glowa_ok_06b
rys. Mariusz Słoniewicz

Chciałbym, żebyś mnie napisała. – Tak dokładnie powiedział. Nie: opisz mnie. Nie: opisz to, co było między nami, czy coś równie banalnego. Powiedział:
– Chciałbym, żebyś mnie napisała. – Gdy tylko to usłyszałam, dotknął dłonią mojego policzka i trwał tak, wpatrując się we mnie, jakby upewniając, że nic mi nie jest, a ja jestem prawdziwa. Patrzył intensywnie i czekał na znak z mojej strony. Tak myślę. Na cokolwiek. Podniosłam więc i ja swoją dłoń i przykryłam nią jego ciepłe palce. Czułam korzenny zapach jego skóry zmieszany z moim cytrynowym, po kremie do rąk. Wpatrywaliśmy się w siebie. To było w galerii handlowej. Wokoło głośno, za głośno, za szybko, za dużo. Spotkaliśmy się w tłumie szemrzącej masy mniej więcej dwa lata po końcu czegoś, co nie powinno się wydarzyć. Zapewne gdybyśmy nie spotkali się w tej galerii, gotowa byłam uwierzyć, że tak jest w istocie. Że nic się nie wydarzyło. Ale się spotkaliśmy. Postarzał się. Nie było w nim już tej samej iskry co kiedyś. Złagodniał i nie wiem, czy teraz rzuciłabym się na niego z równą zachłannością, z tym dławiącym zachwytem i bólem w trzewiach. Jego szare oczy nie wyrażały nic, poza, właściwie nie wiem, co to było. Troska? Tęsknota? A może niedowierzanie? W końcu trzeba było przerwać tę chwilę, więc opuściłam dłoń, on swoją także. Rozejrzałam się spłoszona, czy przypadkiem mąż nie widział tej sceny. Z ulgą stwierdziłam, że nie ma go w pobliżu. Do świadomości powrócił gwar panujący wokoło.
– Postaram się. Do widzenia – powiedziałam i odwróciłam się szybko, nie patrząc już w kierunku Jana.
– Trzymaj się, młoda – usłyszałam i nie mogłam się nie uśmiechnąć.
Wtopiłam się w tłum kolorowej masy ludzi.

Pisać zaczęłam dlatego, że nie umiem malować. To nie znaczy, że umiem pisać, ale ta forma ekspresji była zdecydowanie łatwiejsza. Mogłam jeszcze fotografować, ale w końcu ktoś, oglądając moje zdjęcia, powiedział, żebym dała sobie spokój. Dałam. Zostało pisanie. Pomyślałam, że słowami też można namalować obrazy.

Proste imię – Jan – idealnie do niego pasowało. Był dumny i wyniosły jak, w moim odczuciu, Jan powinien być. I bardzo, bardzo irytujący. I mój. Przez chwilę. Przez jedno oka mgnienie. Był pragnieniem, obsesją, szaleństwem. Najczulszym snem, najgorszym koszmarem. Niespełnieniem i spełnieniem jednocześnie.

Nie spotkaliśmy się przypadkiem, nie przez zbieg okoliczności. Każde z nas czegoś szukało. Oderwania od rzeczywistości. Dzisiaj takiego oderwania szuka się na portalach randkowych. Nikt nie ma czasu biegać po mieście i szukać motyli w brzuchu i mrówek na plecach. Wystarczy zalogować się, gdy mąż czy żona pójdą spać, i szukać wrażeń. Nie liczy się, czy masz lat dwadzieścia, trzydzieści, czy pięćdziesiąt. Wszyscy chcą tego samego. Poczuć jeszcze raz dreszcz pierwszego spotkania, pierwszego dotknięcia i pierwszego pocałunku. Bo każdy następny nie smakuje już tak, jak ten pierwszy, gdy drżą kolana, a radość trzepocze w podbrzuszu. Jan miał żonę i dorosłe dzieci, a ja męża i psa. Oboje szukaliśmy wrażeń i znaleźliśmy siebie. Właściwie to ja go znalazłam. Nie miało dla mnie znaczenia, że jest ponad dwadzieścia lat starszy, tylko ten jego lapidarny opis:

Stan cywilny – żonaty
Dzieci – mam
Chcę dzieci – nie
Stosunek do małżeństwa – nie chcę
Czego szukam – kobiet, przygody
O mnie – napisz do mnie

Nie mogłam, zwyczajnie nie umiałam, nie napisać. Odpisał następnego dnia na maila. O siódmej piętnaście na ekranie telefonu wyświetliło mi się: Pozdrawiam Cię radośnie z Gdańska, a Ty skąd mnie pozdrawiasz? I znów czegoś nie mogłam. Tym razem nie mogłam się nie uśmiechnąć. Pisaliśmy tak tydzień, drugi, aż w końcu…

Akt pierwszy. Spotkanie pierwsze.

