chemia
fot. klare82

1. Była

Ostatni raz przytrafiło jej się to cztery lata temu. Pamięta dokładnie, takich rzeczy nie zapomina się ot tak, nie gubią się w gąszczu wspomnień, są wyraziste i dokładne bez względu na wiek.
Pracowała w call centre jednego z banków, nienawidziła pracy, a paląca chęć by móc co godzinę odkleić się od słuchawek i monitora sprawiły, że zaczęła popalać. Mimo całej niechęci do nikotynowego nałogu. Czasami po prostu zjeżdżała z paczką papierosów na dół, po czym chowała się na tyłach budynku, gdzie nikt nie zaglądał i przez kilka minut gapiła przed siebie.
To był właśnie jeden z tych razy. Sam środek lata i upał niemiłosierny, bluzka po kilku minutach stania zaczęła lepić się do pleców a twarz błyszczała od potu. Zośka wbiegła do windy w ostatnim momencie, chłód panujący w lobby przyjemnie kontrastował z tropikiem na zewnątrz, podniosła wzrok i na widok wysokiego blondyna w zielonych trampkach doświadczyła owego bum, elektrycznych motyli od których natychmiast zmiękły jej nogi.
„Jak dobrze, że nie zapaliłam i mam w miarę świeży oddech” – pomyślała, a wtedy on na nią spojrzał i w windzie zrobiło się gorąco. Oboje natychmiast spuścili wzrok, kontynuując jazdę w krępujących milczeniach i z tym gęstym czymś co zawisło pomiędzy nimi. Zośka dostała wypieków i jeszcze bardziej się spociła, wysiadając na piątym piętrze kręciło jej się w głowie. Odwróciła się jeszcze, gdy winda ponownie ruszyła. Blondyn odprowadzał ją spojrzeniem.
Natura nieźle to w sumie wymyśliła, spotykasz kogoś i od razu wiesz, że z tym właśnie osobnikiem mielibyście wspaniałe potomstwo, dobre geny generujące tabuny biegających po jaskiniach dzieci i dziki, zwierzęcy seks dopóki ta cała chemia się nie zużyje. Gdyby scena w windzie była częścią filmu, Zośka pewnie zamiast stać potem w pustym korytarzu i gapić się na pusty szyb windy, całowałby się z nim dwa piętra wyżej by po chwili, przycisnąwszy przycisk stop, pieprzyć się na podłodze nie znając nawet jego imienia. Niestety życie Zośki nie było filmem, wróciła więc z rozognionymi myślami do swojego boksu i nie mogąc się skupić, próbowała pracować.
Nie spotkała go nigdy więcej. Zupełnie jak tamtego bruneta, który w autobusie linii dwadzieścia dwa dotknął przez przypadek jej dłoni wywołując serię elektrycznych mikro wstrząsów. Ani tego biznesmena, który usiadł koło niej w samolocie podczas pierwszej w życiu podróży służbowej i każdym nieopatrznym zetknięciem się kolanami wprawiał jej ciało w tą dziwną ekscytację, która w jaskiniowych okolicznościach doprowadziłaby zapewne do natychmiastowej kopulacji.
Właściwie w przeszłości zdarzało jej się to zdecydowanie częściej – chemiczne zbiegi okoliczności, gwałtowna reakcja organizmu na obecność samca, wymiana spojrzeń mówiąca wyraźnie – mam ochotę przelecieć cię tu i teraz, a potem niech się dzieje co chce. Jej dobrze wychowana natura, choć mile połechtana, nauczyła się te sygnały ignorować i poskramiać chuć.
Jeśli się nad tym zastanowić, Zośka czuła się wtedy bardziej szczęśliwa, była zadowolona ze swojego życia oraz mocniej nastawiona na prokreację. W czasach kiedy miewała partnerów życiowych i momenty niezobowiązujących flirtów, owe chemie w windach, autobusach czy w fitness klubach były nieodłączną częścią codzienności.

Teraz natomiast miała trzydzieści sześć lat, dużo lepsze stanowisko w eleganckim, trzypiętrowym biurowcu bez windy i łatkę staropanieństwa przyklejoną do czoła, tak się przynajmniej czuła, bo od dwóch lat nie uprawiała seksu. Rok temu zlikwidowała konto na Badoo, ostatnim bastionie cielesnych rozkoszy, po tym jak słowo singielka w połączeniu z wiekiem przyciągały już tylko żonatych oszustów i kompletnych psycholi.
Zapasy pojedynczych, normalnych mężczyzn najwyraźniej się wyczerpały.
Zofia skupiła się więc na życiu zawodowym. Z braku interesujących perspektyw to mu oddawała się bez reszty, odcięła się też od dzieciatych i sparowanych przyjaciół oraz załamującej nad nią ręce rodziny. Była pierwszym pracownikiem w biurze co rano i ostatnim późnym wieczorem, spędzała w towarzystwie pracy nawet niedziele, a to czego nie była w stanie dać życiowa partnerka, rekompensował ultranowoczesny wibrator.
Nie można powiedzieć, że była nieszczęśliwa. Choć do szczęścia było jej z dnia na dzień jakby coraz dalej. Awansowała, miała własny gabinet, służbowego Opla Insignię i wystarczająco dużo pieniędzy, by trwonić je w wolnych chwilach w centrach handlowych. Lubiła swój zespół pracowników i apartament na dwudziestym ósmym piętrze jedynego w mieście drapacza chmur, szaleństwo na które nagle było ją stać. Nosiła idealnie skrojone i eleganckie garsonki i szpilki, od których powiększały jej się haluksy i uchodziła w pracy za stylową sztywniarę.
Była tak skoncentrowana na celach zawodowych, że po pewnym czasie przestała zauważać mężczyzn i nawet nie przychodziło jej do głowy, by, od czasu do czasu, chcieć zastąpić czekający w domu erotyczny gadżet którymś z nich.

