miasta i szerzyć zarazę, i że on, Rupert jest zbyt słaby, by temu zaradzić.

Nienawiść, jaka czasami dopada człowieka, czyni zeń potwora gotowego do czynów okrutnych i budzących zgrozę. Jednak w przypadku dziennikarza nastąpiło coś zupełnie odwrotnego – stracił cały zapał. Siedem lat, poświęconych na poszukiwania Szczurołapa, uznał za stracony czas. W domu nie czekała na niego kobieta, do której tak bardzo potrzebował się teraz przytulić. A w lodówce leżała jedynie butelka whiskey. Pustka, która miała zapełnić się po odnalezieniu idola, okazała się bezgraniczną i niestety nie zawiodła go – w dalszym ciągu mógł na nią liczyć. Dlaczego życie nie wzięło wzoru z legendy? Dlaczego Szczurołap nie uwiódł wszystkich wstrętnych dewiantek i nie dokonał zbiorowego mordu? Gdyby Rupert wtedy, lata wstecz, był na jego miejscu, działalność rozszerzyłby i o mężczyzn. Nie tylko kobiety krzywdziły dzieci. Opisując sprawę Freda i Rosemary Westów, dotarł do wątków, w których głównymi podejrzanymi byli właśnie ojcowie. W sejfie do dziś przechowywał ich adresy i fotografie. Karty byłych partnerek otwierały wiele drzwi i systemów, ułatwiając myszkowanie po archiwach dostępnych jedynie służbie zdrowia i policji. Ale Rupert, choć dysponował czasem, pieniędzmi i sprytem, nie był gotowy, by kontynuować dzieło mistrza. Zbrodniarzem trzeba się urodzić, mawiał jego przyjaciel ze studenckich lat, inaczej twoje zbrodnie zawsze będą jedynie namiastką prawdziwego nieszczęścia. I Rupert zgadzał się z nim bezsprzecznie.

Następnego dnia obudził się dopiero w południe. Nieznośne miauczenie Monroe dziurawiło jego bębenki na wylot, ale dopiero kiedy kotka wbiła pazury w piętę, którą nieopatrznie wystawił spod kołdry, zdecydował się wstać. Po drodze do kuchni włączył telewizor. Na pasku na dole ekranu migotały czerwone napisy. Co znowu?, pomyślał ponuro i podreptał do kuchni. Musiał się napić. Kocica poszła jego śladem i choć lubił czasem wdychać zapach jej sierści, tym razem drażniła go okrutnie.
– Wracaj do swojej pani – burknął, ale zwierzę nie zrozumiało i w najlepsze łasiło się do jego nogi, tej z podrapaną piętą.

Ze szklanką w dłoni wrócił do salonu i zniknął w fotelu. Siadając, przyjął postawę embrionalną – wbił się mocno w oparcie, nogi przyciągnął pod brodę, a dłońmi chwycił kolana. Jedwabny szlafrok, którego wzór był identyczny jak ten z fotela, upodobnił Ruperta do kameleona. Gdyby nie blada twarz i świecąca miejscami łysiną głowa, można byłoby uznać, że w fotelu nikt nie siedzi. Jedyny ruchomy punk stanowiły oczy mężczyzny ślizgające się po dole ekranu. Rupert włączył dźwięk. Do redakcji dziennika „Na tropie” wczoraj wieczorem dostarczono przesyłkę zawierającą fotografie jedenastu z dwunastu ofiar przestępcy, któremu dwadzieścia lat temu nadano przydomek Szczurołap – relacjonowała blond włosa prezenterka „Wiadomości”. – Brakuje zdjęcia Lianne Smith, ostatniej zamordowanej przez Szczurołapa kobiety. Oprócz fotografii, wykonanych pośmiertnie już z tatuażami na twarzach (ze względu na zakaz używania wiadomego słowa, nie publikujemy tych materiałów), w paczce znajdował się także sprzęt do wykonywania tatuaży: maszynka, zasilacz, rury i dzioby oraz igły. Jednak najważniejszym tropem w tej sprawie jest dodatkowe, dwunaste zdjęcie, które przedstawia dwóch mężczyzn. Śledczy ustalili, że… Rupert wyłączył głośność. Na ekranie telewizora pulsowało zdjęcie zrobione w domu Lacey Spears. Kobieta leżała na wznak na łóżku swojego syna, z dłońmi wzdłuż ciała. Nie było śladów krwi, ponieważ zabił ją zastrzyk z mieszanki o dużym stężeniu trucizny, którą szprycowała dziecko. Po jednej stronie łóżka, tuż nad martwą Lacey pochylał się szczupły mężczyzna z płomienną, kręcącą się czupryną, kończący tatuować na czole martwej pierwszą literę słowa deratyzacja. Naprzeciwko niego stał drugi, w przebraniu klauna, z wymalowanym na twarzy wielkim uśmiechem. Unosił rękę w górę w sposób, jakby do kogoś machał. Rupert wyłączył telewizor. Monero wskoczyła mu na kolana i wpatrywała się w jego nachodzące krwią oczy. Rupert nerwowo przeczesał palcami resztki rudych włosów, które już dawno przestały układać się w loki. Jak kontramarka znaleziona przez przypadek w kieszeni spodni noszonych w młodości, jedno zdjęcie wystarczyło, by wszystko sobie przypomniał.

 

Reklamy