Stałam w czarnej bieliźnie przed wielką białą szafą i wyrzucałam z niej kolejne rzeczy. Na stosie leżały już: czarna krótka spódnica, długa szara spódnica w czerwone kwiaty, kilka bluzek w różnych kolorach, sweterki, marynarka i różnokolorowe szale. Całości dopełniały czarne pończochy. Spojrzałam na ubrania piętrzące się na małżeńskim łóżku. To musi być coś niezobowiązującego, pomyślałam. Z szuflady wygrzebałam czarne rajstopy, z półki zdjęłam dżinsową spódnicę przed kolano i czarny luźny sweterek. Zanim włożyłam je na siebie, spojrzałam na paznokcie u stóp. Skrzyły się na nich resztki czerwonego lakieru. Szybko się ubrałam i przejrzałam w dużym lustrze wiszącym na ścianie. To było to. Resztę ciuchów upchnęłam niedbale w szafie. Jeszcze tylko mgiełka zapachu na szyję, na nadgarstki i już. Komórka wydała dźwięk oznaczający nadejście wiadomości mailowej. Serce zabiło mi mocniej. Poprawiłam włosy. Przyjechać gdzieś po Ciebie? Zamknęłam szafę i wyszłam z sypialni, unikając wzrokiem powieszonej na krześle bluzy męża. W tym momencie nie chciałam o nim myśleć. Na ekranie dotykowego telefonu wystukałam: Dziękuję, dojadę, jestem mobilna. Tylko napisz, gdzie mam być. A może wymienimy się numerami telefonów.

Szłam szybko, co chwila zerkając na zegarek w komórce. Byłam spóźniona. Przyspieszyłam jeszcze kroku, pantofle stukały, a w głowie kołatała nieznośna myśl, że powinnam się zatrzymać i zawrócić. Nie zrobiłam tego, zatrzymałam się dopiero na moście, gdzie się umówiliśmy. Od razu go poznałam. Wymieniliśmy się wcześniej niejednym zdjęciem. Stał nieruchomo, odwrócony plecami. Wysoki, lecz lekko przygarbiony. Był ubrany w dżinsy i czarną zimową kurtkę. Nie miał czapki ani rękawiczek. Choć był dopiero luty, zima rozpieszczała swoją aurą. Słońce odbijało się w rzece, dając nadzieję na szybkie przyjście wiosny. Woda przyjemnie szemrała. Jego włosy były wciąż, mimo wieku, ciemne, choć lekko przyprószone siwizną. Był jeszcze czas, żeby zawrócić. Nie zdążyłam. Jan odwrócił się i mogłam spojrzeć wprost w jego szare oczy. Dostrzegłam w nich błysk. Wyprostował się dumnie i wypiął pierś. Zniknął gdzieś zagubiony mężczyzna, którym przed chwilą się wydawał. Staliśmy kilka metrów od siebie i żadne z nas się nie poruszyło. Patrzyliśmy, taksując się wzrokiem. Skuliłam się w sobie pod jego badawczym spojrzeniem, a jednocześnie poczułam radość, że dzięki niemu tak właśnie mogłam się poczuć. Mała, bezbronna dziewczynka. To było przyjemne. W końcu Jan oderwał się niedbale od barierki, o którą się opierał, i podszedł. Nic nie mówił. By zamaskować zmieszanie, wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Szybko uścisnęliśmy sobie ręce.
– To co robimy, młoda? – W końcu się odezwał. Nie zdziwił mnie tym stwierdzeniem, bo już nieraz pisał do mnie w tym tonie. Lubiłam to. Wszelkie ochy i achy powodowały u mnie mdłości. Potrzebowałam wrażeń zupełnie innego rodzaju. Taka natura.
– Nie wiem – zająknęłam się – może spacer?
– Chyba do lasu na lodzika. – Jan stał i patrzył na mnie, nie wykonując żadnego ruchu. Właśnie jego bezczelność tak mnie kręciła. Był inny niż wszyscy. Nie sikał po nogach, tylko dlatego że jakaś młoda laska chciała się z nim spotkać. Niegrzeczni mężczyźni – to było wyzwanie.
– Na lody to jest za zimno, psze pana. Poza tym lody je się w lodziarni – wybrnęłam prawie błyskotliwie.
– W takim razie idziemy do lodziarni, bo ja mam ochotę na loda, psze pani. – Podjął grę i ruszył przed siebie, nie oglądając się na mnie. Szybko poszłam za nim, stukając obcasami.