Aż tu nagle, po prawie dwóch latach przerwy, niespodzianka. Nie tylko przyszło jej to do głowy, ale w ogóle, do końca dnia nie chciało z niej wyjść. Za sprawą zupełnie niepozornego, łysiejącego bruneta, który zjawił się w biurze.
Po latach świetlnych postu, poczuła wstrząs na miarę trzęsienia ziemi w Los Angeles. Z wrażenia upuściła jedzoną w pośpiechu kanapkę, która oczywiście upadła masłem w dół. Kto by pomyślał, że tak na nią zadziała nowy członek załogi. Kiedy tylko wszedł do biura, ich spojrzenia zderzyły się tak, że iskry poszły, a Zośka nie mogła wyrzucić z głowy słowa członek.
Całe szczęście, że nowego przechwyciła od razu asystentka Monika i zaprowadziła do salki konferencyjnej. Inaczej Zośka na pewno spieprzyłaby kompletnie spotkanie biznesowe, a tak spieprzyła je tylko trochę. Fakt, że słyszała przez cienką ściankę pokoju ciepły głos nowego, wystarczył, by się dwukrotnie zaciąć i zgubić wątek przy potencjalnym kliencie. Po spotkaniu była tak wkurzona, że kazała przenieść komputer nowego na pierwsze piętro i tam urządzić mu stanowisko pracy. Uniesionym ze zdziwienia brwiom asystentki kazała przygotować aneks do umowy, w którym miała zawrzeć dodatkowe i pasujące do zespołu z pierwszego piętra obowiązki nowego.
Tego wieczoru wibrator Zofii zyskał ściśle określone wcielenie, a spełnianie erotycznych marzeń właścicielki przypłacił spadkiem formy i dwoma kompletami baterii. Zośka następnego dnia jeszcze mocniej rzuciła się w wir pracy, w ciągu kolejnego miesiąca pozyskała dla firmy dwóch nowych klientów, przestała odwiedzać pracowników na pierwszym piętrze, a nocami, z pomocą wibratora, realizowała wszystkie fantazje z nowym członkiem załogi w roli głównej, o których nie miała odwagi pomyśleć za dnia. I którego unikała na jawie jak ognia.

Trudno go jednak było zupełnie uniknąć. Było nie było, stanowił część jej zespołu, na dodatek zdolną i rokującą na przyszłość. Myśląc „rokującą na przyszłość”, Zośka usilnie starała się mieć na myśli tylko pracę. Cholernie było to jednak skomplikowane, bo za każdym razem kiedy nowy wypełniał przestrzeń jej open space’u, Zośka nie mogła opędzić się od pragnienia, by wypełnił i ją.
Nowy chętnie odwiedzał asystentkę Monikę, chodzili razem na kawę do kuchni, a Zośkę wtedy trafiał szlag. Nie mogła się skupić, jej myśli krążyły obsesyjnie wokół jego wąskich bioder, kształtnych pośladków i spojrzenia, którym hojnie obdarzał asystentkę.
Po miesiącu współpracy nowego z firmą Zofia zaprosiła go do siebie i zaleciła, by skupił się na pracy i przestał łazić po jej piętrze, bo psuje atmosferę w zespole. Mówiąc to nie była w stanie spojrzeć mu w oczy, zbyt była zafrapowana kępkami delikatnych włosków, które porastały piękne, męskie dłonie.
Ku własnej rozpaczy nowy zastosował się do jej prośby i przestał odwiedzać jej dział. Na krótką chwilę Zofia odetchnęła z ulgą.