W lodziarni było pusto. Pachniało cynamonem. Z głośników dudniła jakaś niepasująca do tego miejsca muzyka. Skrzywiłam się. Jan nie zwrócił na to uwagi, skierował się do małego stolika w głębi pomieszczenia. Zdjęłam kurtkę i odwiesiłam na wieszak, on zrobił to samo ze swoją. Znów mi się przyglądał w milczeniu. Speszyłam się. Usiadłam więc i odłożyłam czarną skórzaną torebkę na drugie krzesło. Splotłam ręce tylko po to, by zaraz oderwać je od siebie i położyć na stole. Zabębniłam nerwowo paznokciami o blat. W końcu spojrzałam na niego.
– Co teraz? – przerwałam nieznośną ciszę panującą między nami. Nawet muzyka nie mogła jej zagłuszyć.
– A na co masz ochotę? – Jan nadal stał.
– Może być herbata z cytryną i lody waniliowe. – Kręciłam się na krześle, wciąż bębniąc o stolik umalowanymi na beżowo paznokciami.
– Ok, idę zamówić. Poczekaj – rzucił i odszedł.
– Nie ucieknę – szepnęłam i spróbowałam uspokoić palce oraz rzeczywiście nie uciec.
– Ile właściwie masz lat? – Jan oblizywał łyżeczkę upaćkaną w lodach czekoladowych, świdrując mnie przy tym wzrokiem.
– Dwadzieścia dziewięć. – Spuściłam oczy i zapatrzyłam się w swoje powoli rozpuszczające się lody.
– Świetnie, jesteś ponad dwadzieścia lat ode mnie młodsza. – Zaśmiał się głośno.
– Tak wychodzi. – Wciąż siedziałam ze spuszczoną głową, bojąc się podnieść wzrok i zobaczyć jego drwiące spojrzenie, którym zapewne mnie obdarzał.
– To może mi odpowiesz, po co napisałaś na portalu randkowym do takiego dziadka jak ja
– Nawet jakbyś się postarał, to nie mógłbyś być moim dziadkiem. – Zmusiłam się, by podnieść wzrok i spojrzeć na zupełnie niewyrażające nic oblicze rozmówcy. Słowa, które wypowiedziałam, były pewne i mocne, choć w środku cała dygotałam. W moim ciele rozszalał się huragan i przybierał na sile.
– Co nie zmienia faktu, że bardziej by do ciebie pasował mój syn. Ma dwadzieścia pięć lat. Cielęcinka – znów się zaśmiał i nachylił nieco nad stolikiem. Dystans między nami niebezpiecznie się zmniejszył. Wyciągnęłam rękę, by zupełnie bez sensu, jak szalona, dotknąć zmarszczek na jego twarzy, ale cofnęłam ją szybko i schowałam między nogami. Zamknęłam dłoń w uścisku ud, by nie mogła się wyrwać. Jan podniósł brwi, ale nie skomentował.
– Jesteś ordynarny – odpowiedziałam mu w końcu. Wkurzył mnie. Nie chciałam innego. Moja dłoń już wybrała. Cała byłam ziejącą dziurą, pragnieniem nieuświadomionym, niezaspokojonym. Tak szybko, za szybko.
– Tak, do tego bezczelny, cyniczny, ironiczny i snobistyczny jak zdążyłaś mnie już kilkakrotnie nazwać podczas korespondencji, młoda damo. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Więc wytłumacz, proszę, czemu.
– Do tego wszystkiego masz jeszcze poczucie humoru. – Odparłam, wpatrując się z zaciekawieniem w jego twarz. Zmarszczki dość mocno się już na niej rozgościły. Poprawiłam swoje blond włosy, zgarnęłam je z czoła, dotykając skóry opuszkami. Nie znalazłam szpecących bruzd. Nie miało prawa ich tam być. Może za rok, dwa, ale jeszcze nie teraz.
– Tego nie mogłaś wiedzieć, kiedy pisałaś pierwszy raz – zauważył przytomnie.
– Kiedyś, będąc w pewnej firmie – zaczęłam opowiadać. Wyciągnęłam ręce spod stolika, by nie czuć się jak uczennica i położyłam je na stole, przyglądając się, czy wewnętrzne drżenie nie wyszło na zewnątrz i nie zdradza mojego nieoczekiwanego stanu. Nie zdradzało, więc opisywałam sytuację dalej – stałam na korytarzu i czekałam na koleżankę. Długo nie wychodziła. Chodziłam tak w tę i z powrotem. Na ścianie był czerwony przycisk. Powinien być za szybką, ale tej nie było. Nad przyciskiem było napisane: Przyciśnij tutaj. Nie mogłam się powstrzymać. Włączyłam alarm przeciwpożarowy.
– I? – Jan patrzył poważnie.
– I nic, musiałam się z tego tłumaczyć. Na szczęście nie było żadnych konsekwencji. Natomiast ostatnio, kiedy byłam w saunie, to na ścianie też był przycisk. Byłam ciekawa, co to. Okazało się, że dzwonek, który wzywa ratownika.
– Jak to się ma do mojego pytania? – Jan skrzywił się i pochylił do przodu. Pucharek ze zjedzonymi lodami odsunął na bok. Wpatrywał się we mnie intensywnie, zbyt intensywnie. Pionowa bruzda między jego brwiami powiększyła się. Odsunęłam się instynktownie. Bałam się. Nie jego. Siebie się bałam.
– A ty na swoim profilu miałeś napisane: Napisz do mnie – dokończyłam i ponownie spuściłam wzrok na palce, które splotły się ze sobą bezwiednie.
– No tak, nie mogłaś się powstrzymać. – Uśmiech wypełzł na jego twarz. Jan rozparł się wygodnie na krześle. – I co teraz? – zapytał.
– A co byś chciał? – Kręciłam się strasznie, poprawiałam spódnicę, sweterek, włosy. Wszystko, żeby tylko czymś zająć ręce, które rwały się do tego przedziwnego mężczyzny. Wszystko, by nie uciec. By nie uciec przed nim, a może przed sobą.
– Mnie pytasz? Pięćdziesięciolatka? Wezmę wszystko, co dasz. – Śmiał się głośno.
Milczałam upokorzona. W tamtym momencie byłam gotowa się rozpłakać. – Żartuję – dodał szybko, bo chyba zauważył mój stan. – Chodźmy. Odprowadzę cię do samochodu.
Nie chciałam odjeżdżać, chciałam zostać na zawsze. Już, teraz, natychmiast. Nie było teraz, nie było już. Nie było pośpiechu. Nie z jego strony. Ja wrzałam.
– To trzymaj się, młoda damo. – W końcu jeden gest. Nie mogłam uwierzyć, wpatrzona w jego dłoń szybującą w kierunku moich włosów. Założył mi je za ucho, a ja byłam gotowa paść przed nim na kolana i dziękować za tę małą szczodrość. Słońce świeciło w oczy i raptem zaczęło być irytujące. Przeszkadzało. Wdarło się między nas. Choć przecież nie było żadnych nas. Był on Jan i ja.
– A czy mogłabym cię jeszcze powąchać? – Desperacko czepiłam się tej myśli, by zanurzyć nos w zagłębieniu jego szyi i oddalić moment rozstania.
– Co zrobić? – Jan zmarszczył czoło.
– Chciałabym wiedzieć jak pachniesz.
– Jesteś doprawdy perwersyjna. Wąchaj. – Pozwolił. Podeszłam do niego, stanęłam na palcach i zrobiłam to, co przed sekundą przeżywałam w myślach. Pochylił się nieco by mi to ułatwić. Nagle stałam się narkomanką. Ja, która nigdy nawet nie paliłam, a alkohol sporadycznie pulsował w moich żyłach, piłam tylko wino w niedużych ilościach. Teraz chciałam kawałek jego, choćby ochłapy, które mi rzuci. W końcu musiałam się odsunąć. Pachniał odurzająco. Korzennie, męsko, samczo.
– Zadowolona? – zapytał z tym swoim kpiącym uśmiechem.
– Bardzo – odparłam.
– To wskakuj do fury i do domu.
– Do widzenia. – Tylko tyle, nic więcej, tylko tyle udało mi się wydukać, gdy już siedziałam za kierownicą samochodu.
– Tak, tak, jedź ostrożnie. – Odpowiedział i odszedł.
Patrzyłam. Nie odwrócił się.