– Pani Zofio! – Dogonił ją dziś na parkingu. Co też ją podkusiło by założyć nowe i najwyższe z posiadanych szpilki? Wystarczyły trzy susy jego długich nóg, podczas gdy ona drobiła przy nim jak kaczka. Udała, że go nie słyszy, skupiając się na pilocie swojego błyszczącego wozu. – Pani Zofio? – Już był przy niej i bawił się jej żołądkiem.
– Tak? – Przystanęła i podniosła wzrok. Łysiał i miał stanowczo za duży nos. Choć duży nos zwiastuje też duże… – Stop! – krzyknęła, a on odsunął się zaskoczony.
– Coś nie tak? – zmarszczył czoło.
Nie, on naprawdę nie był przystojny. Dlaczego jej hormony tak uparcie skłaniały się ku innej wersji?
– Stopy mnie bolą. – Pokazała na buty. – Muszę usiąść – Ruszyła odważnie przed siebie. – Przy biurku.
– Wszystko w porządku? – Tym razem nie dotrzymał jej kroku. Od ciepłego głosu dostawała gęsiej skórki.
– Tak, tak, po prostu przesadziłam z wysokością szpilki – machnęła ręką i wznowiła marsz. – Miłego dnia.
– Do zobaczenia o czternastej? –zapytał.
– Słucham? – odwróciła się.
– Na spotkaniu w sprawie nowego projektu. Myślałem, że mam na nim wystąpić z prezentacją? – brzmiał na poirytowanego.
– Aaaaa, to pan jest Robertem Przestalskim – udała zaskoczoną. – Przepraszam, ale wśród tylu nowych pracowników trudno spamiętać – Coś kazało jej poprawić niesforny kosmyk włosów.
– Tak to ja – Uśmiech miał niesamowity. – Właściwie nie mieliśmy okazji się sobie formalnie przedstawić! – Wyciągnął dłoń, a jej znowu zrobiło się gorąco.
– No tak – speszyła się.
– Nawet wtedy, gdy mnie pani strofowała, że zakłócam spokój na pani piętrze – dokończył. Zofia zawahała się, przyglądając wesołym oczom.
– Zofia Słońska. – Podała mu dłoń i poczuła się jak idiotka. Który szef przedstawia się podwładnemu po dwóch miesiącach współpracy?
Z tego wszystkiego zupełnie nie przewidziała, że to się stanie. Ich ręce się zetknęły i zaiskrzyło.
– Przepraszam – Robert czym prędzej się odsunął. – Ach, ta elektrostatyka – Zmrużył oczy tak, że zmiękły jej nogi.
– Nic nie szkodzi – odpowiedziała i ruszyła w stronę biura. – Do zobaczenia. Proszę się przygotować! – zawołała jeszcze.
– Nie śmiałbym przyjść nieprzygotowany. – Uśmiechnął się znowu. – Skoro już i tak jestem na cenzurowanym. – Wzruszył ramionami, a ona, wciąż drobiąc jak kaczka, pognała do biura.

Dziś w południe Zofia uwierzyła w opatrzność i w to, że ktoś tam na górze jednak nad nią czuwa. Siedziała jak na szpilkach nad plikiem ze szczegółami dotyczącymi projektu, głowiąc się jak w obecności Roberta zachować pełen profesjonalizm i nienaganną dykcję, kiedy do jej biura wparowała przerażona asystentka.
– Pani Zosiu! – Wyglądała tak, jakby właśnie się dowiedziała, że huragan zmiótł z powierzchni ziemi wszystkie ukochane galerie handlowe i do końca życia będzie zmuszona przychodzić do pracy w tym turkusowym żakieciku, który miała na sobie.
– Coś się stało? – Zofia zauważyła, że Monika z przejęcia obgryzła pomalowane na zielono paznokcie.
– Dałam ciała! – Dziewczyna opadła na krzesło po drugiej stronie biurka.
– Co się stało? – Nerwowy nastrój zaczął jej się udzielać.
– Chodzi o spotkanie o czternastej – Wyrzuciła asystentka, a Zofii natychmiast zrobiło się duszno i gorąco.
– Co z nim? – przełknęła ślinę.
– Ja wiem, że ono jest mega ważne, że ma być na nim cały dział, włącznie z zarządem…
– Na spotkaniu ma być zarząd? – Zofii zakręciło się w głowie. Wystarczyła jej perspektywa zrobienia z siebie błazna w obecności całego działu. Nie była psychicznie gotowa, aby wyjść na nieprofesjonalną przed wszystkimi świętymi firmy.
– No właśnie ma być, ale ja to wszystko odkręcę, ja przepraszam, ja zupełnie zapomniałam, na śmierć właściwie – Monika paplała, a Zofia gorączkowo zastanawiała się co zrobić, aby odsunąć od projektu Roberta i aby zabronić mu udziału z zebraniu. – Myślę, że to się da jeszcze odkręcić, właściwie to poprosiłam już Beatę, by panią dziś zastąpiła. Jak się pani pospieszy to jeszcze pani zdąży…
– Gdzie zdążę? – Zofia podniosła wzrok. – O czym ty mówisz?
– Próbuję pani właśnie wytłumaczyć, że dzisiejsze spotkanie u naszego najważniejszego klienta nakłada się na spotkanie firmie w sprawie projektu…
– Naprawdę? – Zofia poderwała się znad biurka i podbiegła do asystentki.
– Ja wiem, ja przepraszam, proszę mnie nie zwalniać! – Dziewczyna skuliła się w sobie. – Ja już to właściwie odkręciłam, zarząd wie, Beata jest gotowa poprowadzić spotkanie za panią…
– O której mam być u klienta? – Zofia poczuła jak olbrzymi głaz wytacza się z serca i roztrzaskuje w pobliżu nowych szpilek.
– Za półtorej godziny. – Monika miała coraz większe oczy.
– Doskonale! – Zofia przytuliła asystentkę. – Dopilnuj, aby wszystko było tu dopięte na ostatni guzik! – Złożyła na czole osłupiałej Moniki pocałunek, wzięła torebkę, przygotowane dla niej dokumenty i ku zdziwieniu wszystkich wybiegła z biura.
Była uratowana.