 Trzy dni później.

Nie odzywasz się. To nie fair. Przyzwyczaiłam się, że jesteś. Mąż w pokoju obok, a ja szalałam po kuchni. By zająć czymś myśli, by zająć ręce. Długie nitki makaronu wylądowały we wrzącej wodzie. Otworzyłam puszkę, pomidory wylądowały na moich palcach, sok rozlał się po szafce. Jeszcze zioła – bazylia, tymianek. Wszystko pachniało intensywnie. Jeszcze ser parmezan, sypki i  delikatny. Mąż ma obiad. Ja czyszczę sumienie. Szoruję dłonie, zmywając czerwień, która już wniknęła w delikatną skórę. Podskoczyłam na dźwięk nadejścia wiadomości. Tej oczekiwanej, a jednocześnie niespodziewanej. Rozchlapałam wodę. Czy my się na coś umawialiśmy? Odłożyłam ścierkę. Dobiegł mnie zatroskany głos męża.
– Kochanie, ty palisz? – Stał w drzwiach.
– Wiesz, że czasem lubię.
– Coś się stało?
– Czy musi się coś stać, żebym miała ochotę na papierosa?

 Akt drugi. Spotkanie trzynaste.

Jego dom na wsi. Weszłam zasmarkana, zachrypnięta i zupełnie nieidealna. Na sobie miałam dżinsy, adidasy i bluzę z kapturem. Spojrzał, podniósł brew i gestem ręki zaprosił mnie do salonu. Usiadłam w fotelu, zapadłam się w nim i przymknęłam oczy. Moja głowa pulsowała. Słyszałam, jak Jan siada na fotelu obok.
– Co ci się stało? – usłyszałam, więc zmusiłam się do spojrzenia na niego. Patrzył zaintrygowany. Musiał się przyzwyczaić, że jestem zawsze wyfiokowana, w spódniczce lub sukieneczce, w pończochach, butach na obcasach, gotowa rzucić się mu do stóp. W tamtym momencie byłam gotowa jedynie zasnąć. Ale nie chciałam być nigdzie indziej.
– Mam okres, boli mnie brzuch, do tego się przeziębiłam. – Pociągnęłam nosem.
– To czemu przyszłaś? Nie nadajesz się nawet, żeby zrobić loda – Zaśmiał się i dotknął dłonią mojego czoła. – Udusiłabyś się.
– Jak zwykle jesteś ordynarny – odparłam i podwinęłam nogi pod siebie.
Wstał, wziął koc leżący na kanapie i mnie okrył.
– Oczywiście, młoda damo. – Podszedł do kominka i wrzucił do niego drewno. Za chwilę zrobiło się cieplej. – Chyba musisz to lubić, bo jednak przyszłaś. – Wrócił na fotel obok. – Przyszłaś i to w takim stanie. Powinnaś iść do lekarza i do łóżka.
– Przyszłam, bo nasz związek to nie tylko seks. – Uśmiechnęłam się. Pewnie wyszedł z tego grymas.
– Nie? A co jeszcze? Poza tym nie jesteśmy w żadnym związku. – W kącikach jego ust błądził arogancki uśmiech. Rozparł się wygodnie.
– Więc uznajmy, że jesteśmy w niezwiązku. Tak to nazwijmy. – Pociągnęłam nosem.
– Niezwiązek? Niech będzie. – Wyjął z kieszeni chusteczkę i podał mi ją. – Za to cię lubię. Za te twoje dziwaczne pomysły.
– No i sam widzisz, lubisz mnie, a to już dużo. Ba, to nawet bardzo dużo. Nasz niezwiązek to właśnie przeciwieństwo związku. Dajemy sobie wszystko, co najlepsze: namiętność, akceptację, trochę miłych słówek, rozmowę. Ja nie wściekam się na ciebie za niewyniesione śmieci czy niewstawiony do zmywarki talerzyk, a ty nie widzisz mnie z maseczką na twarzy i w złym humorze. I nigdy się nie znienawidzimy.
– Nie? A teraz jaki masz humor?
– Teraz jestem szczęśliwa, że jesteś obok. Może nie wyglądam dziś idealnie, ale jakoś będziesz musiał to wytrzymać. Ten jeden raz. Przynajmniej będziesz miał pewność, że następnym razem bardziej się postaram.
– Daj mi to na piśmie. – Uśmiechnął się, a ja wiedziałam, że mimo tego, że starał się to ukryć, cieszy się z mojej obecności.
– Nic ci nie dam. – Skrzywiłam się. Skurcz brzucha uderzył z niespotykaną siłą. Jan przestał się cieszyć, podszedł do mnie i pogłaskał po głowie.
– Dasz i to niejedno. – Głaskał mnie delikatnie i drapał za uchem jak psa. Wyciągałam głowę do jego rąk, bo ten dotyk na chwilę łagodził ból. W końcu oderwał się ode mnie i wyszedł bez słowa. Słyszałam, jak przeklina. Trzasnęły drzwi łazienki. Popadłam w odrętwienie, znów zamknęłam oczy i chłonęłam ciepło płynące z kominka. Wrócił po chwili, nie wiem, ile czasu upłynęło. Stanął przede mną.
– Chodź. – Wyciągnął rękę w moim kierunku i czekał.
– Ale boli. – Odruchowo przykryłam się bardziej kocem.
– Wiem, chodź – powtórzył tym swoim niezłomnym, nieznoszącym sprzeciwu  głosem.
– Ale… – zaczęłam i przerwałam, bo stał z nieustępliwą miną i czekał. Pomyślałam, że przecież muszę mu ufać, a on chyba wie, co robi. Nigdy mnie nie skrzywdził, pomimo swojej pozornej szorstkości. Odrzuciłam koc i podniosłam się z fotela. Złapałam go za rękę. Skórę miał ciepłą, wilgotną. Ścisnął mnie mocno jakby w geście pokrzepienia. Poszłam ufnie.

W łazience było przyjemnie i ciepło. Woda wypełniała już wannę prawie do połowy. Pachniało płynem, który do niej wlał. Z boku pracowała farelka, dmuchając ciepłym powietrzem.
– Podnieś ręce.
Najpierw delikatnie zdjął ze mnie bluzę. Pod spodem miałam zwykłą białą podkoszulkę. Dotknął moich piersi, które od razu zareagowały. Zamruczałam, ale oderwał ręce i przeniósł je na mój brzuch. Zaczął go delikatnie gładzić.
– Cii, ciii – mruczał. Parzył mi przy tym w oczy i delikatnie się uśmiechał. Złapał za końce mojej bluzki i pociągnął w górę. Od razu podniosłam ręce, by mógł ją zdjąć.
– Co właściwie chcesz zrobić? – zaniepokoiłam się.
– Jak już przyszłaś w takim stanie, to coś trzeba z tobą zrobić.
– Zaraz pomyślę, że jesteś opiekuńczy. – Drażniłam się z nim, gdy tymczasem on rozpinał już mój biustonosz.
– Lepiej nie myśl, popsuje to mój wizerunek. – Szybkim, zdecydowanym ruchem ściągnął ze mnie stanik i rzucił na ziemię.
– Ech, w życiu byś sobie na to nie pozwolił – westchnęłam. Dzięki niemu zapomniałam o bólu i skupiłam na tym, co robił.
– Racja. – Nachylił się, sięgnął ustami do mojego lewego sutka, a gdy się już nim nacieszył, zajął się prawym. Zakręciło mi się w głowie i chciałam usiąść na brzegu wanny. Podtrzymał mnie. – Już, już, poczekaj. – Klęknął. Najpierw gładził mój brzuch delikatnie, jakby chcąc złagodzić skurcze. Wzruszył mnie tym. Patrzyłam z góry, jak zbliża twarz do mojej nagiej skóry i zaczyna ją całować. Delikatnie, ledwie muskał. Wplotłam palce w jego gęste włosy i lekko pociągnęłam. Spojrzał w górę, ale nie przestał błądzić językiem wokół pępka. Jego palce powędrowały do moich spodni, zaczął rozpinać guzik. Spłoszona przytrzymałam jego dłonie. Zapomniał, że mam okres?
– Spokojnie, spokojnie – mówił do mnie jak do dziecka. Odsunął moje dłonie i wrócił do rozpinania zamka.
– Wstydzę się. – Przyznałam.
– Wiem. Ale to był twój pomysł, żeby nie odwołać spotkania, więc teraz cię proszę, żebyś pozwoliła mi działać. – Ściągnął mi spodnie do kolan, a ja zacisnęłam powieki jak dziecko, któremu się wydaje, że jak ono nie widzi, to inni też nie widzą. Chciałam być niewidzialna. Policzki płonęły żywym ogniem. Najpierw podniósł mi jedną nogę, a gdy ją postawił, podniósł drugą. Stałam przed nim już tylko w granatowych bawełnianych figach. Znów poczułam, jak przytula się do mojego brzucha. Nie otwierałam oczu. Niech robi, co chce. Chyba wie, co robi, myślałam i starałam się rozluźnić. Wsunął palce za moje majtki, a ja zadrżałam. Po chwili byłam już zupełnie naga. Odarta z tajemnicy. Sięgnął między moje nogi i szarpnął za sznureczek od tamponu. Krzyknęłam zażenowana. Otworzyłam oczy, bo oderwał się ode mnie. Wyrzucał właśnie mój zakrwawiony tampon do toalety. Spuścił wodę. Ja spuściłam wzrok.
– No, już po wszystkim, spokojnie. – Stał przede mną i uśmiechał się. Czule? To nie był jego zwykły, kpiący uśmiech. Musiał wiedzieć, że to nie czas i miejsce, że uciekłabym i nigdy nie wróciła. Dla niego nic się nie stało, rozebrał mnie zwyczajnie, a później wykąpał. Zaopiekował się mną. Ta bliskość była odurzająca. I myśl, że gdybym się rozchorowała, tak poważnie, śmiertelnie… Może wtedy… Może byłby… Może opiekował się… Może jest dobry dla cierpiących… Może jest człowiekiem.