U klienta była na czas i w swoim żywiole. Z dala od łysiejącego Roberta, jego męskich dłoni i głosu, znowu była panią swojego losu. Potrafiła owinąć sobie wokół palca nawet największych maruderów i bez zająknięcia poprowadzić każde spotkanie, nawet takie jak to, na które wpadła nieprzygotowana w ostatniej chwili.
Była jak ryba w wodzie, królowa balu, najlepsza z najlepszych i widziała to w oczach zebranych wokół niej osób.
Kiedy późnym popołudniem, wracała ze spotkania zakorkowanymi ulicami miasta, czuła to, czego nigdy nie zapewnił jej żaden mężczyzna. Olbrzymią dumę, zadowolenie z siebie i ulgę. Pozytywne uczucia pozostawały nieskażone najmniejszą choćby wątpliwością. Rosła w siłę i pławiła się w samouwielbieniu, w jakie wprawić ją potrafiła tylko praca.
Na kolejnym zakorkowanym skrzyżowaniu nałożyła na usta kolejną warstwę pomadki, odnotowując, że ma błyszczące oczy, zaróżowione policzki i lekki uśmiech, który nie schodził jej z twarzy. W takich momentach czuła się piękną i wyjątkową kobietą.
Dźwięk komórki wyrwał ją z zadumy.
– Tak Monia? – Rzadko zwracała się do własnej asystentki tak poufale, ale dziś czuła, że dziewczyna ma swój udział w jej doskonałym samopoczuciu.
– Pani Zosiu, gratuluję, słyszałam, że ich pani oczarowała i przedłużyli umowę na kolejne dwa lata. – Głos asystentki kazał jej sądzić, że sama też miała dobre popołudnie.
– Dziękuję, widzę, że dobre wieści szybko się rozchodzą – uśmiechnęła się do siebie we wstecznym lusterku i wyobraziła jak prezes chwali ją w obecności całego działu.
– Dzwonię, żeby przekazać, że wszystkie szczegóły projektu dograne, Beata spisała się na medal, ruszamy w przyszłym miesiącu – powiedziała Monika jednym tchem.
– Bardzo się cieszę. – Niczego jej już dziś nie brakowało do pełni szczęścia.
– No i Robert wzbudził sensację – asystentka dodała po chwili wahania. – Sam zarząd zaniemówił.
– Kto? – Zofia omal nie wjechała w tył Forda Focusa tuż przed nią.
– Robert Przestalski. Nowy pracownik, którego kazała pani przenieść na pierwsze piętro – wytłumaczyła Monika. – Chyba nikt się tego po nim nie spodziewał. – W głosie asystentki Zofia usłyszała ekscytację.
– No proszę – Zofia wrzuciła pierwszy bieg i poczuła jak robi jej się gorąco.
– Niesamowity facet. – Teraz w głosie Moniki słychać było zachwyt.
– Rozumiem – ucięła jej wynurzenia. – Czy coś jeszcze?
– Właściwie nie. Dokumenty ze spotkania zostawiłam na pani biurku. W salce posprzątałam. My właśnie wychodzimy do domu. Miłego wieczoru.
– Miłego wieczoru – Zofia powtórzyła mechanicznie, odnotowując wyrazy „my” oraz „do domu”. W jej głowie już utrwalał się obraz Moniki i Roberta wychodzących za ręce po udanym spotkaniu. Czy to nie dlatego go wtedy zawołała na dywanik? Bo nie mogła znieść sposobu, w jaki patrzy na Monikę?
– Do jutra. – Monika się rozłączyła, a Zofia utknęła na kolejnym odcinku ulicy. Jej głowę zalewały kolejne wyobrażenia o Monice i Robercie. Robert odwożący Monikę do domu tym swoim zdezelowanym samochodem, z którego wysiadł rano na parkingu. Dłonie Roberta na kolanie asystentki, wędrujące wzdłuż jej uda. Monika zapraszająca Roberta do siebie.
Nagle cała magia popołudnia prysła, a wraz z nią plany Zofii, by należycie uczcić dobry dzień, z butelką dobrego wina i ulubionym serialem.
Na następnym skrzyżowaniu, Zofia zamiast w lewo, do domu, skręciła w prawo w kierunku firmy. Jeszcze dziś przejrzy dokumenty zostawione przez Monikę, nadrobi zaległości i dopnie szczegóły ustalone na spotkaniu z klientem. Kiedy wróci do domu koło północy będzie zbyt zmęczona na ciężkie myśli o swojej samotności i nieatrakcyjnym pracowniku, do którego odczuwała taką słabość. Harcującym pewnie teraz w innej części miasta z jej własną asystentką.

2. Jest

Zofię dziwi niezgaszone światło i beszta za to w myślach Monikę. Rusza w kierunku gabinetu, dźwięk jej obcasów wypełnia echem opustoszałe pomieszczenie biurowe. Mijając biurka zauważa, że w sali, w której odbyło się spotkanie w sprawie projektu, na poręczy jednego z krzeseł wisi marynarka. Zofia wchodzi do salki. Jest pusta.
– Myślałem, że jestem już sam. – Na dźwięk jego głosu podskakuje.
– Myślałam, że wyszedł pan z Moniką – powoli się odwraca.
Robert stoi przy toaletach, w białej, eleganckiej koszuli i spodniach nie pozostawiających wątpliwości co do tego, że jest właścicielem marynarki na krześle.
– Czemu z Moniką? – dziwi się.
– Nie wiem, może źle usłyszałam. – Patrzą na siebie i znowu to się dzieje. Pomieszczenie natychmiast wypełnia się gęstym i naelektryzowanym powietrzem. Niemożliwe, żeby on tego nie poczuł. Stoi jednak ciągle w bezruchu przed wyjściem do toalet.
– To ja pójdę do siebie – Zofia przemaszerowuje na miękkich nogach do swojego gabinetu. – Proszę nie gasić światła, wychodząc – prosi i barykaduje się za biurkiem.
Papiery zostawione przez Monikę leżą w równych rzędach na środku blatu. Zofia zaczyna je przeglądać zupełnie nie mogąc się skupić na treści.
– Chciałem jeszcze pogratulować. – Staje w drzwiach gabinetu, już w marynarce. – Dopiero po naszym spotkaniu powiedziano mi, że pojechała pani pilnie do klienta.
– Dziękuję. – Zofia wygładza dłońmi spódnicę i łapie go na tym, że się jej przygląda.
– Słyszałem, że żaden klient nie jest w stanie się oprzeć pani – urywa, widząc jak wkłada włosy za uszy – sile argumentów – kończy i się do niej uśmiecha.
– Jestem dobra w tym co robię – wzrusza ramionami.
Urok tego niepozornego mężczyzny zamyka się w jego głosie i uśmiechu. I dłoniach. Oraz zgrabnej, męskiej sylwetce.
– Zapewniam panią, że ja też. – Po raz drugi dziś słyszy w jego głosie irytację. Podnosi brwi. – To ja się będę już zbierał. Do widzenia. – Robert pokazuje ręką na salkę, a ona znowu nie może przestać podziwiać tej męskiej dłoni.
– Dobranoc – kiwa głową. – Proszę nie gasić świateł – prosi raz jeszcze. – Nie lubię pracować po ciemku.
Przez chwilę po prostu na siebie patrzą i Zośka jest zdolna do jednej tylko refleksji. Bardzo go pragnie. Od tego wszystkiego ma gęsią skórkę.
– Dobranoc – pociera ręce. Boi się, że jeśli natychmiast nie przestanie się jej przyglądać, straci nad sobą kontrolę. Spuszcza wzrok i włącza służbowego laptopa, wpatrując się intensywnie w ekran startowy Windowsa. Kiedy po chwili podnosi głowę, już go nie ma. Jednak wbrew jej prośbom, zgasił światło w salce i w pomieszczeniu open space. Większość biura tonie teraz w ciemności.
– Cholera jasna – wstaje zirytowana. Jej wciąż rozbudzone ciało trzęsie się. – Prosiłam, żeby nie gasił – syczy i stukając obcasami idzie w kierunku wyjścia, gdzie znajdują się włączniki wszystkich świateł.
Wchodzi po omacku do małego i oświetlonego korytarzyka, służącego jednocześnie za garderobę. Zamiera. Robert zdejmuje właśnie płaszcz z wieszaka.
– Prosiłam, żeby nie gasić światła! – Nie chce podnosić głosu, ale nagromadzony w środku nadmiar emocji bardzo stanowczo domaga się ujścia.
– O kurczę, przepraszam. – Wygląda na rozkojarzonego. – Myślałem, że to jest włącznik do salki – Pokazuje na jeden ze pstryczków. Dłonie mu drżą.
– Źle pan myśli. – Zofia jest na niego zła. Za to, że tak na nią działa, że ciągle tu stoi, że zaraz wyjdzie.
– Myślałem, że do open space’u jest ten. – Mężczyzna wciska najbardziej centralny z włączników i w przedsionku też nastaje ciemność. – O kurczę, jednak nie ten. – Znowu majstruje przy panelu, w wyniku czego gasną światła w całym biurze. – Ale to jest debilnie pomyślane! – denerwuje się.
Zofii kręci się w głowie. Po odjęciu zmysłu wzroku, ton jego głosu działa na nią jeszcze intensywniej, do tego wszystkiego czuje teraz jak pachnie, mieszanka perfum i potu upija ją i sieje zamęt w głowie. To jest to, chemia w czystej postaci. Lada chwila feromony i oksytocyna mogą przejąć nad nią władzę, Zośka robi więc krok w kierunku włączników i wyciąga dłoń. On decyduje się na dokładnie ten sam ruch w wyniku czego stoją teraz tuż przy sobie, a ich dłonie się dotykają. Znowu trzepie ją ten dziwny prąd. Przestaje się ruszać. Jego płaszcz jest miękki w dotyku, a czubek niedogolonej brody kłuje ją w czoło.
Zośka ze wstrzymanym oddechem czeka na dalszy rozwój wydarzeń. Czeka aż on się od niej odsunie, włączy światło, obróci wszystko w zgrabny żart, poprosi by nie siedziała za długo i wyjdzie, a ona będzie stała w tym przedsionku gapiąc się na drzwi i dodając kolejny moment głupiej chemii do kolekcji wspomnień. Równie dobrze może jednak teraz podnieść głowę i znaleźć swój policzek zaraz obok jego wąskich ust, poczuć jego oddech, przechylić głowę, pocałować go, przycisnąć do drzwi. Może zrobić dokładnie to, na co ma właśnie ochotę, dać się ponieść, zatracić, zapomnieć, ulec chwili.