 Akt trzeci. Spotkanie któreś tam.

– Kochanie, masz zakrwawione ręce. – Mój zatroskany mąż patrzył na mnie z czułością. Ręce, serce, duszę. Się duszę.
– Złamałam paznokieć – odpowiedziałam i nie zamierzałam tłumaczyć, dlaczego skrobię po ścianach i szukam bólu. Bólu, ukojenia, zezwierzęcenia. Mąż milczał i czekał. Widział, przecież widział, że coś się dzieje. Pewnie się bał, więc czekał.

Jan potrafił nie odzywać się kilka dni, a ja szalałam. Ze stanu euforii popadałam w totalne zwątpienie. I wyłam, tak w sobie. Czasem robiłam się płaczliwa, rozdrażniona, a czasem zbyt radosna. Zagłuszałam pustkę. Aż przychodził dzień, gdy znów, kolejny raz, pisał, a ja zapominałam o paznokciach, upokorzeniu, o świecie zapominałam.

Świat nie zapominał o mnie. Upominał się nieubłaganie o swoje.
Mąż: Kochanie, jesteśmy zaproszeni do Maćka.
Matka: Dlaczego ty w ogóle do mnie nie dzwonisz? Czy coś się dzieje?
Szef: Jutro trzeba dokończyć te raporty.

Jeden sms wystarczył, bym rzuciła wszystko. Zadzwoniłam do męża.
– Słuchaj, nie pójdę z tobą do Maćka, nie dam rady, mam raporty do skończenia.
– Czemu wcześniej nie powiedziałaś? – Lekko zadrżał mu głos? A może mi się tylko zdawało?
– Nie mogłam wcześniej, wcześniej nie wiedziałam. Baw się dobrze.
– Taa, postaram się, cześć. – Obraził się, nie uwierzył, zrezygnował z pytań? Bał się? Nic mnie to nie obchodziło.