Może?
Zofia podnosi głowę. Wzrok, który przyzwyczaił się już do ciemności, napotyka pełne wyczekiwania spojrzenie Roberta, teraz naprawdę wystarczy jeden drobniutki gest z jej strony…
– Ładne perfumy, Pani Zofio. – Robert robi jednak krok w tył i zapala światło, po czym mruży odzwyczajone od jasności oczy. – Do widzenia. – Coś w jego wzroku każe Zośce wierzyć, że nie uroiła sobie tylko minionej chwili, że on też to poczuł, że chciał tego samego.
Sposób w jaki na nią teraz patrzy jest samczy, władczy z domieszką czułości i czegoś jeszcze. Takie spojrzenie kobieta bardzo długo pamięta.
– Do widzenia. – Palą ją policzki, przykłada do nich dłonie.
A potem staje się dokładnie to, co przewidziała. Robert odwraca się i wychodzi, a jej pozostaje gapić się na te cholerne drzwi nie umiejąc ukryć smutku. Skąd w niej to rozczarowanie pomieszane z poczuciem odrzucenia? Przecież dokonała racjonalnego wyboru, dobrze się stało, jest rozsądną i opanowaną kobietą. Przygodny seks z podwładnym nie wróży nic dobrego.
W odbiciu szklanych drzwi wyjściowych Zofia widzi smutną i zawiedzioną brunetkę w nienagannie skrojonej garsonce i zbyt wysokich szpilkach, od których bolą ją podbicia stóp. Schyla się, zdejmuje buty i zaczyna płakać.
Kiedy się podnosi, widzi, że Robert stoi ponownie w wejściu.
– Jesteś dla mnie cholerną zagadką, wiesz? – Zamyka drzwi i podchodzi do niej tak blisko, że Zofia wciąga brzuch. Bez butów na obcasie sięga mu do klatki piersiowej. – Od prawie dwóch miesięcy usiłuję cię rozgryźć i zrozumieć. – Mówi do jej włosów. – Usiłuję zrozumieć ale – ujmuje delikatnie jej podbródek i unosi głowę tak, że musi mu spojrzeć w oczy – poddaję się – ściera jej z policzka łzę, a potem dotyka palcami jej ust. – Poddaję się – powtarza, nachyla się i ją całuje. Usta Zofii są jednak zbyt zdziwione, by zareagować, a może po prostu wyszły z wprawy. Mężczyzna po chwili odsuwa się i przygląda z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy.
Zofia stoi jakby była z marmuru, choć jej ciało reaguje przecież na każdy najmniejszy gest, na sposób w jaki na nią patrzy, bliskość, w jakiej się znajdują, zapach…
Zofia robi w końcu krok do przodu i się w niego wtula. Nie czuje ulgi.
Robert przez moment jakby się waha, po czym obejmując dłońmi za pośladki przyciąga ją jeszcze mocniej i ponownie zanurza język w jej ustach. Tym razem Zofia nie pozostaje mu dłużna. Wytaczają się z przedsionka do powierzchni biurowej i, obijając się o meble i sprzęty, lądują w kuchni, tej samej, w której Robert przesiadywał kiedyś na kawie z Moniką, wywołując w Zosi tak silne uczucie zazdrości.
– O co ci do cholery chodzi – szepcze jej do ucha, wyswobadzając ją z garsonki i bluzki.
– Nie wiem – śmieje się, rozbierając go z płaszcza, marynarki, koszuli.
Kiedy właściwie ostatnio się śmiała?
Pod wszystkimi tymi warstwami skrywa się smukłe i wysportowane ciało, na które jej własne ciało reaguje jak na żadne inne.
– Nie wiem – powtarza, skupiając się na dotyku jego pięknych dłoni. Dłoni, o których tyle razy marzyła, zaspokajając się erotyczną zabawką.
– Teraz już nieważne – zamyka jej usta wargami i sadza na blacie. Całuje coraz mocniej, łapczywiej, coraz bardziej niecierpliwie. Jego dłonie rozpinają stanik, zdzierają z niej rajstopy i majtki. Zofia obejmuje go mocno nogami.
To co dzieję się chwilę potem nie jest seksem czy uprawianiem miłości, ale czysto zwierzęcym pieprzeniem się. Zofia nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś równie intensywnego i wyzwalającego. Wzory chemiczne jakie wytwarzają z każdym ruchem bioder zdziwiłyby zapewne samego Mendelejewa. Z każdym westchnieniem, świat Zofii się kończy, by za chwilę zacząć się na nowo.
A potem nastaje ten niezręczny moment po, w którym oboje muszą się ubrać i przejść nad tym, co się właśnie stało do porządku dziennego.
– Mogę cię podwieźć do domu – proponuje Robert, zapinając pasek spodni.
– Nie trzeba, mam samochód na parkingu. Zresztą muszę tu jeszcze posiedzieć i dokończyć kilka spraw – Zofia walczy z guzikami bluzki.
– Na pewno? – Już ma na sobie marynarkę i płaszcz.
– Tak, tak, nie przejmuj się mną – macha ręką. – Idź już. – Jest pewna, że wszystko po niej widać, przejęcie i szok, że cały ten dziki zew ma wypisany czarnym atramentem na czole. Że zdradzają ją nie tylko potargane włosy.
Patrzy jak Robert się odwraca i wychodzi z kuchni.
– Od dwóch miesięcy próbuję. – Odzywa się jeszcze, stojąc już w drzwiach. – I za cholerę nie potrafię.
– Słucham? – Poprawia spódniczkę i zakłada żakiet.
– Nie potrafię się tobą nie przejmować. – Jest w nim jakaś bezradność i kapitulacja.
– Spróbuj – nie ma pojęcia czemu to mówi. Jest zażenowana i zbita z tropu.
Robert sili się na uśmiech i wychodzi, a ona zostaje sama. Zastanawia się czy tylko jej się wydawało czy w tym uśmiechu wyczytała smutek.