Zwolniłam się z pracy, wykręciłam bólem brzucha. Szef skrzywił się, nic nie powiedział. Patrzył tylko podejrzliwie. Pobiegłam do sklepu z bielizną. Zamieniłam czarne rajstopy na pończochy w tym samym kolorze. Zdjęłam majtki. Szpilki już miałam na nogach. I szarą spódnicę sięgającą kolan, zbyt obcisłą, by ją podciągnąć. Rozerwał podszewkę, siłując się z nią. Wściekły wydostał mnie wreszcie z tych niepotrzebnych kawałków materiału. Jego jęk, sapanie urywane, moje wzdychanie i sperma spływająca po udach. Spełnienie przyszło szybko, na zimnej podłodze przedpokoju. Szybciej niż wyrzuty sumienia.
– Uderz mnie – wyrwało mi się nagłe pragnienie. Spojrzał dziwnie, z grymasem, jakby obrzydzeniem? – Uderz! – powtórzyłam. Stałam przed nim, wciąż naga, a on zapinał spodnie. Nawet się nie rozebrał.
– Mało ci?
– Tak, mało, ciebie mi mało, wciąż mało, może jak uderzysz, może wtedy… – Zawiesiłam głos. Byłam gotowa paść na kolana i błagać. A przecież nie lubię bólu. Nigdy nie lubiłam.
– Ubierz się i idź. – Zabił mnie tym stwierdzeniem.
– Nie mam dokąd pójść. Powiedziałam mężowi, że zostaję w pracy, nie mogę teraz. – Nie miałam już dumy. Byłam jedynie pragnieniem niezaspokojonym. Tylko to się liczyło. I on, tak blisko. Tak daleko.
– Jak chcesz, to zostań. – Poszedł do pokoju.

Ubrałam się w pośpiechu, nagle zawstydzona, i powlokłam się za nim. Włączył telewizor i już na mnie nie patrzył. Już nie był mój, pomyślałam i rozśmieszyła mnie ta głupia myśl, bo przecież nigdy nie był mój.
– Ja chyba jednak pójdę.
– Jak chcesz. – Tylko tyle. Lakonicznie, jak zwykle.

To mnie przecież do niego ciągnęło. Masz, czego chciałaś, kobieto. Zamknęłam za sobą drzwi.

Akt ostatni. Spotkanie ostatnie. Nieuniknione. Potrzebne. Zmiana narracji.

Na samym dnie… Pomiędzy niebem a piekłem… Spotkamy się

– Tylko na tyle cię stać? – Patrzę wyzywająco, uśmiech szelmowsko drga w kącikach ust, czerwień szminki roztarła się dawno na twarzy. Jestem bezczelna, nie daję ci wyboru. Trzask uderzenia, głowa odskakuje. Zanim twoje palce dosięgają mojego policzka, przymykam oczy i dumnie wysuwam brodę do przodu. Piecze, a ciepło rozchodzi się po skórze. Otwieram oczy i widzę troskę w twoich. Nie mówię nic, już się nawet nie uśmiecham, ale w moim spojrzeniu wciąż czai się wyzwanie. Podnosisz dłoń. Widzę, jak zmagasz się sam ze sobą, jak nie chcesz tego robić, nie chcesz sprawiać bólu, ale teraz nie masz już wyjścia. Sprowokowałam cię. Zamach, świst, trzask. Tym razem to ty zamykasz oczy. Torturuję cię i pławię tym doznaniem. Czuję niezdrową radość. Mój ból, ból twarzy jest niczym w porównaniu z tym, co ty czujesz. Widzę, jak krzywisz się przy każdym kolejnym ciosie. Czekasz na moje dość. Ale nie tym razem. Chcę tego bólu, chcę zapomnieć, chcę myśleć tylko o palącym policzku. A teraz, teraz dodatkowo, gdy widzę twoje cierpienie, chcę go coraz bardziej. Trzask, głowa odskakuje. Jeszcze. Już nie ból jest najważniejszy. Teraz ja tu rządzę. Odkryłam to, gdy okazałeś słabość. Błysk litości w twoich oczach, czułość tak słabo skrywana, pozwoliły mi być wyżej, nawet na kolanach.

Nie, nie lubię bólu.

Trzask, głowa odskakuje. Spoglądam w twoje oczy. Czułość ustąpiła wściekłości. Mój policzek prawdopodobnie nabrał już purpurowej barwy, a ja nie przerywam. Nie, dziś tego chcę. Za dużo bólu w moim życiu, ten pozwala mi zapomnieć. Musisz widzieć niezdrową radość we mnie. Teraz wiesz, że jeśli przestaniesz, mój szacunek do ciebie zniknie. Czekasz na to jedno słowo, które uwięzło mi w gardle. Chcę patrzeć, jak się męczysz. Chcę wygrać. Trzask! Boli! Nie lubię bólu. To nie jest poświęcenie dla ciebie, nie tym razem. Tym razem to walka. Trzask, uderzenie jest mocniejsze. Jesteś już wściekły, że ci na to pozwalam, wściekły, że cię do tego zmuszam. Przestajesz nad sobą panować.

Chciałeś, żebym Cię napisała…

Reklamy