W nocy Zofia nie może zasnąć. Na myśl o pójściu do pracy i udawaniu, że nic się nie stało czuje się okropnie. Na myśl o urlopie na żądanie i niezobaczeniu go wcale czuje się jeszcze gorzej. Wczoraj wieczorem w pustym biurze wyszukała w bazie jego numer telefonu. Po cichu liczyła, że on zrobi to samo, że da znać, że pomoże jakoś rozwiązać patową sytuację.
Nie chce sobie wyobrażać jaką sensację wzbudziłaby w firmie informacja, że pani menadżer przespała się z nowym podwładnym. Na dodatek, jak głosiła plotka, z podwładnym niezbyt przez nią lubianym. Kiedy w końcu zasypia nad ranem snem ciężkim i równie męczącym co jawa, na dworze już świta.
Rano półprzytomna i z silnym postanowieniem, aby to mądrze i profesjonalnie rozegrać, ubiera spódniczkę podkreślającą pupę, za którą wczoraj tak stanowczo ją trzymał i starannie maskuje nieprzespaną noc makijażem. I choć wspomnienie wydarzeń poprzedniego wieczoru wciąż przyprawia ją o dreszcze, postanawia, że odbędzie z Robertem profesjonalną i rzeczową rozmowę i że oboje wymażą z pamięci to co się stało. Bez względu na ilość chemii jaka się podczas tego spotkania wytworzy.
Wbiega do biura nieco spóźniona, kilkoro pracowników patrzy z zaciekawieniem na zaróżowione policzki i nieobecny wyraz twarzy szefowej.
– Ślicznie pani dziś wygląda, pani Zosiu. – Asystentka przygląda jej się z uśmiechem. – Kawy?
– Na razie dziękuję. Pani Moniko, proszę zerknąć w mój kalendarz i umówić spotkanie z panem Robertem Przestalskim – wyrzuca z siebie, wertując dokumenty na biurku. Te same, które miała przejrzeć wczoraj, ale nie była w stanie się skupić.
– Ale – Monika wygląda na zbitą z tropu – nie jestem pewna czy dobrze rozumiem.
– Chcę się z nim spotkać w związku z nowym projektem – Zofia zaczyna się tłumaczyć. Czy to możliwe, żeby Monika już wiedziała?
– To pani nie wie? – Asystentka otwiera szerzej oczy.
– O czym? – Głowę Zofii wypełniają czarne scenariusze. W najczarniejszym z nich fotki zrobione wczoraj przez naocznego świadka zdarzenia, obiegły już całą firmę i dotarły do prezesa. – Nic nie wiem. – Robi jej się słabo.
– Przecież Robert złożył wypowiedzenie. – Monika wygląda na zaskoczoną.
– Jak to? – Zofia próbuje zebrać myśli. Ma wrażenie jakby to był jakiś mało śmieszny żart. – Kiedy?
– No wczoraj, na zebraniu – kontynuuje Monika. – Kiedy rozmawiałyśmy po południu, byłam pewna, że pani już wie. To miałam na myśli wspominając o poruszeniu jakie wywołał wśród zebranych.
– Rozumiem – mówi Zofia, choć nie rozumie prawie nic. – Wyjaśnił dlaczego? – Chyba nigdy nie czuła większego rozczarowania.
– Twierdził, że znalazł dla siebie korzystniejszą opcję. Prezes przychylił się do jego prośby i zgodził się na porozumienie stron bez okresu wypowiedzenia.
Monika mówi coś dalej, ale Zofia nie może już się skupić. Próbuje poskładać wszystkie elementy układanki w jedną całość, ale rozsypują się przy każdej kolejnej próbie.
Kilka godzin później, kiedy przedziera się przez zaległe maile, znajduje upragnione wyjaśnienie.

„Pani Zofio,

Przez prawie dwa miesiące mojej pracy w Pani dziale próbowałem zrozumieć czym sobie zasłużyłem na chłód i lekceważące traktowanie z Pani strony. Podejmowałem też wiele, bezskutecznych prób by to zmienić. Nie mam na myśli tylko tego, że już pierwszego dnia pracy, jako jedyny pracownik działu zostałem posadzony na innym piętrze, a moja późniejsza obecność w pani zespole poskutkowała zarzutem, że „psuję atmosferę w dziale”. Nie mam też na myśli tego, że każda moja próba kontaktu z Panią, umówienia się na rozmowę i wyjaśnienia sytuacji napotykała na niezrozumiały dla mnie upór, niechęć i przeszkody nie do przebycia. Nie wierzę, żeby w pani grafiku w ciągu ostatnich kilku tygodni nie znalazła się chociaż pięciominutowa luka na rozmowę z nowym pracownikiem.
Dzisiejsze wystąpienie w sprawie projektu traktowałem jako ostatnią szansę w firmie – szansę na pokazanie Pani, że tkwi we mnie potencjał, którego pani, z niezrozumiałych dla mnie względów, nie chce docenić.
Niestety zrobiła Pani wszystko, by również to mi uniemożliwić, odsuwając mnie od projektu w ostatniej chwili.
Powyższe czynniki oraz fakt, że w ostatnich dniach udało mi się znaleźć dla siebie bardziej satysfakcjonującą opcję zawodową, abstrahując już zupełnie od tego, że mi się pani diabelsko podoba, poskutkowały złożeniem przeze mnie w dniu dzisiejszym wypowiedzenia.

Z poważaniem.
Robert Przestalski”

Zofia czyta wiadomość cztery razy, za każdym potykając się o słowa „diabelsko mi się Pani podoba” i za każdym razem od nowa odpływa z niej krew. Wiadomość została wysłana wczoraj o 17:45 czyli kilkanaście minut przed tym zanim dotarła do biura i go spotkała. Zanim się to wszystko stało.
Wybiera numer jego służbowej komórki. Nie odpowiada. Od zdziwionej jej nagłym zainteresowaniem Robertem Moniki wyciąga informacje, że rozliczył się już ze służbowego laptopa i telefonu. Udaje się jej też wyprosić u Moniki jego prywatnego maila.
Zofia cały dzień nie może się skupić, cały dzień liczy też na to, że może Robert jednak zmieni zdanie, że po tym co się wczoraj wydarzyło zrozumie jej pobudki i odezwie się do niej lub do któregoś z kolegów z pracy.
Nic takiego się nie dzieje.
Po powrocie do domu późnym wieczorem, patrząc na panoramiczny widok rozciągający się za oknem drogiego apartamentu, Zofia pisze do Roberta formalnego maila z przeprosinami i wyrażając nadzieję, że się do niej odezwie.
Kasuje przed wysłaniem.

3. Będzie?

Wiele lat później, kiedy Zofia będzie już dyrektor zarządzającą firmy, posiadaczką siwych włosów zamaskowanych kasztanową farbą, trzech kotów i kolekcji erotycznych gadżetów, której nie powstydziłby się niejeden sex shop, znowu jej się to przytrafi. Zapamięta to bardzo dokładnie, bo takich rzeczy nie zapomina się ot tak, nie gubią się w gąszczu innych wspomnień. Są wyraziste i dokładne bez względu na swój wiek.
Na dworze będzie siarczysty mróz, a ona rozmasowując przemarznięte dłonie, wejdzie do ciepłej restauracji i odda płaszcz kelnerowi. Będzie miała na sobie nową sukienkę, kupioną specjalnie na dzisiejszą randkę z dawnym przyjacielem. Przed wejściem na salę poszminkuje usta i skonstatuje z zadowoleniem, że współczesna medycyna estetyczna jest w stanie zatrzymać czas. Pozwoli się kelnerowi poprowadzić przez salę wzdłuż obleganych stolików z równie jak ona elegancką klientelą. Ktoś pomacha do niej z końca sali, natychmiast rozpozna dzisiejszego partnera, przyspieszy więc kroku i wtedy właśnie zderzy się z jakimś mężczyzną.
– Przepraszam – powie, a kiedy ich spojrzenia się spotkają, zabłyśnie w nich na moment to samo zaskoczenie. I coś jeszcze. Sposób, w jaki jej ciało zareaguje na niespodziewany kontakt, nie pozostawi wątpliwości co do tego z kim mogłaby tej nocy mieć bardzo udany seks.
– Nic nie szkodzi. – Mężczyzna uśmiechnie się do niej i wtedy dopiero do niej dotrze, że ten uśmiech przypłaciła wiele lat temu pokaźną ilością nieprzespanych nocy i obwiniania się za to, co się stało.
– Robert. – Jakaś blondynka, dużo od niej młodsza, pociągnie go wtedy za rękaw, ale on wciąż będzie tak stał, zaskoczony w równym stopniu co ona, patrząc na nią tak, jak tamtego wieczoru. – Bo się spóźnimy. – Ponagli kobieta, obdarzając Zofię mało przyjaznym spojrzeniem.
Wtedy Zofia minie Roberta bez słowa, przez cały czas czując na sobie jego wzrok i skieruje się do swojego stolika. Podejdzie do przyjaciela i pocałuje go w policzek. Spoglądając chwilę później w kierunku, w którym zderzyła się z Robertem, zobaczy pusty stolik i krzątającego się przy nim kelnera. Cały wieczór będzie zła, rozkojarzona i wymówi się po kolacji bólem głowy. Po powrocie do domu sprawdzi czy wciąż ma jeszcze jego maila.

Reklamy